Spektakl „Mój rok relaksu i odpoczynku” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej to jedno z tych przedstawień, które idealnie wpisują się w dominującą dziś, nie tylko w teatrze, potrzebę opowiadania o doświadczeniu wyczerpania – emocjonalnego, społecznego i egzystencjalnego. Adaptacja głośnej powieści Ottessy Moshfegh opowiada historię młodej kobiety, która postanawia „przespać” rok swojego życia, próbując w ten sposób uciec od świata pustych relacji i kapitalistycznego przymusu produktywności.
Spektakl Katarzyny Minkowskiej w Teatrze Dramatycznym jest konsekwentną próbą przełożenia powieści Moshfegh na język sceniczny bez jej nadmiernego udramatyzowania. Choć reżyserka, wspólnie z dramaturgiem Tomaszem Walesiakiem, wprowadza nowe miejsca i postaci, celowo przesuwając perspektywę, z której obserwujemy cały „eksperyment” (umieszczony w supernowoczesnej galerii sztuki, w której wcześniej pracowała bohaterka), inscenizacja pozostaje stosunkowo wierna literackiemu pierwowzorowi. Minkowska nie szuka tu efektownych zwrotów akcji ani psychologicznego pogłębienia postaci – interesuje ją raczej proces wycofywania się bohaterki z rzeczywistości i jego społeczne konsekwencje. Nie traktuje tej historii jako opowieści o uzależnieniu czy eskapizmie w banalnym sensie. Przeciwnie – sceniczna „hibernacja” bohaterki staje się eksperymentem egzystencjalnym, próbą wycofania się z opresyjnego systemu relacji społecznych i ekonomicznych. Spektakl koncentruje się przede wszystkim na relacjach międzyludzkich: toksycznych, utraconych lub niemożliwych do zbudowania.
Historia bohaterki – pięknej, uprzywilejowanej, a jednocześnie dramatycznie samotnej – zostaje tu przedstawiona jako studium młodego pokolenia pozostawionego samemu sobie przez emocjonalnie nieobecnych rodziców i niezdolnego do tworzenia głębokich więzi. To pokolenie dziedziczy traumę i bezradność, funkcjonując w świecie, który wymaga permanentnej gotowości do walki o przetrwanie i szczęście.
Izabella Dudziak w roli głównej jest znakomita. Aktorka prowadzi postać bardzo oszczędnie: ogranicza gest, spłaszcza intonację, unika wyraźnych reakcji emocjonalnych. Jej bohaterka funkcjonuje jak ktoś działający na zwolnionych obrotach – reaguje późno, mówi bez zaangażowania, porusza się tak, jakby każdy ruch wymagał dodatkowego wysiłku. Dudziak gra na redukcji, w której napięcie bierze się nie z tego, co zostaje pokazane, lecz z tego, co konsekwentnie wycofane.
Na przeciwnym biegunie znajduje się Monika Frajczyk jako Reva – cała złożona z nadmiaru. Jej ciało jest stale „do przodu”: wchodzi w przestrzeń innych postaci, mówi zbyt blisko twarzy, śmieje się o ton za wysoko. Frajczyk prowadzi Revę na granicy irytacji, ale nie pozwala jej ugrzęznąć w karykaturze. Pod neurotyczną gadatliwością widać paniczną potrzebę bycia widzianą – jakby każda pauza groziła zniknięciem. W scenach z Dudziak ich rytmy się rozmijają: jedna postać redukuje bodźce, druga je produkuje, co daje precyzyjnie skomponowany dysonans.
Na drugim planie wyróżnia się Anna Kłos jako dr Tuttle, która buduje postać „odklejonej” lekarki, mechanicznie wykonującej swoją pracę. Każda z postaci nosi w sobie własną formę samotności, zagubienia i niespełnienia, funkcjonując w stanie chronicznego przemęczenia i emocjonalnego przeciążenia. Nawet w zbiorowych scenach bohaterowie poruszają się jakby w osobnych, szczelnych kokonach alienacji – co szczególnie sugestywnie wybrzmiewa w rozbudowanej, psychodelicznej sekwencji tanecznej do muzyki Wojciecha Frycza, z hipnotyzującą choreografią Krystyny Lamy Szydłowskiej, podkreśloną migotliwą, niemal baśniową reżyserią światła Pauliny Góral i Moniki Stolarskiej.
Najciekawsze w tej inscenizacji jest przełożenie stanów psychicznych bohaterki na język sceniczny. Minkowska operuje multimediami – kamera (za realizację nagrań odpowiada Janusz Szymański) towarzysząca protagonistce przez cały spektakl transmituje jej życie na ekran zawieszony nad sceną, rozszczepiając rzeczywistość na to, co przeżywane, i to, co reprezentowane. Dzięki temu zabiegowi widz doświadcza zniekształcenia percepcji świata podobnego do tego, które wywołują psychotropy.
Adaptacja wiernie i w dobrym stylu oddaje tekst powieści. To teatr komunikatywny, momentami bardzo efektowny – szczególnie w drugim akcie – lecz pozostający raczej w obszarze solidnej scenicznej interpretacji niż autorskiej reinterpretacji materiału. Trwające niemal cztery godziny przedstawienie angażuje zmysły, bawi czarnym humorem i jednocześnie zostawia widza z pytaniem o kondycję współczesnego człowieka – zmęczonego, samotnego, funkcjonującego w świecie nadmiaru bodźców i deficytu bliskości.
Przez to „Mój rok relaksu i odpoczynku” działa także jako doświadczenie terapeutyczne. To spektakl nie tyle o śnie, ile o desperackiej potrzebie wyłączenia się z rzeczywistości, która stała się nie do zniesienia. I choć Minkowska nie proponuje nowego odczytania powieści Moshfegh, pozostając raczej w obszarze solidnej scenicznej interpretacji niż autorskiej reinterpretacji materiału, a jej inscenizacja nie jest pozbawiona wad (m.in. nadmiar finałowych rozwiązań), spektakl ten jest jednym z najciekawszych teatralnych portretów generacyjnego wypalenia ostatnich sezonów.
Teatr Dramatyczny