„Horacjusz”, tragedia Pierre’a Corneille’a wystawiona w 1640 roku i dedykowana kardynałowi Richelieu, początkowo nie została dobrze przyjęta przez publiczność, zgorszoną krwawą sceną zabójstwa siostry głównego bohatera, Kamilli. Corneille – dramaturg, teoretyk teatru i prawnik o humanistycznym zacięciu – uważał, że obowiązek, który w jego dramatach często wchodzi w konflikt z miłością, obciążoną słabościami, nie powinien jej niweczyć, lecz ujawniać moralną wartość drogi powinności.
Nie inaczej jest w „Horacjuszu”, gdzie bohaterowie różnie reagują na fakt wojny bratobójczej, a poeta staje się wyrozumiałym i ludzkim wyrazicielem ich uczuć. Reżyser, Andrzej Seweryn, sięga po nowy przekład utworu autorstwa Jerzego Radziwiłowicza, dzięki czemu widzowie po raz pierwszy mają okazję zobaczyć ostatni, piąty akt klasycznej tragedii, pozwalający inaczej spojrzeć na siedemnastowieczną sztukę o wojnie i polityce niszczących ludzkie uczucia.
Reżyser nie zmienia miejsca akcji, pozostawiając je w starożytności. Nie dokonuje skrótów ani zmian w przebiegu wydarzeń, dość wiernie oddając ducha i tekst autora, choć nie stroni od elementów współczesnych. Akcja spektaklu toczy się w ciągu jednego dnia, w VII wieku p.n.e. Między dwoma potężnymi miastami – Rzymem i Albą – trwa rywalizacja. W obliczu nadchodzącej bitwy rzymski wódz, chcąc powstrzymać bratobójczą walkę, proponuje inne rozwiązanie wyniszczającego konfliktu: spór ma rozstrzygnąć pojedynek trzech Rzymian z trzema mieszkańcami Alby Longi, wywodzącymi się z patrycjuszowskich rodów.
Dramat wystawiony kilka wieków temu wciąż zdumiewa trafnością spostrzeżeń i swoją aktualnością; uderza mrocznością oraz sugestywnością scen, obrazem dopełniającego się koszmaru, z którym mierzą się wszyscy bohaterowie. Tak samo w starożytności, jak i dziś, wojna oznacza ból, zniszczenie i okaleczenie, grabieże oraz okrucieństwo. Twórcy spektaklu nie dostrzegają w niej żadnego „mitycznego heroizmu” ani nowej moralności czasu wojny. Dramatopisarz i reżyser proponują teatr brutalny, pełen grozy. Poetycki przekład Jerzego Radziwiłowicza umiejętnie łączy styl patetyczny z monologami i dynamicznymi dialogami, zależnie od charakteru postaci i sytuacji. Wszystkie te niuanse wymagają jednak od aktorów wypracowanej, perfekcyjnej dykcji. Podobnie jak Corneille, Andrzej Seweryn wprowadza na scenę kolejnych bohaterów, dynamizując w ten sposób dramat, który pozostaje niemal pozbawiony akcji. Wraz ze znakomitym zespołem Teatru Polskiego kreśli obraz przed i po pojedynku, wypełniony portretami stanów psychicznych postaci oraz ukazujący porażające osobiste dylematy i tragedie.
Spektakl oddaje głos zarówno wojownikom, jak i kobietom, które od początku wiedzą, że tragedia nie jest czarno-biała. Świat, w którym mężczyźni toczą swoje wojny, przeradza się w nieuniknione zniszczenie i upadek wartości oraz w pole zemsty, gdzie tak zwana słaba płeć często płaci najwyższą cenę – rozdarta między miłością, powinnością i patriotyzmem. Budowany przez reżysera dramatyzm sytuacji pozwala skupić uwagę na aktorkach, które w pełni to wykorzystują. Hanna Skarga w roli Sabiny – Albianki, żony Horacjusza i siostry Kuriacjusza – zdumiewa aktorską dojrzałością, umiejętnością cieniowania i świadomego operowania środkami wyrazu. Irmina Liszkowska jako Kamilla, siostra głównego bohatera, znakomicie oddaje charakter dumnej córki Rzymu, która nie chce wyrzec się ludzkich uczuć i empatii. Z kolei Modest Ruciński pokazuje Horacjusza jako rycerza zgodnego z intencją autora, a jednocześnie wzbogaca tę postać o własną interpretację – słowa dopełnia ruchem, mimiką i gestem. Katastrofa, do której zmierza każda tragedia, już się dokonała, dlatego cierpienie i ciężar odpowiedzialności za losy rodziny i ojczyzny będą mu towarzyszyć do końca. To wspaniała kreacja, której nie ustępuje Szymon Kuśmider jako Stary Horacjusz – z piękną dykcją i wyczuciem klasycznego tekstu. Kuriacjusz, grany przez Ignacego Lissa, wnosi jeszcze więcej wątpliwości i dylematów, a jego wypowiedzi podczas debat o powinnościach wobec dowódców, ojczyzny, przyjaciół i ukochanej przekonują widza do jego racji. To kreacja delikatna, a zarazem nasycona emocjami. Sławomir Grzymkowski jako Tullus – władca bez twarzy, pozbawiony ludzkich rysów – pojawia się dopiero w ostatnim akcie. Władca absolutny manipuluje wszystkimi dla własnych korzyści, nawet religią. Niczym bóg stoi ponad prawem i dowolnie je kształtuje, nie zważając na dramat jednostek bezsilnych wobec „wyższych idei” i jego gładkiej demagogii. Postacie drugoplanowe również zostały zbudowane z naturalnością i powagą właściwą antycznej tragedii – dotyczy to Walerego Maksymiliana Rogackiego oraz Rzymianki Julii w interpretacji Doroty Landowskiej, opiekunki i powierniczki rodu Horacjuszy.
Justyna Łagowska stworzyła odpowiednie tło dla refleksyjnych, poruszających scen. Jej scenografia to oszczędny minimalizm z nutą rozmachu, inspirowany francuskimi pałacami, a symboliczny piasek, zasypujący dawny świat, nieustannie budzi niepokój. Z kolei intrygująca, ostra w brzmieniu muzyka Wacława Zimpela podkreśla okrucieństwo przedstawionej rzeczywistości i wzmacnia wydźwięk tej opowieści.
„Horacjusz” jest historią przegranej, która w centrum uwagi stawia cierpienie i koncentruje się na nieuniknionym upadku wartości. Tu wszyscy skazani są na klęskę, a nasze współczucie trwa tylko chwilę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wzniosłe słowa o narodowych mitach, heroicznych walkach i honorze brzmią fałszywie. Tak samo w starożytności, jak i dziś, wojna oznacza ból, zniszczenie i okaleczenie – i nic nie jest w stanie nadać jej sensu.
Teatr Polski w Warszawie