Musical „Six” miał być triumfem kobiecej narracji, popową rewizją historii widzianej dotąd oczami Henryka VIII. Krakowska inscenizacja Teatru Variété zachwyca formą, energią i choreografią, ale momentami gubi to, co w tym spektaklu najważniejsze: indywidualny głos sześciu królowych.
Pomysł spektaklu-koncertu, w którym sześć żon Henryka VIII wyśpiewuje publiczności swoją wersję historii opowiadanej zbyt często z perspektywy angielskiego króla, podbił West End i Broadway. Nic dziwnego — „Six” jest musicalem rozrywkowym, potrafiącym uderzyć w czułe struny, poruszającym tematy uprzedmiotawiania kobiet, molestowania czy śmierci, a jednocześnie nawołującym do kobiecej solidarności i jedności w różnorodności. Każda z żon została napisana tak, by stylem śpiewu i zachowania przypominać jedną ze współczesnych popowych diw. Już po szczątkowym przesłuchaniu ścieżki dźwiękowej trudno się od niej oderwać. I choć początkowo pojawiały się wątpliwości, czy tak bardzo angielski spektakl przyjmie się w Polsce, inscenizacja warszawskiego Teatru Syrena w reżyserii Eweliny Adamskiej-Porczyk całkowicie je rozwiała. Spektakl okazał się hitem, docenianym zarówno przez widownię, jak i krytyków.
Niespełna dwa lata później, równolegle do wciąż granej inscenizacji warszawskiej, swoją wersję zaproponował Teatr Variété w Krakowie — tym razem w reżyserii Katarzyny Chlebny. I muszę przyznać, że o ile jadąc do Syreny, miałam mnóstwo wątpliwości, czy to będzie spektakl dla mnie — które całkowicie rozwiały się w ciągu pierwszych pięciu minut musicalu — o tyle w przypadku inscenizacji krakowskiej, po zobaczeniu kostiumów, programu i świetnej kampanii w mediach społecznościowych, byłam niemal przekonana, że ta wersja będzie na podobnym, o ile nie lepszym poziomie. Tym razem moje przeczucia mnie zawiodły — niestety w mniej pozytywną stronę.
Wszystko wygląda tak, jakby miało być tu lepiej. Jest szybka, zsynchronizowana i całkiem skomplikowana choreografia. Są kostiumy, które bawią się popową estetyką inspirowaną modą renesansową. Scenografię tworzy wymyślny tron dostosowujący się do zmiennego tła muzycznego kolejnych piosenek. A jednak w tym „wypasie” i prędkości gubi się treść spektaklu. Nie ma tu jedności w różnorodności — jest jedność w jak najdoskonalszym odtańczeniu choreografii. W tej prędkości giną żarty i odniesienia do współczesności. Trudno również odczytać inspiracje konkretnymi gwiazdami popu. Piosenki są zaśpiewane świetnie, ale przekaz pomiędzy nimi wydaje się utracony.
Slapstickowe żarty o niezdarności Jane Seymour czy pomysł, by Anna z Kleve rżała jak koń, bo Henryk VIII przyrównał jej urodę do tego zwierzęcia, nie odczarowują piętna tych bohaterek, a raczej podkreślają krzywdzącą wizję na ich temat. Oczywiście są tu również momenty fantastycznie przemyślane, jak wykorzystanie tronu do ścięcia Anny Boleyn; błyszczy też Żaneta Rus jako Katarzyna Parr.
Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że dla królowych zabrakło tu odrobiny czułości. Że w tym całkowicie kobiecym spektaklu wdarło się niepokojąco dużo perspektywy Henryka VIII. Paradoksalnie więc musical, który miał oddać głos kobietom, momentami brzmi tak, jakby znów ktoś inny mówił za nie. Szkoda — bo potencjału, talentu i energii jest tu tyle, że można by nimi spokojnie zasilić kilka angielskich dworów czy współczesnych rządów.
Teatr Variete