Nie ukrywam, że z ogromnym zainteresowaniem i głęboko skrywanym podziwem czytam teasery nowych spektakli, słuchowisk, wystaw. Najczęściej potem, po zapoznaniu się z opisywanym produktem przeżywam, rozczarowanie spowodowane kompletną nieprzystawalnością zapowiedzi do tego, co słyszę lub oglądam. Nie inaczej było w przypadku słuchowiska Teatru Polskiego Radia „Pierwszy piątek miesiąca”, wyreżyserowanego na podstawie tekstu Marii Bruni przez Agatę Biziuk.
Słuchowisko zapowiadano jako „komediodramat o Polsce, która zachłysnęła się obietnicą wolności i o ludziach próbujących wywalczyć jej trochę dla siebie”. Miał być soczysty humor, krytyka lokalnych absurdów, dramaty ludzkie w realiach transformacji ustrojowej… Miał to być także traktat o potrzebie dzielenia się problemami z prowadzącą nocną audycję w Radiu Beskidy, co ma zastąpić spowiedź w konfesjonale (stąd pewnie tytuł odwołujący się do formy kultu Serca Pana Jezusa w Kościele rzymskokatolickim) i o odpowiedzialnym słuchaniu.
Taka koncepcja świata przedstawionego stwarzała potencjał na interesujące słuchowisko. Niestety, autorka próbowała upiec wiele pieczeni na jednym ogniu i połączyła w niespełna trzy kwadranse trwającej audycji mnóstwo wątków. Czego tu nie ma?! Jest bieżąca polityka A.D. 1992/93, aborcja, przemoc, poeta – gej i jest ukraińska koza Marusia, która nie dość, że nielegalnie przekroczyła granicę, to jeszcze – cytuję – nasrała na ołtarz. Motywem przewodnim jest natomiast relacja „panującej” w lokalnym radiu Bonanzy Kozłowskiej i Adama Miedziaka, który przyjeżdża z Warszawy, by podnieść poziom tej krotochwilnej, jak ją określa, radiostacji. Ta relacja znaczona początkowo wzajemną niechęcią i wyzwiskami przemienia się w relację romantyczną, bo – wiadomo: kto się czubi, ten się lubi, poza tym jego rzuciła dziewczyna, która została właśnie ministrem (nazywa się ją też premierem).
Generalnie w studiu Radia Beskidy panuje ogromny chaos i bałagan, zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i metaforycznym. I w tym bałaganie giną wszelkie zapowiadane w opisie reklamowym założenia. Ani tu komedii, ani dramatu. Dowcip jest – delikatnie mówiąc – niewyszukany; jeśli nawet miała to być satyra na współczesne radio, to okazała się nieudolna i przerysowana do granic wiarygodności. Zaś dramaty słuchaczy audycji nie są w stanie wybrzmieć i poruszyć odbiorcy słuchowiska, gdyż nie ma na to czasu, bo za chwilę, w kolejnym połączeniu telefonicznym, następuje nowy chaos.
Na szczęście jest w tym słuchowisku strona dźwiękowa, za którą odpowiadał Franciszek Jakubiak. Radiowe szumy, trzaski, charakterystyczna kompresja dźwięku z telefonu oraz operowanie ciszą tworzą sugestywną atmosferę nocnego studia. Natomiast muzyka Franciszka Dziubka idealnie współgra z tą przestrzenią: niepokojące motywy budują napięcie znacznie skuteczniej niż padające z głośników słowa. Aktorzy z Dominiką Majewską, Marcinem Hycnarem i Izabelą Dąbrowską na czele robią wiele, by uwiarygodnić swoje postacie i świat, w którym one funkcjonują. Ale – jak to się mówi – z próżnego i Salomon nie naleje.
Przy tej okazji rodzi się pytanie, jaki jest target słuchowisk pokroju „Pierwszego piątku miesiąca” . Bo na pewno nie stanowią go „ludzie młodsi”, których pozyskanie było jednym z celów nowej dyrekcji Teatru Polskiego Radia. Przy okazji warto też zwrócić uwagę na poziom współczesnej dramaturgii polskiej, jej miałkość, zideologizowanie, tymczasowość, brak ambicji ponadczasowości i uniwersalizmu.
Teatr Polskiego Radia