Pojawienie się Teatru Wierszalin z Supraśla na XVII Międzynarodowym Festiwalu Gombrowiczowskim w Radomiu spotkało się z ogromnym zainteresowaniem publiczności. Wszyscy chcieli zobaczyć „Ślub” Witolda Gombrowicza w reżyserii Piotra Tomaszuka.
Inscenizacja Tomaszuka łączy gęstą od znaczeń, ironiczną literaturę awangardową z charakterystyczną dla jego teatru, mroczną i rytualną estetyką. Spektakl, którego premiera odbyła się już ponad dwa lata temu, stanowi odważną próbę wpisania arcydzieła polskiego dramatu w poetykę teatru formy, maski i muzycznego rygoru.
Reżyser nie ogranicza się do psychologiczno-historycznego odczytania snu Henryka, ale przefiltrowuje tekst dramatu Gombrowicza przez oryginalny, specyficzny język założonego przez siebie teatru. Ma więc „Ślub” wyrazistą, niemal muzyczną strukturę, w której słowo Gombrowicza współgra z niepokojącą, wykonywaną na żywo oprawą dźwiękową Adriana Jakucia-Łukaszewicza oraz surową, plastyczną scenografią Mateusza Kasprzaka, która opiera się na genialnej w swojej prostocie estetyce recyklingu: skrzynie, zużyte przedmioty, ruchomy stół, które sugestywnie, choć mocno umownie, tworzą kolejne miejsca akcji: od karczmy po królewski dwór.
Piotr Tomaszuk buduje świat w konwencji sennego majaku Henryka. Oś spektaklu wytycza jego psychologiczne starcie z przyjacielem Władziem. Rafał Gąsowski jako Henryk gra postać głęboko rozedrganą, neurotyczną i rozdartą wewnętrznie. Znakomicie oddaje on ewolucję bohatera – od zagubionego żołnierza po despotycznego tyrana, upojonego samozwańczą władzą. Gąsowski magnetyzuje widza w swoich monologach, choć momentami jego interpretacja ociera się o aktorską nadekspresję. Kontrapunktem do tej potężnej, wręcz agresywnej, energii jest Władzio w wykonaniu Bartłomieja Bazyluka. Aktor buduje swoją postać na uległości, naiwności i bezgranicznym zaufaniu do przyjaciela. Ta cichość i plastyczność Władzia staje się w interpretacji Bazyluka szczególnie niepokojąca: jawi się on jako bezbronna ofiara manipulacji i chorych ambicji Henryka.
Sceny, w których Henryk testuje lojalność Władzia, a ostatecznie popycha go do tragicznego samobójstwa, należą do najbardziej poruszających w przedstawieniu. Aktorzy odgrywają ten toksyczny taniec dominacji i poddaństwa. A skoro już o aktorstwie mowa, to wspomnieć należy o Dariuszu Matysie, który jako Ojciec i Król balansuje na granicy świętości i pospolitego pijaństwa, oddając Gombrowiczowskie napięcie między powagą a śmiesznością.
Udanie partneruje mu Magdalena Dąbrowska jako Katarzyna, która kreuje Matkę jako postać tyleż tragiczną, ile karykaturalną. Nie do końca natomiast zrozumiałą jest decyzja reżysera o obsadzeniu w roli Pijaka Moniki Kwiatkowskiej. Wydaje się również, że spektakl grzeszy pewną zbiorową nadekspresją, krzykiem i hałasem (czy naprawdę niezbędne jest poruszanie się aktorów „z przytupem”?). Rozumiem, że taki jest styl Tomaszuka i Wierszalina, ale u mniej oswojonych z tą manierą widzów, wśród których jest piszący te słowa, może wywołać ona poczucie przytłoczenia formą. Cierpi na tym też przekaz słowny.
Powszechnie wiadomo, że cechą stanowiącą o odrębności Wierszalina jest miejsce, w którym gra na co dzień swoje awangardowe spektakle. Siedziba w Supraślu wyróżnia się niepowtarzalną atmosferą. W radomskim teatrze, monumentalnym budynku z epoki Gierka, istniało ryzyko, iż „Ślub” Tomaszuka straci swój inscenizacyjny wymiar. Dobrym zatem pomysłem organizatorów Festiwalu Gombrowiczowskiego było pokazanie przedstawienia na Scenie Kameralnej, choć – mimo nazwy – jest ona przestrzenią stosunkowo wysoką. Trochę ginie w niej ascetyczna scenografia, ale generalnie ducha Wierszalina udało się zachować, w dużej mierze dzięki wspomnianej już muzyce i światłom, za których reżyserię odpowiada Grzegorz Zaremba.
Teatr Wierszalin