„Szir Ha-Szirim. Pieśń nad pieśniami” nie jest przede wszystkim spektaklem o raju. Jest raczej przedstawieniem o napięciu między rajem wyobrażonym a doświadczeniem jego nieosiągalności. I właśnie w tej szczelinie, nie w samej estetycznej urodzie inscenizacji, kryje się jego najciekawszy potencjał.
Jakub Lewandowski buduje świat, który z pozoru spełnia obietnicę „czystego piękna”: jabłoniowe kwiaty, miękki ruch, zmysłowa obecność ciał, rozproszone światło i przenikające się języki. Jednak to nie jest niewinna przestrzeń zanurzenia. To przestrzeń zbudowana, która nie próbuje udawać czegoś więcej. Kwiaty nie pachną, projekcje nie są iluzją rzeczywistości, lecz ją dublują, a głosy z offu nie tyle pogłębiają intymność, co ją rozszczelniają. W efekcie zamiast zanurzenia otrzymujemy doświadczenie rozdwojenia: między tym, co wypowiedziane, a tym, co wyparte; między ciałem obecnym a jego widmowym odbiciem.
W tym sensie spektakl Lewandowskiego wydaje się bliższy tradycji teatralnych reinterpretacji „Pieśni nad pieśniami”, które podkreślają ryzyko przekładu poezji na scenę, niż afirmatywnym, „czystym” realizacjom. Już wcześniejsze próby – jak inscenizacja Jadwigi Leśniak-Jankowskiej – pokazywały, jak łatwo teatralność może spłaszczyć wieloznaczność biblijnego tekstu. Lewandowski tego nie unika, ale świadomie eksponuje: jego spektakl momentami ociera się o estetyzację na granicy dekoracyjności, po to, by za chwilę ją podważyć. Gdy ciało Oblubienicy staje się zbyt „piękne”, natychmiast zostaje rozbite przez projekcję fragmentaryzującą je na obrazie; gdy słowo zaczyna płynąć lirycznie, zostaje przesunięte w obcość jidysz albo w nienamacalność głosu spoza sceny.
Najciekawsza jest tu relacja między dwojgiem wykonawców – Adrianną Kieś i Danielem „Czaczą” Antoniewiczem – nie jako parą zakochanych, lecz jako dwoma odrębnymi porządkami obecności. Ona zdaje się zakorzeniona w cielesnym „tu i teraz”, on częściej funkcjonuje jako figura przychodząca z zewnątrz, niemal widmowa. Ich spotkanie nie jest więc spełnieniem, lecz chwilowym zestrojeniem dwóch trajektorii, które zaraz znów się rozchodzą. To subtelne, ale istotne przesunięcie: miłość nie jawi się tu jako stan, lecz jako proces nieustannego dochodzenia – i tracenia.
Warto też zwrócić uwagę na przestrzeń widowni rozdzielonej na dwa przeciwległe bieguny. Lewandowski – być może wbrew własnej deklaracji o wspólnocie doświadczenia – wprowadza element nieustannej wzajemnej obserwacji widzów. Widz patrzy nie tylko na scenę, ale i na drugiego widza, który patrzy z przeciwka. Ten układ rozbija intymność, wprowadza element autoświadomości: jesteśmy świadkami miłości, ale też świadkami siebie jako jej obserwatorów.
Na tym tle muzyczność spektaklu działa ambiwalentnie. Z jednej strony otwiera przestrzeń afektywną, przypominając realizacje Teatru Wierszalin, gdzie „Pieśń nad pieśniami” staje się niemal doświadczeniem transowym. Z drugiej jednak – u Lewandowskiego muzyka nie prowadzi do ekstazy, lecz raczej ją zawiesza. Każdy moment potencjalnego uniesienia zostaje skrócony, urwany, jakby spektakl nie pozwalał sobie na pełne wybrzmienie emocji.
I może właśnie w tym braku zaufania tkwi jego siła. „Szir Ha-Szirim” nie jest hymnem na cześć miłości – mimo deklaracji twórcy – lecz raczej medytacją nad niemożnością jej pełnego wyrażenia. To przedstawienie o języku, który zawsze przychodzi za późno, i o obrazie, który zawsze jest tylko odbiciem. Raj nie zostaje tu odzyskany; zostaje zainscenizowany – i natychmiast poddany w wątpliwość.
Dlatego wychodzi się z tego spektaklu nie tyle „ożywionym wiosennie”, ile z wrażeniem wewnętrznego pęknięcia. Z poczuciem, że uczestniczyło się w czymś pięknym, ale też nie do końca uchwytnym. I że może właśnie taka powinna być dziś „Pieśń nad pieśniami”: nie jako opowieść o spełnieniu, lecz jako zapis nieustannego pragnienia, które nigdy nie znajduje ostatecznego języka, w którym mogłoby się spełnić.
Teatr Żydowski