Są tacy artyści, o których nie sposób pisać „z dystansu”. Stanisława Celińska zdecydowanie do nich należy. Bo choć jej dorobek można opisywać długo – rolami, nagrodami, scenami – to i tak najważniejsze wydarza się gdzieś pomiędzy: w głosie, w spojrzeniu, w obecności, której nie da się podrobić.
Dziś, w dniu jej urodzin, wracają do mnie obrazy bardzo konkretne. Teatralne. Osobiste.
Pamiętam ją z „Zachodniego wybrzeża” Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego – jeszcze z czasów Teatru Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. To była obecność, która nie potrzebowała dominować, żeby być centrum uwagi. Potem „Taka ballada” Piotra Cieplaka – inna energia, inna wrażliwość, ale ta sama prawda.
U Warlikowskiego widziałem ją wielokrotnie – i za każdym razem była kimś innym. W „Burzy” Williama Shakespeare’a jako Trinkulo – przewrotna, wytrącona z oczywistości. W „Krumie” Hanocha Levina – boleśnie ludzka jako Matka. Wreszcie w monumentalnych „Aniołach w Ameryce” Tony Kushnera – gdzie potrafiła pomieścić i ironię, i czułość, i coś na kształt metafizycznego niepokoju.
A potem jeszcze „Opowieści afrykańskie według Szekspira” – już w Nowym Teatrze – gdzie jej obecność była jak znak firmowy pewnego myślenia o teatrze: odważnego, bezkompromisowego, ale zawsze głęboko zakorzenionego w człowieku.
Ale gdy myślę o Stanisławie Celińskiej, nie widzę tylko scen.
Widzę też Kłodzko.
Widzę wieczór podczas Kłodzkich Zderzeń Teatrów, który miał w sobie coś więcej niż festiwalową atmosferę. Razem z Grzegorzem Janikowskim mieliśmy przyjemność prowadzić spotkanie z Artystką. Wcześniej – recital. I to był ten moment, kiedy teatr spotkał się z czymś jeszcze bardziej intymnym.
Bo Stanisława Celińska śpiewa tak, jak gra – całą sobą. Bez zabezpieczeń. Bez ucieczki w formę.
Rozmowa była spokojna, uważna, pełna ciepła. Bez pozy. Bez dystansu. Jakby scena – ta wielka i ta mała – była dla niej naturalnym przedłużeniem życia, a nie jego odświętną wersją.
I może dlatego jej role zostają.
Bo nigdy nie są tylko „zagrane”.
Są przeżyte.
Dziś, kiedy obchodzimy jej urodziny, trudno o banalne życzenia. Bo to jedna z tych artystek, którym nie życzy się „kolejnych ról” – bo one i tak będą. Bardziej chce się powiedzieć: dziękuję.
Za wszystkie postaci, które pozwoliła nam zobaczyć. Za emocje, które nie zawsze były wygodne. Za głos – ten sceniczny i ten dosłowny – który zostaje w człowieku na długo.
I za tamten wieczór w Kłodzku.