Powrót do prozy Edmunda Niziurskiego zawsze obarczony jest ryzykiem. To literatura, która dla wielu była doświadczeniem formacyjnym – kształtowała wyobraźnię, poczucie humoru, sposób patrzenia na szkolną rzeczywistość. Ale to także literatura bardzo mocno zakorzeniona w swoim czasie, ze specyficznym językiem i konstrukcją świata, które dziś niekoniecznie poddają się prostemu przeniesieniu na scenę. Spektakl „Siódme wtajemniczenie” w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka pokazuje boleśnie, jak trudna jest to operacja – i jak łatwo kończy się ona niepowodzeniem.
Reżyserka Katarzyna Dudzic-Grabińska deklarowała wierność duchowi Niziurskiego: jego językowi, rytmowi, oniryzmowi i osobliwej mieszance dziecięcej wyobraźni z quasi-dorosłą frazą bohaterów. Problem w tym, że to, co w książce działa jako konwencja literacka, na scenie zaczyna ciążyć. Dialogi, zamiast nieść akcję, rozwlekają ją; humor, zamiast bawić – brzmi archaicznie; a świat przedstawiony, zamiast uwodzić swoją dziwnością, wydaje się po prostu odległy i słabo komunikatywny.
Największym kłopotem spektaklu jest jednak jego nieczytelność jako całości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy nie podjęli ostatecznej decyzji, czym właściwie ma być to przedstawienie. Z jednej strony mamy próbę wiernej adaptacji – z zachowaniem realiów PRL-u, stylu językowego i fabularnych meandrów. Z drugiej – sugestię, że historia ta ma coś mówić współczesnemu widzowi, że może być metaforą dzisiejszych podziałów i konfliktów. Te dwa porządki nie spotykają się jednak w żadnym wyraźnym punkcie.
Efekt jest taki, że spektakl zawisa w próżni: ani nie jest przekonującą podróżą sentymentalną, ani nie staje się współczesnym komentarzem. Widz pozostaje z poczuciem dezorientacji – nie dlatego, że obcuje z formą wymagającą, lecz dlatego, że nie otrzymuje czytelnego klucza interpretacyjnego.
Próba nadania całości tempa i energii – poprzez dynamiczne sceny zbiorowe i intensywny ruch sceniczny – również nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Ruch nie wynika tu z dramaturgii, lecz próbuje ją zastąpić. W konsekwencji zamiast napięcia pojawia się monotonia, a zamiast przygody – zmęczenie. Paradoksalnie więc spektakl, który miał być żywiołowy i „dla przebodźcowanej młodzieży”, okazuje się zaskakująco nużący.
Nie oznacza to, że wszystko zawodzi. W roli Cykorza Maciej Bisiorek rzeczywiście próbuje utrzymać emocjonalny rdzeń tej historii – jego obecność jest wiarygodna, a wysiłek widoczny. Pojawiają się też pojedyncze sceny, w których udaje się uchwycić coś z niziurskiego klimatu: lekki absurd, moment zawieszenia między rzeczywistością a wyobraźnią. To jednak zbyt mało, by unieść całość.
Najciekawszym – i zarazem najbardziej problematycznym – aspektem spektaklu jest próba jego „uaktualnienia”. Można oczywiście dostrzec potencjał w czytaniu konfliktu Matusów i Blokerów jako metafory współczesnych podziałów społecznych czy politycznych. Tyle że w tej realizacji pozostaje to raczej sugestią niż konsekwentnie przeprowadzoną interpretacją. Trop zostaje rzucony, ale nie rozwinięty – przez co brzmi bardziej jak dopowiedzenie niż realna warstwa znaczeniowa przedstawienia.
Być może to właśnie tutaj ujawnia się zasadniczy problem tej inscenizacji: przekonanie, że sam materiał literacki – wzmocniony nostalgią i energią sceniczną – wystarczy, by uruchomić współczesne sensy. Tymczasem bez wyraźnego gestu interpretacyjnego tekst Niziurskiego pozostaje zamknięty w swojej epoce.
„Siódme wtajemniczenie” w łódzkim Teatrze Nowym jest więc spektaklem, który wiele obiecuje, ale niewiele realizuje. Rozpięty między wiernością a aktualizacją, między dynamiką a narracyjną bezradnością, ostatecznie nie znajduje własnego języka. A bez niego nawet najlepsze intencje – i najsilniejszy sentyment – okazują się niewystarczające.
Pozostaje poczucie niewykorzystanej szansy. I pytanie, które wraca po wyjściu z teatru: czy naprawdę chodziło o opowieść o dojrzewaniu – czy raczej o próbę przywrócenia światu, który już nie istnieje, znaczenia, którego nie da się dziś odtworzyć bez zasadniczego przepisania?
Teatr Nowy w Łodzi