Jaki Warlikowski jest, każdy widzi. „Europa” stanowi wizytówkę stylu reżysera. Fragmentaryzm, ironia, patos, powolne budowanie napięcia, performatywność czy intermedialna narracja – to wszystko tu jest. Pozostaje pytanie, co tym razem nam uzmysławia i na ile skutecznie to robi?
Spóźnione spotkanie
Do tytułowej bohaterki przyjeżdża wysłanniczka ONZ. Chce porozmawiać o masakrze, której lata temu Europa była świadkinią (a może sprawczynią). Doświadczona życiem bohaterka zgadza się pod warunkiem, że będzie mogła porozmawiać ze swoimi trzema córkami. Informacja o pokrewieństwie zdaje się być kluczem do zrozumienia niepokojów, jakie tkwią w zebranych kobietach.
Spóźniona trauma
Coraz częściej w kulturze porusza się temat traum – choć wynikają z cudzych doświadczeń, nawiedzają nas jako przekazywana przez pokolenia tożsamość. Przykładem takiego dzieła jest chociażby film „Prawdziwy ból” Eisenberga, w którym potomkowie ofiar Holokaustu przyjeżdżają do Polski, by odwiedzić miejsca zagłady. Najprostsza przejażdżka polskim InterCity staje się dla nich doświadczeniem gorzko ironicznym.
Spóźniona refleksja
Warlikowski odwraca to doświadczenie. Nie skupia się na widmowej traumie ofiar, ale na widmowej zbrodni rozpostartej pomiędzy tym, co było, a tym, co będzie. Jedyna trauma, którą możemy nosić, to ta wynikająca ze zła popełnionego przez naszych przodków. Jesteśmy potomkami morderców, gwałcicieli i kanibali – to pochodzenie determinuje nasze tu i teraz.
Spóźniony afekt
Punkt wyjścia jest więc niezwykle ciekawy, ale niepogłębiony. W „Europie” znacznie więcej jest makabrycznych opisów zbrodni niż analizowania ich przyczyn. Naturalistyczne wspomnienia mnożą się, budując w naszych głowach zbójeckie obrazy. Aż w końcu dochodzi do kryzysowego momentu – zaczynamy się do nich przyzwyczajać.
Opisy rozcinania miejsc intymnych czy przeżuwania ludzkich wnętrzności przenoszą ciężar z politycznej wiwisekcji na brutalistyczny fetyszyzm (o czym zresztą trafnie napisała Katarzyna Kowalewska).
Spóźniony kunszt
A szkoda, bo nikt nie potrafi prowadzić aktorów tak jak Warlikowski. To monologi bohaterek granych przez Magdalenę Cielecką, Maję Ostaszewską, Małgorzatę Hejewską-Krzysztofik i Magdalenę Popławską stanowią siłę spektaklu. Właśnie wtedy intelektualna bańka pęka, a wszystkie rozważania dotyczące zbrodniczej natury człowieka wylewają się na scenę – gdzieś między łzami, smarkami i wulgaryzmami. Zabieg, który w przypadku większości spektakli byłby nadmiernym patetyzmem, w rękach tak znakomitych aktorek staje się niezwykle cennym doświadczeniem.
Wiele scen zostaje dopełnionych znakomitą muzyką i świetnie zainscenizowanymi obrazami z niepokojącą dziewczynką (przywodzącą na myśl między innymi młodą Europę). Środki formalne sprawnie budują mroczny klimat całości, który chwilami zostaje zburzony przez zbędny intelektualizm bądź ironię. To cechy, które same w sobie mi nie przeszkadzają, jednak zdecydowanie wolę, kiedy wynikają z postaci, a nie z odgórnego założenia. Tutaj spontaniczne propozycje seksu, gęste słownictwo czy analogie do współczesności bywają bardzo toporne.
Spóźnione wnioski
O Warlikowskim więcej słyszałem na zajęciach bądź oglądałem jego spektakle w ramach Teatru Telewizji, niż doświadczałem jego sztuki na żywo – kwestia wieku. Teraz, kiedy oglądam „Europę”, rozumiem jego fenomen, ale dużo mniej go czuję. Główna teza wybrzmiewa w kapitalnej formie i monologach postaci, by za chwilę zniknąć na rzecz afektu zalanego gęstą terminologią. Czuję, że się spóźniłem.
Z drugiej strony, nic dziwnego – według Warlikowskiego chyba wszyscy się spóźniliśmy. Chyba nie dostrzegamy już nadziei, przez co urwane tezy i nadmierna wulgarność stają się trochę bardziej zrozumiałe.
Nowy Teatr