„Zapętlona” Matthew Lombardo, w przekładzie Andrzeja Kłosińskiego to spektakl, który z pozoru udaje lekką, podszytą humorem anegdotę z życia gwiazdy, by po chwili bezceremonialnie wciągnąć widza w emocjonalne bagno bez wyjścia.
Sytuacja jest banalna do granic absurdu: jedno zdanie do dogrania. Jedno. W studiu pojawia się Tallulah Bankhead – a właściwie jej cień, jej zmęczona, rozedrgana, rozbita wersja. Aktorka ma nagrać jedną kwestię: „Ten zakłamany kapelan nie wpuścił mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu do kościoła”. Od pierwszych minut wiadomo, że to nagranie nie ma prawa się udać. I rzeczywiście – zamiast pracy mamy powolne, bolesne rozpadanie się człowieka na oczach widowni.
I warto na chwilę się przy tej postaci zatrzymać. Bankhead to nie jest anonimowa bohaterka dramatu o uzależnieniu, tylko konkretna legenda – aktorka porównywana do Marleny Dietrich, nagradzana za role filmowe (choćby u Alfreda Hitchcocka), a jednocześnie postać skrajna: charyzmatyczna, prowokacyjna, niezależna – i wewnętrznie kompletnie rozbita. I tę dwoistość spektakl oddaje bez taryfy ulgowej.
Publiczność reaguje śmiechem. Czasem szczerym, czasem nerwowym, a niekiedy mogącym budzić zdziwienie. I właśnie w tym tkwi największy dysonans tego przedstawienia – bo „Zapętlona” nie jest komedią. To raczej wiwisekcja uzależnienia, samotności i niespełnienia. Śmiech staje się tu mechanizmem obronnym wobec czegoś znacznie bardziej niewygodnego: oglądania cudzego upadku w czasie rzeczywistym.
Język spektaklu jest brutalny, nieoszlifowany, momentami wręcz odpychający. Wulgaryzmy nie są dodatkiem – są naturalnym środowiskiem bohaterki. Alkohol nie jest rekwizytem – jest osią świata. Relacje międzyludzkie? Margines. Liczy się tylko kolejny łyk, kolejne podejście, kolejna porażka.
A jednak w tym chaosie pojawia się relacja, która na chwilę zatrzymuje ten pęd ku samozniszczeniu. Spotkanie z Dannym Millerem. Paweł Ciołkosz buduje postać pozornie poukładaną, ale od początku podszytą pęknięciem. To nie jest kontrapunkt dla Tallulah Bankhead, lecz jej odbicie – lepiej zamaskowane. Ich wspólne sceny mają w sobie coś z nieoczywistej czułości, która pojawia się nagle i równie szybko znika.
Całość obserwuje z dystansu młody dźwiękowiec – Adam Tomaszewski – świadek i jednocześnie ktoś, kto próbuje jeszcze wierzyć, że sens da się uchwycić. To przez jego spojrzenie najmocniej wybrzmiewa finałowy paradoks: najbardziej przekonująca okazuje się ta ostatnia, najbardziej niejednoznaczna wersja nagranej kwestii.
I dopiero na samym końcu pada zdanie, które spina to wszystko klamrą: „ból będzie zawsze, a cierpienie jest opcjonalne”. Wypowiedziane po całym tym scenicznym rozpadzie, nie brzmi jak złota myśl ani pocieszenie. Raczej jak gorzka konstatacja – być może spóźniona, być może nieskuteczna, ale przez to jeszcze bardziej uderzająca. To moment, w którym widz zostaje sam z pytaniem, czy w ogóle da się z tego „zapętlenia” wyjść.
Krystyna Janda nie gra – ona przejmuje scenę w sposób absolutny. To rola totalna, intensywna, chwilami wręcz niewygodna w odbiorze. Potrafi być jednocześnie irytująca i poruszająca, śmieszna i smutna, wulgarna i bezbronna. I co najważniejsze – ani przez moment nie traci kontroli nad tym scenicznym rozedrganiem. To nie jest chaos. To precyzyjnie skonstruowany rozpad.
Paweł Ciołkosz wykonuje solidną, uczciwą pracę, ale pozostaje w cieniu – i nie sposób mieć o to pretensji. Taki jest układ sił. I trudno wyobrazić sobie inny.
Na osobną uwagę zasługuje scenografia Zuzanny Markiewicz – elegancka, przemyślana, nieprzytłaczająca, a jednocześnie wyraźnie budująca przestrzeń klaustrofobii i zamknięcia. Studio nagraniowe staje się tu czymś więcej niż miejscem pracy – jest pułapką.
Warto też docenić sam przekład – Andrzej Kłosiński zachowuje ostrość języka, jego rytm i bezczelność, nie wygładzając tego świata na potrzeby widza.
„Zapętlona” to spektakl niewygodny, momentami męczący, ale właśnie dlatego potrzebny. Bez moralizowania, bez prób naprawiania świata, bez łatwych odpowiedzi. Zostawia widza z ciężarem, który nie znika po wyjściu z teatru.
I choć śmiech na widowni bywa zaskakujący, to ostatecznie zostaje coś zupełnie innego – poczucie obcowania z czyimś dramatem, który nie ma szczęśliwego zakończenia.
Spektakl, który – mimo wszystko, mimo niewygody i konsekwentnego odbierania widzowi jakiegokolwiek komfortu – trzeba po prostu zobaczyć.
Teatr Polonia