Kiedy muzyka nie spotyka teatru
O spektaklu „Elektra” Richarda Straussa w reżyserii Plamena Kartaloffa z Sofijskiej Narodowej Opery i Baletu na XXXI Bydgoskim Festiwalu Operowym w Operze Nova w Bydgoszczy pisze Wiesław Kowalski.
Podczas tegorocznej edycji Bydgoskiego Festiwalu Operowego publiczność Opery Nova miała okazję zobaczyć Elektrę Richarda Straussa w wykonaniu zespołu z Sofii. Bułgarska inscenizacja, przygotowana przez Plamena Kartaloffa, postawiła na siłę muzyki i wokalu, jednak nie zdołała w pełni wykorzystać teatralnego potencjału tego ekspresjonistycznego dramatu. W zestawieniu z nowatorskimi realizacjami ostatnich lat, spektakl pozostawił wrażenie zaskakująco zachowawcze.
Bułgarska inscenizacja, choć zrealizowana dopiero w 2020 roku, wydaje się osadzona w estetyce wcześniejszych dekad. Kartaloff nie zdecydował się na głębszą reinterpretację dzieła, koncentrując się przede wszystkim na eksponowaniu siły śpiewu. Teatr jako przestrzeń znaczeń pozostał tu na drugim planie. Scenografia autorstwa Svena Jonke – mimo że funkcjonalna i zmienna – pełniła głównie rolę ilustracyjną, nie wchodząc w dialog z dramatycznym napięciem partytury. Ruch sceniczny ograniczono do rytualnych gestów i statycznych układów, przez co monumentalna siła muzyki nie zyskiwała pełnej odpowiedzi w warstwie teatralnej.
Najmocniejszym punktem wieczoru była bez wątpienia strona wokalna. Liliya Kehayova w tytułowej roli stworzyła postać rozdartą, potężną i przejmującą. Jej głos, pełen dramatyzmu i precyzji, wypełniał przestrzeń z niezwykłą intensywnością. Partnerujący jej Atanas Miadenov jako Orestes zwrócił uwagę dojrzałością interpretacji i ciemną, szlachetną barwą, która dobrze kontrastowała z emocjonalnym napięciem Elektry. Współpraca tej pary na scenie należała do momentów najbardziej poruszających całego przedstawienia.
Orkiestra Sofijskiej Opery pod batutą Evana-Alexisa Christa wykonała trudną partyturę Straussa z solidnym wyczuciem, choć niekiedy brakowało bardziej precyzyjnego prowadzenia fraz i dramaturgicznej ostrości. Momentami dźwięk tracił na wyrazistości, co w kontekście psychologicznego napięcia dzieła miało swoje znaczenie. Mimo to niektóre partie instrumentalne – zwłaszcza sekcja blaszana i niskie rejestry instrumentów – skutecznie budowały nastrój grozy i wewnętrznego napięcia.
Jeśli jednak porównać tę sofijską wersję z innymi współczesnymi realizacjami – choćby z kontrowersyjną i niezwykle intensywną inscenizacją Krzysztofa Warlikowskiego z Salzburga (2020) – trudno nie zauważyć braku odwagi interpretacyjnej. Warlikowski, wykorzystując sceniczny prolog z dzieciństwa Elektry i posługując się sugestywnymi efektami wizualnymi, stworzył spektakl, który silnie osadza dramat bohaterki w jej psychologicznym zapleczu, prowadząc widza przez mroczne rejony traumy i obsesji. W porównaniu z tą koncepcją, bułgarska inscenizacja jawi się jako znacznie bardziej zachowawcza, trzymająca się tradycyjnych rozwiązań i niepodejmująca ryzyka twórczego.
Kartaloff zdaje się ufać, że muzyka Straussa „obroni się sama”, co w pewnym sensie się sprawdza – pod warunkiem, że publiczność poszukuje przede wszystkim wokalnych uniesień. Dla odbiorców oczekujących nowoczesnego, psychologicznie pogłębionego teatru operowego, sofijska Elektra może jednak pozostawić poczucie niedosytu. To spektakl, w którym głos dominuje nad treścią, a monumentalność formy nie idzie w parze z siłą wizualnej opowieści.
fot. Sofijska Narodowa Opera i Balet