Marcin Wierzchowski, który powinien w kółko wystawiać Dostojewskiego, pokazał musical. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego.
Krystian Lupa w 2006 r. na Wiener Festwochen zrealizował „Czarodziejski flet” i chwilę później zadeklarował, że już nigdy więcej nie będzie pracował w operze. Bo nie da się wejść do zupełnie innego uniwersum sceny tak nagle i bezkarnie, bez wcześniejszych prób zbadania jego istoty.
Z Marcinem Wierzchowskim sytuacja wygląda podobnie. Wierzchowski jest mistrzem psychologii, pracuje z aktorami metodą improwizacji, drąży temat statusu postaci, aż osiągnie na scenie ich właściwy stan skupienia. Wiele go łączy z Lukiem Percevalem. Zatem jego decyzja, by spróbować sił w musicalu, była zaskakująca, ale nie tylko. Gdy wyszedłem z premiery „Dnia Świstaka” we wrocławskim Capitolu, zrozumiałem, że to decyzja przede wszystkim niewytłumaczalna.
Chciałbym wiedzieć, jak Wierzchowski odebrał znany film Harolda Ramisa. Czy przyjął, że to komedia o rutynie, od której wyzwoleniem może być tylko akceptacja życia takiego, jakim ono jest? Że to manifest optymizmu i miłości na przekór wszystkiemu? Jeśli tak, to być może Wierzchowski chciał też, aby jego „Dzień Świstaka” jako musical, i właśnie wyłącznie jako ta popularna forma, stanął w kontrze do teatru, który do tej pory uprawiał. Z tym że to skrajnie niełatwe dla reżysera, który zawsze skupiał się na budowaniu wewnętrznych światów swoich bohaterów. A nie jest żadnym odkryciem stwierdzenie, że musical wymaga jednak od twórcy tego obligatoryjnego gestu: wyjścia do widza, pociągnięcia go za rękaw do wspólnego energetyzującego przeżycia.