Kolejny wieczór w ramach Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena przyniósł program niezwykle atrakcyjny i wymagający – zestawienie Wolfganga Amadeusza Mozarta, Roberta Schumanna i Ludwiga van Beethovena zawsze stawia przed wykonawcami wysokie wymagania stylistyczne i narracyjne. Tym razem na estradzie pojawili się młodzi laureaci konkursów: dyrygent Jong-Jie Yin, pianista Maxim Lando oraz Sinfonietta Cracovia.
Już od pierwszych taktów uwertury do Don Giovanniego można było odnieść wrażenie, że dyrygent koncentruje się przede wszystkim na wyrazistości krótkich odcinków, kosztem dłużej prowadzonej narracji. Taka strategia przynosiła ciekawe momenty, choć chwilami osłabiała poczucie ciągłości przebiegu muzycznego. Zamiast jednej, szeroko prowadzonej narracji otrzymaliśmy raczej sekwencję wyraźnie zarysowanych sytuacji muzycznych – co nie tyle dyskwalifikuje interpretację, ile nadaje jej bardziej fragmentaryczny charakter.
Najwięcej emocji wzbudził Koncert fortepianowy a-moll Schumanna w wykonaniu Maxima Lando. W opinii części słuchaczy – czego wyrazem są pojawiające się głosy krytyczne – była to interpretacja nadmiernie intensywna, momentami ocierająca się o przesadę. Trudno całkowicie zignorować te zastrzeżenia: pianista rzeczywiście operował bardzo szerokim zakresem środków wyrazowych, chętnie deformował puls, a kontrasty dynamiczne bywały wyostrzane do granic.
Jednocześnie jednak nie sposób sprowadzić tej gry wyłącznie do efektowności. Ekspresja Lando – także ta widoczna w geście scenicznym – sprawia wrażenie naturalnego przedłużenia jego myślenia muzycznego, a nie dodatku obliczonego na wrażenie. Dopóki nie zakłóca ona brzmienia, trudno traktować ją jako zarzut. Sam dźwięk, choć nie zawsze w pełni osadzony i chwilami tracący ciężar, potrafił przyciągnąć uwagę barwą i miękkością, szczególnie w odcinkach bardziej kantylenowych.
Pewien niedosyt pozostawia natomiast sposób organizowania większych odcinków formy. Poszczególne momenty były często bardzo sugestywne, ale nie zawsze układały się w przekonującą całość o wyraźnym kierunku. Zamiast narracji rozwijającej się stopniowo, słuchacz otrzymywał ciąg intensywnych impulsów – interesujących samych w sobie, lecz nie zawsze wzajemnie się dopełniających. Mimo to była to interpretacja, która nie pozostawiała obojętnym: ryzykowna, miejscami nierówna, ale wyraźnie osobista.
W drugiej części wieczoru zabrzmiała V Symfonia Beethovena. Tutaj uwidoczniły się pewne niedoskonałości zespołu – szczególnie w zakresie spójności brzmienia i precyzji rytmicznej. Bywały momenty, gdy napięcie opadało, zanim zdążyło się w pełni rozwinąć, a całość traciła na przejrzystości. Jednocześnie nie brakowało momentów, w których orkiestra potrafiła uchwycić dramatyczny impuls tej muzyki i nadać jej odpowiednią energię.
Nie sposób pominąć reakcji publiczności. Entuzjazm słuchaczy był wyraźny, a bis pianisty spotkał się z bardzo gorącym przyjęciem. To przypomina, że doświadczenie koncertowe nie sprowadza się wyłącznie do analizy struktury, proporcji i jakości wykonania – równie istotna jest bezpośredniość przekazu, która w tym przypadku niewątpliwie zadziałała.
Dlatego trudno przyjąć jednoznacznie negatywną perspektywę. Był to wieczór pełen napięć i niedoskonałości, ale też prób poszukiwania własnego języka interpretacyjnego. Zamiast oceny skrajnej, bliższe prawdy wydaje się uznanie go za wydarzenie niejednorodne – momentami problematyczne, lecz jednocześnie intrygujące i otwarte na różne sposoby słuchania.
Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena