No i… tak to, panie Mozart

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

No i… tak to, panie Mozart

O spektaklu „Amadeusz” Petera Shaffera w reżyserii Anny Wieczur w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Anna Czajkowska. Peter Shaffer, który w wielu krajach cieszy się opinią jednego z najpopularniejszych współczesnych dramaturgów angielskich, w 1980 roku otrzymał prestiżową nagrodę “Tony Awards” za swój dramat „Amadeus” napisany w roku 1979. Dość szybko „Amadeusz” pojawił się na polskiej...
Opublikowano: 2022-07-14

O spektaklu „Amadeusz” Petera Shaffera w reżyserii Anny Wieczur w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Anna Czajkowska.

Peter Shaffer, który w wielu krajach cieszy się opinią jednego z najpopularniejszych współczesnych dramaturgów angielskich, w 1980 roku otrzymał prestiżową nagrodę “Tony Awards” za swój dramat „Amadeus” napisany w roku 1979. Dość szybko „Amadeusz” pojawił się na polskiej scenie, konkretnie w Teatrze na Woli, a prapremierę reżyserował Roman Polański (sam wystąpił w roli Wolfganga Amadeusza Mozarta, natomiast Tadeusz Łomnicki wcielił się w postać Salieriego). Jednak większość widzów na całym świecie poznała utwór Shaffera dzięki oskarowej, kinowej wersji Milosa Formana (według scenariusza autora sztuki), zrealizowanej w 1984 roku. Kanon, który w interpretacji dramatu ustanowił Forman i odtwórcy głównych ról, pokazując dramatyczną siłę konfrontacji marzeń o geniuszu z samym geniuszem jest trudny do przełamania. I chyba nigdy się to nie udało. W Teatrze Dramatycznym w Warszawie możemy zobaczyć kolejną interpretację sztuki Petera Shaffera, tym razem w tłumaczeniu Macieja Stroińskiego i w reżyserii Anny Wieczur. Cenię dorobek pani reżyser, bardzo lubię jej muzyczne (i nie tylko) spektakle. Mam spore zaufanie do Anny Wieczur, ale mierzenie się z legendą jest zawsze ryzykowne. Jednak reżyserka z entuzjazmem i przekonaniem podjęła wyzwanie, a przystępując do realizacji dramatu mówi: „Potencjał tego konfliktu pomiędzy kompozytorami jest bardzo wielki i wręcz tragiczny”. I konsekwentnie, odważnie go wykorzystuje. Czy jej „Amadeusz” będzie przebojem i złotymi zgłoskami zapisze się w historii teatru? Niewykluczone.

Sztuka Shaffera, opowieść quasi–biograficzna o Mozarcie i Salierim jest historią morderczej zawiści, walki dwóch artystów – muzyków: geniusza wszechczasów oraz człowieka, który od dzieciństwa ma tylko jedyną ambicję – być wielkim kompozytorem. Narratorem w sztuce angielskiego dramaturga jest Salieri, bez mała od początku w niezgodzie ze swą mikrą pozycją w bożym planie i – jego zdaniem – niesprawiedliwym podziale talentów. Pierwsze spotkanie z Mozartem pokazało mu, że jego muzyczne pragnienia są nic nie warte, skończył się, ale on i tylko on sam to wie. Natomiast świat wokół cesarza Józefa II nie musi tego odczuć, ziemskie fawory są rozdzielane inaczej i to właśnie stanowi podstawę jego poczynań i esencję mścicielskich działań. Nieokrzesany, naiwny i nieco infantylny mały człowiek o sprośnym chichocie (jak mówi o autorze “Wesela Figara” Salieri) jest z kolei szczery i pełen dobroci, w dodatku świadomy swego talentu. Doprowadza to do obsesji kompozytora dworu Habsburgów. Samotność Mozarta walczącego o przeżycie i uznanie, tragedia artysty, który płaci wysoką cenę za boży dar, konsekwentnie acz niejawnie niszczony przez dworskie intrygi, wzrusza i nieodmiennie skłania do refleksji, choć wiemy, że ta historia nie jest oparta na znanych faktach.

Spektakl Anny Wieczur jest przygotowany z rozmachem, niezwykle dopieszczony, precyzyjny w każdym elemencie, szczegółowo przemyślany i bardzo muzyczny. To znakomity teatr formy i treści. Zarzuty, że przegadany są nie na miejscu – gdzie, jak nie w teatrze jest miejsce dla słowa, monologu, rozmów?? Jest czas i na muzykę, i na śmiech, i na ból. Na magię. I nie ma w tym żadnej przesady, zadęcia. Specjalnie do tego przedsięwzięcia stworzono orkiestrę złożoną z około czterdziestu osób, którą podziwiamy na scenie. Kieruje nią dyrygent Jacek Laszczkowski. Obok  muzyków, dobrze widocznych za zwiewnym, przejrzystym ekranem, występują młodzi śpiewacy operowi, którzy uczestniczą w przebiegu akcji spektaklu. Publiczność ma okazję usłyszeć trzydzieści dwa fragmenty muzyki Mozarta. „Będzie to muzyka z różnych okresów życia Mozarta, o różnym charakterze – od utworów lirycznych, przez pewne rozbuchanie. Zaprezentujemy cały przekrój jego wrażliwości muzycznej – cały kalejdoskop utworów” – wyjaśnia Anna Wieczur. Taka koncepcja reżyserska i inscenizacyjna to niewątpliwie również rodzaj hołdu złożonego twórczości Mozarta.

Ale najważniejsi są aktorzy, którzy doskonale „czują tekst” Petera Shaffera i z wielką dbałością budują swoje postacie. Cyzelują każde słowo, grają gestem, ubieloną twarzą, wprawnym ruchem. Dopasowują się, niemal spajają z klimatem dworskich rozmów i intryg u boku cesarza Józefa II, kreśląc w ten sposób barwny obraz epoki Mozarta. Wizyta w XVIII-wiecznym Wiedniu ma swój początek w domu Antonio Salieriego, pochodzącego z Włoch nadwornego kompozytora cesarza. W pierwszej scenie spektaklu, stojąc u wrót śmierci, Salieri opowiada historię swego życia, wraca we wspomnieniach do walki z rywalem i postanawia objaśnić dlaczego znany, zadowolony z życia, ceniony kompozytor, będący u szczytu powodzenia, postanowił zniszczyć Mozarta. Salieri przeżywa swoisty szok, gdy do Wiednia przybywa Mozart – arogancki młodzik, bezczelny, rozmiłowany w niewybrednych żartach, jednak przez Boga obdarzony nadludzkim talentem. Jego geniusz muzyczny nie ma sobie równych, a tego Salieri nie może ścierpieć. Dlatego staje się zgorzkniałym i przebiegłym wrogiem Amadeusza, z pretensjami … do samego Boga (który w jego mniemaniu zakpił z najczystszych pragnień oddanego sługi).

„Ja zrodziłem się dla miłości sztuki” – mówi Salieri w sztuce Aleksandra Puszkina. „Jestem zawistnikiem, zazdroszczę bez miary, udręczony jestem zazdrością. O, nieba! Gdzież jest sprawiedliwość[…]”. I taki właśnie jest „król sceny”, Adam Ferency w roli Salieriego. Potrafi grać zarówno mocno, jak i subtelnie, z delikatnością. Swoją postać buduje z drobnych elementów i namiętności – cieniując pozwala sobie na grymas, ruch i wymowny bezruch. Mimiką, ruchem dłoni, nawet krokiem sam bez mała „tworzy” niektóre sceny. Znakomity, gdy kpi i drwi, równie dobry, kiedy umiera z zawiści. I nie ma tu mowy o naśladowaniu poprzedników – z wprawą, techniczną biegłością tworzy swoją postać. Jest zabawny, czasem patriarchalny i przerażający, zmienny jak kameleon. Takiego Salieriego jeszcze nie widziałam (choć w pamięci mam wspaniałą kreację Zbigniewa Zapasiewicza, który wcielił się w tego bohatera w Teatrze Telewizji w 1993 roku). Prawdziwie mistrzowski popis!

W roli tytułowego Amadeusza występuje Marcin Hycnar. Po Polańskim czy filmowej kreacji Toma Hulce’a przyszedł czas na kolejnego Wolfiego. Hycnar szaleje na scenie, szarżuje – ale z wyboru, nie przekraczając koniecznych granic. Zresztą ta rola wymaga brawury. Aktor doskonale oddaje osobowość i stan ducha bohatera, jego uczuciowość, ludzką ułomność, nieżyciowość i naiwność. To prostak, próżniak i hulaka zdaniem zawistników, a według bliskich człowiek wielkiego serca i entuzjasta życiowych radości. Mozart – Hycnar ma świadomość własnej wartości oraz wyjątkowości swego talentu, która ściąga na niego nienawiść przeciętności. W drugiej części spektaklu farsowy styl znika z jego zachowania, milkną cięte riposty, blednie też dziecięctwo i humor wraz z młodzieńczą beztroską. Zamiast nich pojawia się przejmujący tragizm i słabość umierającego człowieka. Hycnar świetnie poradził sobie z tą przemianą, pokazując duszę artysty wypełnioną dramatyczną, bolesną świadomością osamotnienia.

W postać cesarza Józefa II, człowieka niemuzykalnego, lecz pretendującego do roli mecenasa artystów wciela się Modest Ruciński. Aktor z wyczuciem groteski i powagi, ani trochę nie przerysowując swej postaci, wsłuchuje się w rytm przestawienia, czuły na grę pozostałych występujących. Ruciński obdarza bohatera swym indywidualnym rysem, który przydaje postaci sporo ciepła („no… i tak to”). Doprawdy, ujął mnie swoją rolą.

Jeszcze Barbara Garstka jako Konstancja, żona Mozarta – uroczo, z wdziękiem, czasem bawi nas, czasem wzrusza – zwłaszcza pod koniec spektaklu, gdy przy dźwiękach „Lacrimosy” z Requiem żegna z płaczem ukochanego Wolfiego.

Ale nie byłoby tego przedstawienia bez aktorów drugiego planu: Maciej Wyczański jako dyrektor opery Orsini Rosenberg jest wyborny, równie dobry Karol Wróblewski jako szambelan von Strack oraz Zbigniew Dziduch – baron van Svieten. Wyczuwają komediowy ton i idąc za wskazówkami Anny Wieczur dobrze oddają jej reżyserski zamysł. Na koniec wymienię intrygujących Venticellich – Łukasza Lewandowskiego i takiegoż Sławomira Grzymkowskiego. W duecie grają niepoprawnych żartownisi, aż do przesady, acz cudnie złośliwych i hałaśliwych, którzy otwierają i zamykają spektakl. Obaj mocno tkwią w świecie umownego teatru, nieustannie towarzyszą Salieriemu, jak koty wspinają się po balkonach i komentują wydarzenia.

Przestrzeń teatralna tworzy tu znakomite tło dla monologów, dialogów, emocjonalnych obrazów, nieraz zabawnych, z czasem coraz bardziej dramatycznych, w których przepych szytych na miarę (w przenośni i dosłownie) kostiumów autorstwa Martyny Kander pozwala widzom czuć atmosferę tamtych czasów, a charakteryzacja odwołuje się do symboliki, teatralnej umowności, z ukłonem w kierunku commedii dell’arte. Nie ma tu miejsca na uwspółcześnianie  – Mozart jest dzieckiem swej epoki, zamożni wiedeńczycy noszą się elegancko i na bogato. Równie dobrze komponuje się z całością wstrzemięźliwa scenografia Maksa Maca (wciąż w klimacie XVIII wieku), która nie odwraca uwagi od przebiegu akcji.  Anna Iberszer, znakomita choreografka i tancerka, dba o ruch sceniczny, idealnie dopasowany do pozostałych elementów. Dodatkowym smakiem jest światło Pauliny Góral, dla podkreślenia uczuć i emocji – bardzo ważne w tej inscenizacji. Dzięki takiemu zespołowemu wysiłkowi spektakl może uchodzić za perfekcyjny.

„Amadeusz” w Teatrze Dramatycznym to mistrzowski popis aktorów, wprawnie kreślących barwne sylwetki bohaterów oraz ich portrety psychologiczne. To także wyraz twórczej ekspresji pani reżyser, oddającej klimat epoki, bogactwo nastrojów i emocji, hołd złożony muzyce geniusza – za takim teatrem muzycznym tęskni scena i takiego teatru dramatycznego oczekuje widz. Przemawiający do serca i ducha spektakl z pewnością na długo pozostanie w pamięci warszawskiej publiczności.

fot. Krzysztof Bieliński

Kategorie:


Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL