Zdarza mi się wychodzić z teatru z poczuciem, że przedstawienie właśnie się skończyło, a jednak jego temat dopiero zaczyna działać. Tak mam z Jerzym Kosińskim. Im dalej od sceny, tym częściej spotykam jego bohaterów.
W dzień po kolejnych urodzinach autora Wystarczy być nie wracam do niego z obowiązku pamięci ani z kalendarzowej powinności. Wracam dlatego, że coraz trudniej znaleźć pisarza, który trafniej opisałby mechanizm produkowania autorytetów.
Najsłynniejszy bohater Kosińskiego nie jest przecież ani mędrcem, ani wizjonerem. Chance po prostu istnieje. Mówi niewiele, myśli prosto, nie rości sobie pretensji do wielkości. To otoczenie obdarza go znaczeniami. Im mniej wyjaśnia, tym więcej słyszą inni. Im bardziej pozostaje zagadką, tym chętniej uznawany jest za człowieka wyjątkowego.
Od lat wydaje mi się, że jest to jedna z najbardziej teatralnych opowieści napisanych w XX wieku.
Nie dlatego, że rozgrywa się na scenie. Przeciwnie. Pokazuje, że teatr zaczyna się tam, gdzie zbiorowa wyobraźnia dopisuje role ludziom, którzy wcale o nie nie zabiegali. Albo zabiegali o nie znacznie mniej, niż chcieliby wierzyć ich wielbiciele.
Widziałem wiele przedstawień opowiadających o władzy, manipulacji czy uwodzeniu tłumu. Coraz częściej odnoszę jednak wrażenie, że współczesność sama produkuje podobne spektakle. Potrzebujemy ekspertów, proroków, komentatorów, moralnych przewodników. Gdy ich brakuje, tworzymy ich sami. Niekiedy wystarczy odpowiedni kadr, odpowiednia opowieść i odpowiednio cierpliwa publiczność.
Teatr od stuleci bada mechanizm projekcji. Widz patrzy na aktora i przez dwie godziny wierzy, że ogląda króla, zbrodniarza albo zbawcę. Po zakończeniu spektaklu umowa zostaje rozwiązana. Kosińskiego fascynował moment znacznie bardziej niebezpieczny — chwila, w której umowa nie zostaje wypowiedziana. Kiedy rola przykleja się do człowieka na stałe.
Być może dlatego jego własna biografia do dziś budzi tyle emocji. Niezależnie od ocen i sporów wokół jego osoby trudno nie dostrzec pewnej ironii. Autor, który badał granicę między człowiekiem a odgrywaną przez niego rolą, sam stał się bohaterem sporu o własną tożsamość. Pisarz analizujący mechanizmy kreowania wizerunku został ostatecznie wchłonięty przez własny wizerunek.
Nie jest to zresztą wyłącznie historia Kosińskiego.
Patrząc na życie publiczne, media społecznościowe, politykę czy kulturę, coraz częściej odnoszę wrażenie, że żyjemy w epoce permanentnego castingu. Jedni walczą o uwagę, inni o wiarygodność, jeszcze inni o status autorytetu. Publiczność nie siedzi już wyłącznie na widowni. Sama również występuje.
I właśnie dlatego Kosiński pozostaje ciekawym patronem dnia po swoich urodzinach. Nie jako klasyk, którego należy od czasu do czasu odkurzyć. Raczej jako autor niewygodnego pytania.
Kto dziś jest Chance’em?
A jeszcze ważniejsze: ilu z nas potrzebuje go po to, by móc uwierzyć w rolę, którą sami dla niego napisaliśmy?