Zagrać to tak, jakby Bóg był

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Zagrać to tak, jakby Bóg był

Z reżyserką Jadwigą Klatą rozmawia Szymon Białobrzeski.

Opublikowano: 2026-05-31
fot. Anna Mróż

Szymon Białobrzeski rozmawia z Jadwigą Klatą o teatrze, który nie chce pozostawiać widza w marazmie. Punktem wyjścia jest „Koriolan”, ale rozmowa szybko prowadzi ku pytaniom o wspólnotę, duchowość, odpowiedzialność artysty i potrzebę sensu w świecie pełnym niepewności. Czy teatr może być formą modlitwy? I czy warto dziś grać tak, jakby Bóg był?

S.B.: Jesteśmy po premierze wyreżyserowanego przez Ciebie spektaklu. Jak patrzysz na „Koriolana” już po wszystkim, kiedy trafił w ręce szerszej publiczności?

J.K.: Ciekawe pytanie. Cieszę się. Nie wiem, czy to jest związane z publicznością, ale gdzieś przy próbach generalnych miałam takie poczucie, że to jest spektakl, którym żegnam się z jakąś swoją tożsamością. Czułam, że utożsamiam się z postacią, którą gra Alina Szczegielniak, a równocześnie, że już bardzo mało zostało we mnie tej wojowniczki. Czułam, że to jest powiedzenie: „Okej, te wszystkie rzeczy mnie prowadziły przez ostatnie sześć czy siedem lat mojego życia i teraz mogę podziękować Koriolanowi w sobie, zostawić go publiczności, zobaczyć, w jaki sposób on będzie dalej żył”.

Równocześnie minął dopiero set premierowy. Mam już pierwsze feedbacki, które są bardzo ożywcze. Myślę, że to jest niesamowite uczucie, że po to się kończy szkołę, żeby usłyszeć coś nie od swoich ziomali, tylko od „zwykłego człowieka”, który przychodzi sobie z Plant i wchodzi do teatru.

Poza tym dla mnie ciekawe jest to, jak ta postać rezonuje z ludźmi, którzy pozornie w ogóle nie są do mnie podobni. Porusza na przykład mężczyzn w średnim wieku. Tak było na Festiwalu Szekspirowskim.

Kiedy pokazywaliśmy spektakl, patrzyłam na ludzi, którzy siedzieli na widowni i na początku mieli w sobie sceptycyzm, opór, ale z każdą kolejną wypowiedzią Koriolana zaczynali coraz energiczniej kiwać głowami.

Zaczynali przyznawać mu rację. Myślę, że to niesamowite i bardzo jestem ciekawa, jak ta postać będzie dalej krążyła. Podejrzewam, że odbiór będzie się zmieniał w zależności od tego, jak będzie się zmieniało życie polityczne. Ten tekst wybrzmiewa bardzo mocno pod tym względem. Jestem ciekawa, czy im bliżej będziemy wyborów, tym bardziej ta postać będzie aktualna.

To bardzo budujące. Zatrzymałbym się jednak nad tym, co powiedziałaś na początku, że to jest pożegnanie pewnej tożsamości. Jakiej tożsamości?

Z jednej strony żegnam się z myśleniem nieustannie o wielkich ideach, o walce, o zmienianiu. To też już trwa jakiś czas. Pójście do szkoły teatralnej było dla mnie momentem spotkania się z tym, że chcę mieć prawo do myślenia bardziej niż do działania, do niewiedzenia, do twórczego przetwarzania rzeczywistości, a nie tylko namacalnego zmieniania jej politycznie.

Z drugiej strony w „Koriolanie” dostrzegam rozdarcie pomiędzy właśnie ideami i działaniem wewnątrz świata wielkich idei a tym, że ma żonę i matkę, które są ludźmi z krwi i kości. On je po prostu krzywdzi.

Myślę więc, że opowiadam o próbie zostania w rzeczywistości fizycznej z ludźmi — z tymi, którzy są mi najbliżsi, z którymi również łączą mnie wartości.

Tyle że one są utożsamiane konkretnie ze wspólnotą, a nie z tym, że istnieje coś wielkiego, do czego trzeba dążyć.

Zresztą myślę, że w ogóle robienie teatru jest o spotkaniu z konkretnymi osobami — że musisz się pogodzić z tym, że możesz sobie wymyślić spektakl, ale potem pracujesz z aktorami, współtwórcami, realizatorami i to przez nich musi przejść. To jest dla mnie wspaniałe jako dla osoby, która jest mocno nadwrażliwa i dużo pracowała ze swoją wrażliwością w tej ścieżce aktywistycznej. Nagle nie ja stoję i wypowiadam swoje słowa przed kamerą, przed politykiem, na scenie, na manifestacji, tylko mam szansę zobaczyć człowieka i przez niego przepuścić jakieś swoje emocje. Daje mi to dużo większe poczucie równowagi i wrażenie, że mogę to robić dużo dłużej w życiu.

Trochę wyprzedziłaś moje pytanie — byłem ciekawy, czy w teatrze odnajdujesz wspólnotę.

JK: Odnajduję, tylko że ona jest tymczasowa. Nie jest o tym, żebyśmy tworzyli relacje, żebyśmy się lubili albo żebyśmy spotykali siebie jako osoby prywatne. Jest o tym, żeby coś wspólnie wytworzyć. I to jest wspaniałe — to wspólnota dookoła jakiegoś celu, oparta na mobilizacji i namyśle. Bierzemy na warsztat jakieś pytanie, na przykład: czy wartości i idee są ważniejsze niż namacalni ludzie? A może mogą istnieć ze sobą? Czy walka za wszelką cenę jest cnotą czy totalnym okrucieństwem? A może jest po prostu niedzisiejsza? Zastanawiamy się nad tym przez X miesięcy. Najpierw ja się nad tym zastanawiam z panem Szekspirem, potem zastanawiam się z Wojciechem Miksem, Zuzanną Tymińską, Erykiem Pawłowskim i Kubą Dyniewiczem, którzy robią mi scenografię, kostiumy, muzykę i choreografię. Następnie zastanawiam się nad tym z aktorami. Potem ten etap się zamyka, jest premiera, a ja muszę wrócić do swojej wspólnoty. Muszę wrócić do moich bliskich, na Akademię Teatralną, do innych osób aktywistycznych, które są mi bliskie, do swojej rodziny. To jest jakiś rodzaj stałej wspólnoty, którą mam i która jest absolutnie konieczna do tego, żebym mogła robić sobie wycieczki — coś stwarzać.

Wracając jeszcze do „Koriolana”. W dramacie jest mężczyzną. U Ciebie gra go kobieta. Czy to jest zabieg, który czyni tę postać bardziej uniwersalną, a może po prostu bliższą Tobie?

No a jak Ty uważasz?

Dla mnie te rzeczy trochę się łączą. Z jednej strony Koriolan jest przez to bardziej uniwersalny. W swojej recenzji pisałem o nim jako o kobiecie, ale nie podkreślałem jej kobiecości — nie ona jest tu najważniejsza. Z drugiej strony myślę, że dla Ciebie, jako dla reżyserki, utożsamienie się z kobietą może być łatwiejsze. Jestem jednak ciekawy Twojej perspektywy.

Nie chcę tłumaczyć własnego spektaklu. Ale dla mnie to jest bardzo jasne. Koriolan bardzo często jest uważany za antybohatera. Chciałam jednak jakiejś niejednoznaczności w tym. Nie chciałam, żeby był po prostu autorytarnym chujem, który zabija ludzi na wojnie i ma społeczeństwo pod butem. Równocześnie, oczywiście, nie chciałam z niego robić człowieka, który jest po prostu bohaterem, świętym, Chrystusem.

Dla mnie bardzo ważna w teatrze jest szczerość. Zagajewski napisał: „Powiedz prawdę, do tego służysz”. Dla mnie po to jest teatr.

To jest mój obowiązek jako reżyserki. Po pierwsze, kiedy rozpoczynam pracę, mówię aktorom prawdę o tym, co widzę w tekście i w sobie. Po drugie, pilnuję, żeby aktorzy też nie kłamali.

Dla mnie było to jasne — jeżeli chcę mówić prawdę o tym, jak doświadczam świata i jakie pytania zapisał mi Szekspir, to muszę mówić ustami osoby, z którą ja się też mogę utożsamić. Być może za dwadzieścia lat utożsamię się z czterdziestoletnim mężczyzną. Na tym etapie jest to dla mnie po prostu za trudne. Natomiast przez dwa lata szkoły teatralnej nie zrobiłam żadnego egzaminu, w którym główną postacią byłaby kobieta. Wszystko było grane przez chłopaków albo mężczyzn, bo bałam się widzieć na scenie osobę, która wygląda tak jak ja. Debiut był dla mnie drugim spotkaniem z odsłonięciem się przez bohaterkę. Postanowiłam, że okej — nie będę się ukrywać. Nie będę się chować z tym, że ja tym człowiekiem prowadzę namysł nad rzeczywistością.

Myślę, że to jest też jakiś rodzaj bycia fair. Równocześnie mega mnie fascynowało to, w jaki sposób poprowadzi Koriolana Alina Szczegielniak, która jest osobą bardzo wrażliwą, potrafi być w tej rozpiętości między ogromną siłą i klarownością, a jednocześnie być w zagubieniu, czułości, bezradności. To postać z krwi i kości, chociaż niektórzy mówią, że to nierealne, żeby w jednym człowieku mieściły się takie rozpiętości. Dla mnie młode kobiety są takimi ludźmi. Osoby aktywistyczne wychodzą i dają się na tych ulicach bić, dają się zamykać, walczą o rzeczywistość, stają w jakiejś swojej ogromnej prawdzie, z ogromną siłą.

Równocześnie my później leżymy w wannie i jemy popcorn. Po prostu jesteśmy w bezradności i potrzebujemy na przykład spotkania z Aufidiuszem. To też nie jest świat, w którym młoda kobieta uniesie wszystko. Sądzę, że to jest fair — przyznać się do swojej wielkiej siły i marzeń o wszechmocy, a równocześnie przyznać się do słabości, poczucia bezradności — tego, że potrzebujesz lampki wiecznej, która wisi jako element scenografii.

No tak. Jednak Aufidiusz jest tym bardzo prostym, a jednak konkretnym porządkiem, do którego zawsze można wrócić.

Główny porządek, o którym mówię, to jest jednak ten wertykalny, do którego wszystkie postacie muszą się odnieść. Musi nad nimi zawisnąć wieczna lampka, która daje jakąkolwiek nadzieję w tym świecie.

Trochę już odpowiedziałaś na moje kolejne pytanie, mówiąc o rozpiętości, jaka mieści się w bohaterce. A jednak zapytam: jaka jest największa słabość i największa siła, jaką dostrzegasz w Koriolanie?

Największa siła w ludziach jest w momentach, w których opowiadają się za czymś, co jest większe niż oni sami. To, że ta postać mówi, że potrzebujemy wierzyć w coś więcej, że odwołuje się do godności, honoru, świadczy o jej sile. Ja wiem, że te słowa są zupełnie niedzisiejsze, ale przynajmniej ja potrzebuję w tym świecie odnosić się do czegoś więcej. Wtedy czuję, że mam jakąkolwiek siłę — kiedy nie opieram się wyłącznie na sobie: na swojej doczesności, na swoim ciele, a nawet na swoim intelekcie. Opieram się na tym, że być może jest coś więcej, co może przeze mnie przepłynąć, z czym ja się mogę skontaktować.

No a największa słabość jest właśnie w tych momentach, w których potrzebuję prowadzenia, w których nie wiem. Najpierw zapędzam się w to, że wiem najlepiej, ale potem zderzam się ze ścianą. Świat mi pokazuje: „kurwa, nie, nie potrafisz”. Myślę, że ogromna słabość wyłania się u Koriolana w spotkaniu z żoną, w spotkaniu z matką. Objawia się w tych ludzkich momentach, w których on zostaje skonfrontowany z tym, że nie może żyć tylko w świecie pełnym własnych okrzyków: „o jejku, jejku, to przecież jest takie wielkie — ja teraz będę to czynił”. Pytanie brzmi: jak będziesz to czynić, kiedy spojrzysz drugiej osobie w oczy?

Mówisz o pięknych słowach. Aktywizm, duchowość, sztuka czy nawet relacje mogą doprowadzić do wewnętrznego przebudzenia, a jednak często bardzo się boję, że po tym przebudzeniu jeszcze bardziej zachciewa się spać. Człowiek rzuca wspomnianymi już terminami typu miłość, wolność, ale wpada w rutynę i zapomina, co one naprawdę znaczyły. Czy nie boisz się, że sztuka stanie się dla Ciebie rutyną, że w pewnym momencie zaśniesz?

Bardzo się boję. Jest taki wiersz Rumiego, zaczynający się od słów: „The breeze at dawn has secrets to tell you. Don’t go back to sleep. You must ask for what you really want. Don’t go back to sleep.” Cieszę się, że przywołujesz tę metaforę snu.

To jest też o przytomności, o której pisał Wyspiański. O jego cieniach w teatrze — „ja grze ich jestem przytomny”. To, co musi umieć reżyser, to być przytomnym: czasom, w których żyje, własnym wyzwaniom i temu, co się dzieje na scenie. To jest konstrukcja szkatułkowa — ja muszę wiedzieć, co się dzieje we mnie, muszę wiedzieć, co się dzieje między nami, kiedy tworzymy spektakl, ale też jak to wchodzi w relację ze światem.

Jeszcze większe wyzwanie — zejście na ziemię. W teatrze są też konkretni widzowie. Im muszę być przytomna, czuwać, czy to, co robię, jest komunikatywne dla publiczności, czy ludzie będą chcieli za to zapłacić pieniądze. Sprawdzać, czy to ma być moja wielka teatralna wizja, czy może jednak musi być coś zabawnego, co po prostu ludzi jakoś ucieszy.

Myślę więc, że to jest niezwykle trudne. Boję się, bo łatwo jest zasnąć na różnych etapach pracy. Zasnąć — robić coś tylko po to, żeby się sprzedawało, albo żeby to było wielkie i „superzajebiste”, żeby przepracowywać sobie to, co mam tam w środku, albo po to, żeby aktorom się to dobrze grało…

Na różnych etapach pracy są różne wyzwania. Najpierw szukasz tekstu i myślisz sobie: „Co jest dzisiaj do powiedzenia w tych czasach? Co jest dla mnie punktem odniesienia?” Punktem odniesienia może być to, co mówią w telewizji, to, że mamy właśnie kryzys wiary i kryzys duchowy, to, że w polskich teatrach ktoś coś robi, więc ja teraz chcę to skomentować. Każdy z nas musi zadecydować, gdzie plasuje się w tej dyskusji, na jakim poziomie rozmawia i z kim. Najfajniejsze są momenty, w których udaje się rozmawiać z tym wszystkim naraz.

Opowiadając Ci to wszystko, mówię o tych rzeczach, do których aspiruję. Pozostaje pytanie: jak ja mogę przytomnie zarządzać tym procesem?

Najpierw muszę widzieć, czy aktorzy łapią, o co mi chodzi, a potem, kiedy się wszystko wydarza, muszę widzieć, czy jest coś, co teraz spektakl próbuje mi powiedzieć. Czy nie jest tak, że ja idę na azymut, a nagle się okazuje, że sztuka jest o czymś zupełnie innym. Trzeba się z tym pogodzić i nie wypierać pewnych rzeczy, które pojawiają się na scenie. Ja się tego uczę. Muszę rozeznać, co zostało opowiedziane, co zabieram ze sobą dalej, gdzie jest kolejny krok, tekst, wyzwanie. Nie mogę zasypiać przy tym wszystkim.

No i trzeba umieć znaleźć równowagę — na jakimś etapie to jest praca i przeżywanie. Z jednej strony to mój sposób zarabiania pieniędzy, więc muszę znaleźć w tym jakiś rodzaj higieny. Z drugiej — chyba najtrudniejsze jest wydobywanie rzeczy z głębi: czytanie, myślenie, przeżywanie, patrzenie na drzewa, chodzenie do kościoła, płakanie z aktorami na próbach. A potem jest etap wchodzenia i: pach, pach, pach — rytm, montujemy tu głośniej, tu ciszej, żeby się czytało. Cały czas muszę być przytomna w tych dwóch warstwach. Spektakl musi być równocześnie głęboki i komunikatywny. Myślę, że tu też łatwo zasnąć.

Czy myślisz, że w kontekście tych wielu płaszczyzn, na których można zasnąć, nadal jest miejsce na sztukę, która zbawia pięknem i miłością.

Mam nadzieję, choć nie wiem, czy zbawia to jest dobre słowo.

Przebudza?

Jest miejsce na taką sztukę, która przebudza, i na taką, która zakłada jakiś rodzaj ulgi. Na początku, gdy wychodziłam z aktywizmu do szkoły teatralnej, myślałam, że wszystko ma walić. A teraz staram się patrzeć na to inaczej. W process worku Mindell zmapował, że gdy ludzie wchodzą w konflikt, są momenty, które nazywa się hotspotami – tam jest punkt zapalny, rozmawiają i nagle coś się w nich dzieje. Ale potem masz też cool spoty, czyli momenty, w których coś się rozluźnia. Ja powiedziałam puentę, ty zrozumiałeś i możemy wziąć oddech. W teatrze nawigujemy między tymi dwiema modalnościami. Chciałabym, żeby to, co robię, miało taki puls. Chciałabym, żeby nie było tylko punktem zapalnym, ale też momentem rozluźnienia, zrozumienia.

Mann w „Buddenbrookach” napisał, że czytamy literaturę po to, żeby przeczytać swoje myśli zapisane przez kogoś innego. Ja myślę, że gdy czytasz te myśli, czujesz, że nie jesteś samotny w tym świecie. Mam jakąś taką ogromną nadzieję, że kiedy opowiadam coś aktorowi albo aktorce, kiedy ona widzi w tym siebie i jest w stanie to pokazać na scenie, to jest chociaż jedna osoba na tej widowni, która będzie miała ten sam rodzaj zachwytu. To nawet nie musi być wyrażone słowami – budujesz tę sytuację, żeby ktoś miał poczucie, że: „wow, nie jestem sama. Nie jestem szalona, bo jest też ktoś, kto przeżywa to w ten sam sposób”. To jest takie ludzkie spotkanie na poziomie doświadczenia.

Twoja wypowiedź skojarzyła mi się z „Hamnetem”. Choć nie przepadam za tym filmem, jest w nim piękna scena finałowa. Matka, która straciła syna, obserwuje płaczącego Hamleta na scenie i czuje, że przeżywa tę śmierć razem z nim. Czuje, że jest to wspólna żałoba – jej, Hamleta, a może i całej publiczności. W tym momencie zacząłem odczuwać nadzieję. Przenosząc to na twoją twórczość – czy uważasz, że jesteś reżyserką, która przywraca nadzieję?

Jestem święcie przekonana, że mamy jako reżyserzy odpowiedzialność niezostawiania ludzi w marazmie. Żyjemy w czasach, w których potrzebujemy nadawać sens. Żyjemy w jakimś totalnym poczuciu bezsensu i rozczłonkowania. Święty Augustyn zwraca się w „Wyznaniach” do Boga w ten sposób: „Nie ustanę, aż to wszystko, czym jestem, a co się rozproszyło i zniekształciło, skupisz, ukształtujesz i umocnisz na wieczność”. Żyjemy w baumanowskiej płynnej post-post-post-postnowoczesności — to jest jakiś taki wielki, kurwa, szlam, po prostu lej.

Nie chcę, żeby mój teatr zatrzymywał się na poziomie diagnozy, że żyjemy w wielkim szlamie.

Łamie mi się serce, kiedy widzę teatr, w którym ktoś próbuje po raz kolejny coś dekonstruować. Czuję odpowiedzialność za to, żeby nie wysłać człowieka do domu z takim poczuciem: „no, kurwa, chuj”. Potrzebujemy tego zlepiania.

Z drugiej strony oczywiście próba robienia rewolucji w teatrze jest antyrewolucyjna. Rozbrajasz jakiś rodzaj emocji społecznej na scenie, bo na niej jest bezpiecznie. Myślę, że to też nie jest okej. Więc, odpowiadając na twoje pytanie, nie wiem, czy to jest o dawaniu nadziei, ale jest o takim właśnie trzymaniu się w tej przytomności. O tym, żeby nie iść w to poczucie, że „kurwa, jest deprecha, jest źle, wszystko będzie po prostu beznadziejnie, koniec świata itd.” Ale pamiętać też, że nadzieja nie może być naiwna, że to nie może być optymizm, że to nie może być powiedzenie: „nie no, wszystko będzie dobrze”.

Udaje Ci się to wszystko?

Muszę przyznać, że mam duże problemy ze znajdowaniem nadziei w świecie. Ten rów, ten dół w „Koriolanie” jest po prostu takim jebnięciem bomby. To jest gruba tragedia. To wszystko jest przedstawieniem strasznego świata. No i my też nie możemy ukrywać, że świat, w którym żyjemy, jest straszny. Dzieją się ludobójstwa i wojny. Pozostaje pytanie: czy ja mogę spróbować znaleźć jakąś nitkę sensu w tym? Myślę, że to może się dziać przez obnażanie swojego bycia, swojego istnienia, swojego zadawania pytań. Wtedy możemy się spotkać, przekształcając to nasze doświadczenie życia w tym świecie.

Tylko że ja też nie mogę pstryknąć i stworzyć nadziei. Po to jest ta wieczna lampka w scenografii. Po to jest Szekspir. Ja potrzebuję się odwoływać do czegoś, co jest większe ode mnie. To może być człowiek, który coś napisał, ale też sam znak — to, że kulturowo określiliśmy światło jako coś, co daje nadzieję. I to światło się będzie paliło, choćby wszystko inne zgasło. Z jednej strony mam w sobie odpowiedzialność, a z drugiej strony po prostu chcę robić taki teatr, którego potrzebuję. Nie mogę chodzić do teatru i dawać sobie cały czas gnieść tego serca. Joanna Macy pięknie pisała, że ono się musi złamać, żeby być otwarte, żeby móc tam wpuścić świat. Ale ono nie może zostać po prostu rozgniecione i zdeptane przez twórcę teatru.

Pytałem się o tę nadzieję, bo chyba mam podobnie. Z jednej strony, jak przychodzę na spektakl, to widzę cały ten szlam i to mnie uświadamia. Z drugiej strony wracam do domu i czuję, że jestem pusty. Myślę: no dobra, Bóg umarł, nic nie ma, nihilizm — możemy iść spać. Więc cieszy mnie to, jak mówisz, że próbujesz szukać tego sensu.

Na koniec jeszcze jedno pytanie, do którego zainspirował mnie twój podcast — o jakim teatrze marzysz? Ewentualnie o adaptacji jakiego tekstu marzysz? No i zgodnie z twoją filozofią możemy tutaj odpłynąć, mówić z sercem na dłoni o rzeczach nierealnych.

Marzę o teatrze, który nie jest dla ludzi robiących teatr. Często myślę o swoich przyjaciołach i ludziach, z którymi siedziałam na ulicy. Chciałabym, żeby teatr był dla nich przydatny — ale tak naprawdę. Chciałabym, żeby w ogóle ludzie szli do teatru, bo tego potrzebują.

Kategoria konieczności jest dla mnie tutaj prowadząca. Powinniśmy robić rzeczy, które są konieczne, żeby mówić to, co musi zostać powiedziane w danym momencie. Nie powinniśmy dokładać się do jakiegoś rodzaju nadprodukcji, robić czegoś, by kapitalizm się kręcił. Marzę o tym, żeby teatr był instytucją. Jak ktoś czuje w sobie głód kształcenia się, idzie na uczelnię, człowiek głodny wiary idzie do kościoła, a jeśli człowiek potrzebuje namysłu nad rzeczywistością, chciałabym, żeby mógł pójść do teatru. Życzyłabym sobie, żebyśmy my, ludzie tworzący teatr, pracowali na zaufanie społeczne. Żeby jakiś polityk mógł sobie pomyśleć: „pójdę i zobaczę spektakl, może on mi coś powie o świecie”. Młody człowiek nie wie, co zrobić z życiem? Niech ma opcję pójść na takiego „Hamleta” i z pomocą Szekspira coś sobie poukładać.

A realizacja, o której marzysz?

To marzenie o spotykaniu się z tekstami większymi ode mnie, takimi, które tworzą wielkie pola do czucia. Najlepsze są te teksty, które czytasz i po prostu płaczesz. Chciałabym móc pracować tylko na takich, poruszających mnie dogłębnie.

Jakiś konkretny tekst? Może twój ulubiony?

Chciałabym kiedyś zrobić Biblię w teatrze.

Rozwiń ten wątek.

Chodzi o przetwarzanie tekstu, z którym żyjemy. Większość ludzi w tym kraju od dzieciństwa jest z tym tekstem. On jest obecny. Jest częścią naszego istnienia. Wzięcie tego do teatru, stworzenie dialogu z czymś, co już w każdym z nas jest, co dla każdego z nas coś oznacza, byłoby wspaniałe. Myślę, że dlatego teraz powstają te wszystkie „Hamlety”. To jest coś, co możemy już nazwać, to ma w sobie już jakąś obecność. Dlatego klasyka jest taka wspaniała — nie musisz nic odkrywać, pracujesz już na czymś.

Kojarzy mi się z tym jeden tekst, który ja absolutnie kocham — to jest zbiór opowiadań Krasznahorkaia „A świat trwa”. On tam ma jedno opowiadanie, które jest przetworzeniem mszy. To są takie klisze, do których można wracać — teksty, które pozwalają określić się w jakimś szerszym porządku świata.

Trochę to, co Bergman robił bardzo często — odwoływał się do wyższego porządku, ale łamał go, pokazywał porządek nieobecny, taki, który nawiedza.

Dokładnie. Albo Kantor, który zawsze pracował na tych dwóch warstwach: historycznej i osobistej. Pokazywał, że one się spotykają. W tym wszystkim chodzi chyba właśnie o jakiś rodzaj szukania. Nie wiem, mam wrażenie, że to też wszędzie powtarzam, ale dla mnie teatr jest rodzajem modlitwy. Takiej modlitwy, która jest wykonywana wspólnotowo. To rodzaj modlitwy, podczas której uznajemy, że być może, jeśli wystarczająco szczerze nad czymś będziemy rozmyślać, to ktoś na nas popatrzy z góry i uzna: „oni to robią pięknie, ześlę im jakiś rodzaj łaski”. Tylko że do tego potrzeba tekstów, które nie są błahe, które otwierają, umożliwiają wychodzenie z siebie do czegoś. Mam w sobie ogromną chęć, żeby iść z ludźmi do czegoś, co jest większe od nas samych.

A ta Biblia jest chyba po prostu największym tekstem naszej kultury. Nie ma rzeczy, którą znamy bardziej. Jak mówisz ze sceny „być albo nie być”, to też każdy to zna. Wszystkie pytania wyrastają na znanym już tekście.

Rzeczywiście, klasyka pomaga w poszukiwaniach.

Sam powiedziałeś o tym postmodernizmie, braku Boga, że nic nie ma itd. Jeżeli w teatrze możemy próbować, to dlaczego nie spróbować zagrać to tak, jakby Bóg był? Jeśli ja nie mogę się doprowadzić do sytuacji, w której wierzę, to jak to jest spróbować na X godzin przywrócić jakiś rodzaj porządku? Jeśli żyjemy w świecie, w którym nie ma superbohaterów, w którym wszystko zostało zdeprecjonowane, ośmieszone, próba opowiedzenia się za czymkolwiek swoim działaniem została wyśmiana, w świecie, w którym ludzie są zabijani, aktywiści siedzą w więzieniach, są upupiani i każdy rodzaj buntu jest po prostu buntem straconym, to próbujmy znaleźć w teatrze te postaci, które powiedzą nam, jak w tym świecie funkcjonować.

Bardzo bym chciała próbować bronić tych bohaterów, którzy wydają się zupełnie nie dzisiejsi. To jest próba powiedzenia „Wielkiej Improwizacji” tak, żeby to było dziś. To pokazanie świata z tego poziomu ulgi, szukania duchowej ścieżki, spotkania w ciszy. To są marzenia o prawdziwym spotkaniu z czymś większym, ale za pośrednictwem drugiego człowieka.

Kategorie:


Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL