“Falstaff” w ujęciu Giuseppe Verdiego to dzieło szczególne — komediowe, przewrotne, a przy tym podszyte melancholią człowieka, który doskonale wie, że jego czas powoli dobiega końca. Bohater, choć u schyłku życia, nie traci apetytu ani na przyjemności, ani na finansowe kalkulacje; jego energia życiowa wybrzmiewa tu z ironicznym wdziękiem i autoświadomością.
Najnowsza realizacja w Teatru Wielkiego w Warszawie, będąca zwieńczeniem pracy zawodowej Marka Weissa, okazuje się spektaklem dopracowanym zarówno wizualnie, jak i dramaturgicznie. Scenografia autorstwa Wiesława Olko imponuje rozmachem i detalem — pierwszy akt rozgrywa się w luksusowym, niemal dekadenckim klubie dla gentlemanów, gdzie czerwone kanapy, marmurowe kolumny i dyskretna erotyka budują świat przesytu i hedonizmu. Szczególnie intrygujący pozostaje „drugi plan” — pulsujący życiem, pełen nieustannych, choć niesłyszalnych rozmów, które zdają się nadawać scenie dodatkowej autentyczności. To właśnie takie detale świadczą o reżyserskiej precyzji i wyobraźni.
W kolejnych aktach Weiss z powodzeniem balansuje między komizmem a symboliczną metaforą. Wprowadzenie swojskiego, wręcz groteskowego kontenera na śmieci w eleganckiej przestrzeni prywatnego domu działa jak celowy dysonans, który podkreśla farsowy charakter intrygi. Finał natomiast — rozgrywany w baśniowej scenerii z udziałem diabłów, anielic i nimf — przynosi obraz śmierci podszytej fantazją i teatralną umownością. Na szczególne uznanie zasługuje udział młodych tancerzy, którzy wnoszą do tej wizji świeżość i lekkość.
Warstwa muzyczna stoi na wysokim poziomie, choć niepozbawiona drobnych niedoskonałości. Patryk Fournillier prowadzi orkiestrę z wyczuciem dynamiki i narracji, jednak momentami — zwłaszcza w partiach blachy — pojawiają się nieznaczne rozminięcia ze śpiewakami. Nie burzy to jednak ogólnego odbioru, który pozostaje bardzo satysfakcjonujący.
Obsada wokalna prezentuje solidny poziom. Wśród panów wyróżniają się Remigiusz Łukomski oraz Mateusz Zajdel, natomiast Stanisław Kuflyjuk jako Ford imponuje nie tylko pełnym, nośnym barytonem, ale i wyrazistym aktorstwem. Prawdziwą siłą spektaklu okazują się jednak role kobiece — kwartet Aleksandry Orłowskiej, Hanny Sosnowskiej-Bill, Denizy Uzun oraz Moniki Ledzion-Porczyńskiej zachwyca zarówno indywidualnie, jak i zespołowo. Ich wspólne ansamble mają energię i precyzję, która dosłownie elektryzuje widownię.
W roli tytułowej Sergio Vitale tworzy kreację pełną charyzmy i scenicznej swobody. Jego baryton — ciepły, barwny, elastyczny — doskonale oddaje naturę Falstaffa: rubaszną, lecz niepozbawioną uroku. Vitale nie tylko śpiewa, ale autentycznie „żyje” na scenie, co czyni jego interpretację jedną z najmocniejszych stron przedstawienia.
Nie sposób jednak pominąć pewnego zjawiska towarzyszącego premierze — złośliwych komentarzy pojawiających się w przestrzeni internetowej, zwłaszcza na Facebooku. Zarzuty o „przerost formy nad treścią” czy „zbyt współczesną estetykę” wydają się w dużej mierze wynikać z niechęci wobec odważniejszego języka teatralnego. Tymczasem Weiss nie zdradza Verdiego — przeciwnie, wydobywa z jego ostatniej opery ducha ironii i dystansu, który zawsze był jej fundamentem. Krytyka ta odsłania raczej konserwatywne oczekiwania części publiczności niż realne słabości spektaklu.
Całość pozostawia bardzo dobre wrażenie — to przedstawienie inteligentne, efektowne i przede wszystkim żywe, zarówno muzycznie, jak i teatralnie.
Teatr Wielki – Opera Narodowa