22 kwietnia. Data, która dla wielu niczego szczególnego nie znaczy, dla środowiska teatralnego powinna wybrzmiewać ciszej, ale uważniej. To dzień urodzin Hanny Baltyn – krytyczki, historyczki teatru, tłumaczki, osoby, która przez lata współtworzyła sposób myślenia o teatrze w Polsce. Dla mnie – także wspomnienie spotkań, rozmów i jej charakterystycznej obecności, której nie da się pomylić z żadną inną.
Najpierw była dla mnie autorką. Czytałem jej teksty publikowane w „Teatrze” – uważnie, z rosnącym przekonaniem, że mam do czynienia z kimś, kto nie tylko zna się na rzeczy, ale też potrafi o niej mówić językiem żywym, pozbawionym akademickiej sztywności. Pisała tak, jakby teatr był sprawą osobistą. Nie referowała – reagowała. Nie opisywała z dystansu – wchodziła w środek zdarzenia. To była krytyka, która nie udawała obiektywizmu, tylko budowała wiarygodność poprzez uczciwość.
Potem przyszło spotkanie w rzeczywistości – po roku 2000, w Toruniu, w Baju Pomorskim, podczas Międzynarodowego Festiwalu „Spotkania”. Byliśmy w jury. To był ten moment, kiedy nazwisko z papieru zyskuje głos, gest, sposób bycia. Hanna nie była „instytucją krytyczną”, choć miała ku temu wszelkie kompetencje. Była partnerką do rozmowy – uważną, ciekawą, gotową słuchać, ale też mówić wprost. Bez pozy, bez potrzeby dominowania. Miała w sobie coś rzadkiego: połączenie erudycji z naturalnością.
Później widywaliśmy się w Warszawie – na premierach, festiwalach, wydarzeniach teatralnych. W tym środowiskowym ruchu, który łatwo zamienia się w rutynę, ona zachowywała świeżość spojrzenia. Nie była zmęczonym widzem, który „już wszystko widział”. Przeciwnie – sprawiała wrażenie, jakby wciąż czegoś szukała. I może dlatego jej teksty nie były nigdy jedynie podsumowaniem spektaklu. Były próbą zrozumienia, dlaczego coś działa – albo dlaczego nie działa.
Zapamiętałem też jej stosunek do teatru dla dzieci i młodzieży. Nie traktowała go jako osobnej, mniej ważnej kategorii. Dla niej istniał po prostu teatr dobry i zły. Ten podział – prosty, ale wymagający – był jednocześnie deklaracją odpowiedzialności. Bo skoro nie ma taryfy ulgowej, to każdy spektakl musi bronić się sam. I każdy widz – także najmłodszy – zasługuje na powagę.
Hanna miała odwagę formułowania sądów. Nie była krytykiem, który chowa się za językiem. Jeśli coś ją zachwycało – było to widać i słychać. Jeśli coś budziło sprzeciw – również. Ale w tej bezpośredniości nie było agresji. Była raczej konsekwencja i przekonanie, że krytyka ma sens tylko wtedy, kiedy jest szczera. Że nie chodzi o to, by być miłym, lecz by być uczciwym – wobec teatru i wobec siebie.
Zdążyłem jeszcze zaprosić ją do Teatru Druga Strefa, na spektakl, w którym grałem. To jedno z tych drobnych zdarzeń, które po czasie nabierają większego znaczenia. Bo niedługo później dotarła wiadomość o jej nagłej śmierci. Zawsze przychodzi za wcześnie – niezależnie od wieku, dorobku, planów.
Dziś, kiedy myślę o Hannie Baltyn, wracają nie tylko konkretne sytuacje, ale przede wszystkim sposób bycia w teatrze i wobec teatru. Uważność. Ciekawość. Brak zgody na bylejakość. I coś jeszcze – rzadkie przekonanie, że o sztuce warto rozmawiać serio, ale nie śmiertelnie poważnie.
Krytycy przychodzą i odchodzą. Teksty zostają – w archiwach, bibliotekach, czasopismach. Ale zostaje też coś trudniejszego do uchwycenia: ton, sposób myślenia, pewien standard rozmowy o teatrze. Hanna była jego częścią.
I może właśnie dlatego dziś, w rocznicę jej urodzin, nie chodzi tylko o wspomnienie. Chodzi o przypomnienie sobie, jak można – i jak warto – o teatrze mówić.