Byłem wczoraj w Filharmonii Narodowej i mogę powiedzieć jedno: to był koncert, który wymagał pełnej uwagi i otwartego ucha, ale nagrodził wrażeniami, których się nie zapomina. Połączenie Stuttgarter Kammerorchester i Radomskiej Orkiestry Kameralnej pod batutą Jurka Dybała okazało się wprost fascynujące – dwa zespoły współistniały, tworząc niemal namacalną rozmowę dźwięków. Ani przez chwilę nie miałem poczucia, że jedna orkiestra dominuje nad drugą; raczej odczuwało się wzajemne podkreślanie barw, przestrzeni i rytmu.
Program koncertu był odważny, a zarazem logiczny w swojej konstrukcji. Zaczęliśmy od Symphonie d’archets Jeana Françaix – lekkiego, pełnego wdzięku utworu, w którym można było poczuć przyjemność grania. Następnie Penderecki i jego „Emanacje” wprowadziły nas w świat ostrej, punktualistycznej sonorystyki, pełen kontrastów i napięć. Fantazja Vaughana Williamsa była jak nagły wdech – subtelna, bogata w przestrzenność, niemal sakralna w swojej aurze. Po przerwie przyszła kolej na monumentalną Wielką Fugę Beethovena w transkrypcji Weingartnera, a finałowy Koncert podwójny Martinů pozwolił obu orkiestrom i solistom pokazać pełnię swoich możliwości w dialogu pełnym dynamiki i precyzji.
Jurek Dybał prowadził orkiestry z wyczuciem i równowagą, pozwalając każdemu zespołowi zachować indywidualny charakter. W finałach czuło się wręcz napięcie jak w teatrze – dźwięki budowały przestrzeń, tworzyły warstwy i kontrapunkty, w które słuchacz mógł się całkowicie zanurzyć. Szczególnie uderzająca była subtelna różnica w barwach między pierwszą i drugą orkiestrą, oraz dialog z kwartetem smyczkowym, który pojawiał się w “Fantazji” Vaughana Williamsa – momenty te były jak malowane światłem dźwięki, zmieniające percepcję całego utworu.
Fortepian Łukasza Krupińskiego brzmiał klarownie i pełnie, świetnie wplatając się w partie obu orkiestr. Nawet drobne detale, jak ustawienie fortepianu po lewej stronie sceny, nie zakłóciły wrażenia całości – choć w moim odczuciu centralne ustawienie mogłoby dodatkowo wzmocnić efekt „stereo” i rozmowę między zespołami. Kotły i partie perkusyjne tworzyły tło dramatyczne, a jednocześnie w pełni współgrały z orkiestrami.
Co mnie zachwyciło, to poczucie przestrzeni i dźwiękowej głębi, które udało się stworzyć w tej niezwykłej konfiguracji. Każdy utwór miał swoją barwę, swój ciężar i tempo oddechu – i naprawdę czuło się, jak muzyka wciąga w siebie, wytwarzając napięcie, które przykuwa uwagę publiczności od pierwszego do ostatniego dźwięku. Momentami sala milczała tak, jakby oddech widzów wstrzymywała sama muzyka.
Na bis Dybał przypomniał fragment Kwintetu „Pstrąg” Schuberta, w hołdzie ś.p. Elżbiecie Pendereckiej, osobie tak ważnej dla festiwalu i samego dyrygenta. Gest prosty, a jednocześnie niezwykle wymowny – jakby zamknął muzyczną opowieść w osobistym i czułym akcie.
Był to wieczór pełen kontrastów, bogactwa dźwięku i przestrzeni, a przy tym mocno osobisty dla słuchacza. Nie chodziło tylko o perfekcję techniczną – ta była bez wątpienia – ale o doświadczenie, które zostaje w głowie i sercu, gdy muzyka staje się rozmową, dialogiem dwóch orkiestr, solistów i dyrygenta.
To był koncert, który naprawdę trzeba było przeżyć, a nie tylko usłyszeć. Wrażenia pozostaną długo.
30. Wielkanocny Festiwal Beethovenowski