„Eks” – miłość po przejściach
Daniel wraca z pracy do domu. Sybille, jego żona, zdążyła już położyć dzieci spać i odpoczywa przed telewizorem, oglądając film związany ze swoją lekarską profesją. Na pytanie o kolację odpowiada chłodno, że na balkonie zostały resztki po dzieciach. W powietrzu od początku wisi napięcie – Sybille zdaje się szukać pretekstu do awantury, a może po prostu desperacko próbuje przypomnieć sobie i mężowi, że wciąż są małżeństwem. Daniel reaguje spokojem, tłumaczy, łagodzi sytuację i nie pozwala konfliktowi eskalować. Właśnie wtedy pojawia się Franziska – dawna sympatia. Przypadkiem? A może jednak nie.
„Eks” Mariusa von Mayenburga w znakomitym tłumaczeniu Karoliny Bikont to przede wszystkim świetnie napisany dramat o miłości. Tej codziennej i oswojonej, tej niespełnionej, wypalonej, ale także tej, która mimo upływu lat wciąż gdzieś istnieje pod powierzchnią. Autor z niezwykłą precyzją balansuje między komedią a dramatem. Serwuje błyskotliwe puenty, zaskakujące skojarzenia i sytuacje, które wywołują salwy śmiechu, by chwilę później pozostawić widza w całkowitej ciszy i niepokoju.
W eleganckiej scenografii Joanny Zemanek, przy znakomicie prowadzonej grze światła oraz dyskretnej, lecz budującej napięcie muzyce Jacka Grudnia, Artur Tyszkiewicz stworzył spektakl, który angażuje od pierwszej do ostatniej minuty. To właśnie taki teatr przypomina, dlaczego wciąż wraca się na widownię. Jest tu emocja, inteligentnie prowadzona akcja, humor, dramat i aktorstwo najwyższej próby. Trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyser i zespół nadawali na tych samych artystycznych częstotliwościach – inscenizacyjne pomysły zostały zrealizowane z imponującą konsekwencją i wyczuciem.
Łukasz Simlat tworzy kreację absolutnie znakomitą. Każdy gest, spojrzenie, półsłówko czy chwila milczenia mają znaczenie. Zachwyca zarówno wtedy, gdy opowiada o młodzieńczych marzeniach, jak i wtedy, gdy desperacko próbuje uniknąć kolejnej małżeńskiej konfrontacji. Jego Daniel jest człowiekiem skrywającym emocjonalną przepaść pod maską spokoju i opanowania. To rola pełna niuansów, zbudowana z niezwykłą precyzją.
Olga Sarzyńska nie pozwala oderwać od siebie wzroku ani na moment. Doskonale odnajduje się zarówno w komediowych, jak i dramatycznych tonacjach. Jej Sybille potrafi być zabawna, uwodzicielska, irytująca, bezradna i przerażająca – często w ciągu jednej sceny. Aktorka imponuje swobodą sceniczną i odwagą, tworząc postać niejednoznaczną, pełną sprzeczności, a przez to niezwykle prawdziwą.
Równie mocne wrażenie pozostawia Milena Suszyńska jako Franziska. Jej bohaterka wkracza w pozornie uporządkowany świat małżeństwa z wdziękiem i niewinnością, za którymi kryje się coś znacznie bardziej skomplikowanego. Aktorka znakomicie wykorzystuje zarówno swój temperament sceniczny, jak i fizyczną obecność, budując postać, która staje się katalizatorem wszystkich ukrytych emocji.
Największą siłą spektaklu jest jednak jego finał. Tyszkiewicz nie oferuje widzom łatwego pocieszenia ani klasycznego happy endu. Pozostawia ich z pytaniem, które wybrzmiewa w niemal upiornej ciszy. To jedno z tych pytań, które wracają jeszcze długo po wyjściu z teatru. I właśnie o takie doświadczenia w teatrze chodzi.
„Eks” jest jednym z najciekawszych spektakli warszawskiego sezonu. Po serii rozczarowań moja wiara w stołeczny teatr została ostatnio odbudowana przez kilka znakomitych realizacji. Po spektaklach oglądanych w Teatrze Wielkim i Teatrze Współczesnym, również Ateneum dołącza do tego grona. To przedstawienie, które ma wszelkie predyspozycje, by przez wiele sezonów przyciągać publiczność. Aktorski majstersztyk, inteligentny tekst i znakomita reżyseria składają się na teatralne wydarzenie, którego po prostu nie wolno przegapić.
Teatr Ateneum