Nie każda inscenizacja klasyki musi przekonywać, że jej bohaterowie są naszymi współczesnymi. Czasem największą wartością okazuje się zaproszenie widza do świata, w którym czas płynie wolniej i można po prostu dobrze się poczuć.
Lidia Sadowa reżyserując w Teatrze Klasyki Polskiej „Śluby panieńskie” ,nie prowadzi dialogu z modami współczesnego teatru. Nie dopisuje Fredrze nowych znaczeń ani nie szuka na siłę analogii z XXI wiekiem. Zamiast tego z pełnym zaufaniem oddaje głos autorowi, dbając, by jego język pozostał wyrazisty, zrozumiały i naturalny. Fredrowski rym nie brzmi tu jak muzealny eksponat ani aktorska deklamacja. Staje się żywym językiem bohaterów, którzy – jak uczestnicy letnich wakacji – pozwalają sobie na flirt, żart i beztroskę.
Reżyserka konsekwentnie buduje opowieść o wakacyjnych romansach. Klara (świetna Angelika Kurowska) i Aniela (Marta Dylewska) nie buntują się przeciw porządkowi świata, lecz próbują urozmaicić sobie letnie dni. Obierają jabłka do szarlotki, rozwieszają pranie i z umiarkowanym zaangażowaniem wykonują domowe obowiązki. Nie są one jednak symbolem opresji, lecz częścią sielankowego rytmu życia. W takim świecie śluby panieńskie rodzą się bardziej z nudy niż z ideowych deklaracji, a miłosne intrygi stają się naturalnym sposobem wypełnienia wolnego czasu.
Także mężczyźni zdają się ulegać tej letniej atmosferze. Gustaw, znakomicie grany przez Ksawerego Szlenkiera, to uważny obserwator i sprawny strateg, który dla przyjemności podejmuje kolejną grę. Czy naprawdę zakochuje się w Anieli? Być może. Ich relacja przypomina jednak bardziej wakacyjny romans niż obietnicę wspólnej przyszłości. Mniej przekonuje Przemysław Wyszyński jako Albin. W pierwszej części pozostaje w cieniu Gustawa, w drugiej próbuje odzyskać uwagę widzów zbyt mocno akcentowanym komizmem. Nawet ta dysproporcja wpisuje się jednak w logikę spektaklu, w którym przede wszystkim liczy się urok chwili.
Podobny ton odnajdujemy w postaciach starszego pokolenia. Leszek Zduń tworzy Radosta pełnego temperamentu, dowcipu i młodzieńczej energii. To człowiek, który również daje się porwać atmosferze swobody, choć życiowe doświadczenie każe mu zachować większy dystans. Obok niego Joanna Kwiatkowska-Zduń buduje panią Dobrójską dyskretnie, ale stanowczo, pokazując, kto naprawdę wyznacza rytm rodzinnego życia.
Ogromnym sprzymierzeńcem tej interpretacji jest plener. Fasada autentycznego dworku, kilka mebli i rozwieszone pranie pozwalają uwierzyć, że na chwilę staliśmy się sąsiadami bohaterów, podglądającymi ich perypetie z drugiej strony ogrodu. Dzięki temu łatwo zapomnieć o zgiełku współczesnej Warszawy i zanurzyć się w świecie, który niczego od widza nie wymusza.
To właśnie w tym tkwi siła przedstawienia Lidii Sadowej. Nie próbuje ono udowodnić, że Fredro wyprzedził swoje czasy ani że jego komedia opowiada o naszych współczesnych sporach. Przypomina raczej, że klasyka nie zawsze potrzebuje obrony. Czasem wystarczy pozwolić jej wybrzmieć. A możliwość spędzenia prawie dwóch godzin w świecie, który daje oddech, śmiech i poczucie beztroski, okazuje się dziś luksusem.
Teatr Klasyki Polskiej