Kiedy w maju ubiegłego roku na bramie Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach zawisło wielkie pytanie: „Do kogo należy teatr?”, trudno było nie dostrzec symbolicznej siły tego gestu.
Ponad pięćset lat wcześniej, według utrwalonej tradycji, Marcin Luter miał przybić do drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze 95 tez, rozpoczynając debatę, która doprowadziła do jednego z największych przełomów w historii Europy. Był 31 października 1517 r. Tezy dotyczyły przede wszystkim praktyki odpustów i miały stać się przedmiotem publicznej dysputy. Historycy do dziś spierają się, czy Luter rzeczywiście użył młotka i gwoździ, wiadomo natomiast, że wysłał swoje tezy władzom kościelnym, domagając się rozmowy o systemie, który uważał za wymagający zmiany. Obraz dokumentu przybitego do drzwi okazał się jednak tak silny, że przetrwał wszystkie późniejsze historyczne zastrzeżenia.
Pytanie zawieszone na bramie kieleckiego teatru miało oczywiście zupełnie inny ciężar i wynikało z konkretnego sporu dotyczącego przyszłości tej instytucji. Pozostało jednak pytaniem na tyle podstawowym, że warto do niego wracać także wtedy, gdy rozmowa dotyczy nie dyrekcji czy programu, lecz ceny biletu.
Do kogo należy teatr?
Do organizatora, który go finansuje, do dyrektora, który nim zarządza, do zespołu, który go tworzy, ale również do widza, bez którego sens całej tej konstrukcji staje się co najmniej problematyczny. I właśnie dlatego pytanie z kieleckiej bramy powraca dziś w Warszawie.
195 zł za „EKS”
Do napisania tego tekstu skłoniła nas informacja od jednego z czytelników. Zwrócił uwagę na cenę biletu na „EKS” Mariusa von Mayenburga w warszawskim Teatrze Ateneum. Spektakl, który wszedł do repertuaru pod koniec czerwca, został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność i krytykę, również przez recenzentów naszego portalu. Październikowe przedstawienia sprzedają się znakomicie, a zainteresowanie tytułem jest bardzo duże.
Zapytaliśmy teatr o cenę biletu i otrzymaliśmy jednoznaczną odpowiedź.
„Potwierdzamy, że ostatnia cena biletu na spektakl «EKS» wynosiła 195 zł. Przy sprzedaży biletów korzystamy z systemu dynamic pricing, w ramach którego ceny są modulowane w zależności od poziomu zainteresowania danym spektaklem oraz aktualnej sprzedaży” – poinformowała nas Joanna Twardowska-Orłoś z Ateneum.
W sprawie szerszego komentarza dotyczącego zasad kształtowania cen zostaliśmy skierowani do dyrektora Artura Tyszkiewicza.
195 zł za jedno miejsce oznacza 390 zł za dwa bilety. Dla pary czy małżeństwa wieczór w teatrze zaczyna się więc od wydatku bliskiego czterystu złotym, jeszcze przed doliczeniem kosztów dojazdu, parkingu, opieki nad dzieckiem czy posiłku. Dla części widzów jest to kwota, którą trzeba już uwzględnić w domowym budżecie, a nie spontaniczny wydatek na kulturę.
Sama wysokość ceny jest jednak tylko początkiem problemu. Ważniejszy staje się mechanizm, który do niej prowadzi.
Dynamic pricing w instytucji publicznej
Dynamic pricing znamy przede wszystkim z linii lotniczych, hoteli, wydarzeń sportowych czy wielkich koncertów. Mechanizm jest prosty: kiedy rośnie popyt, rośnie także cena. Dla przedsiębiorstwa komercyjnego jest to jedno z narzędzi maksymalizowania przychodów.
Teatr Ateneum funkcjonuje jednak w innym modelu. Jest samorządową instytucją kultury prowadzoną przez m.st. Warszawę i korzysta z wysokiego finansowania publicznego. W 2025 r. dotacja podmiotowa wyniosła 14 613 041 zł. Jednocześnie teatr uzyskał 5 629 162,83 zł netto ze sprzedaży biletów. Rok wcześniej było to 5 646 941,02 zł, a w 2023 r. 4 714 796,25 zł.
W 2025 r. Ateneum zagrało 329 przedstawień dla 61 510 widzów. Oznacza to, że wpływy ze sprzedaży biletów utrzymują się już drugi rok na poziomie ok. 5,6 mln zł i stanowią znaczące źródło przychodów instytucji.
Dla porównania dyrektor zarządzający Teatru Narodowego Krzysztof Torończyk mówił w rozmowie z naszym portalem o wpływach ze sprzedaży biletów na poziomie ok. 6 mln zł rocznie. Oczywiście nie są to instytucje, które można porównywać wprost. Narodowy ma inną skalę działalności, inne koszty infrastrukturalne, odmienną strukturę finansowania i zakres obowiązków. Sam poziom wpływów biletowych jest jednak interesujący, ponieważ pokazuje, że Ateneum osiąga przychody ze sprzedaży biletów zbliżone do najważniejszej sceny dramatycznej w Polsce.
Nie wynika z tego oczywiście, że teatr publiczny powinien oferować bilety w symbolicznych cenach. Utrzymanie instytucji kosztuje, rosną wynagrodzenia, ceny energii, honoraria, opłaty za prawa autorskie, koszty produkcji, transportu, techniki i administracji. Publiczne finansowanie nie zwalnia teatru z odpowiedzialności ekonomicznej.
Problem zaczyna się tam, gdzie mechanizm rynkowy zaczyna bezpośrednio decydować o poziomie dostępności.
Po co teatrowi publiczna dotacja
Dotacja podmiotowa nie służy wyłącznie temu, aby teatr mógł utrzymać budynek, wypłacić wynagrodzenia i przygotować kolejną premierę. Jest również narzędziem polityki kulturalnej. Państwo albo samorząd finansują instytucję po to, aby działalność artystyczna nie była w całości podporządkowana zasadom rynku.
W przypadku teatru publicznego znaczenie ma więc nie tylko to, czy spektakl można wyprodukować i sprzedać, ale także to, kto może go zobaczyć.
Właśnie z tego powodu dynamic pricing wymaga poważniejszej dyskusji. Mechanizm, który podwyższa cenę wraz ze wzrostem zainteresowania, może powodować, że największe sukcesy repertuarowe stają się jednocześnie najmniej dostępne dla części publiczności. Sukces przedstawienia, który z punktu widzenia misji teatru powinien oznaczać możliwie szeroki kontakt z widzem, zaczyna też działać jako czynnik podnoszący cenę.
Nie jest to argument przeciwko różnicowaniu cen biletów. Teatry od lat stosują różne stawki w zależności od miejsca na widowni, terminu, premiery czy kategorii przedstawienia. W dynamic pricingu różnica polega jednak na tym, że cena zmienia się pod wpływem bieżącego popytu. W instytucji komercyjnej jest to naturalne narzędzie sprzedażowe. W teatrze publicznym należałoby przynajmniej ustalić, jak daleko taki mechanizm może sięgać.
Ateńczycy płacili za obecność obywatela
Spór o dostępność teatru jest znacznie starszy niż współczesne systemy dotacji i miejskie budżety. Prof. Marek Węcowski w książce „Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy” przypomina, jak wielką wagę ateńska polis przywiązywała do masowej obecności obywateli w teatrze Dionizosa.
Węcowski pisze, że od pewnego momentu obywatelom wypłacano specjalną zapomogę umożliwiającą im uczestnictwo w przedstawieniach przez cały czas trwania świąt ateńskich i rekompensującą straty, jakie ponosili, rezygnując w tych dniach z pracy.
To istotny szczegół, ponieważ pokazuje, że dla ateńskiej wspólnoty nie wystarczało samo sfinansowanie widowiska. Równie ważne było stworzenie obywatelom realnej możliwości uczestnictwa. Publiczne pieniądze miały więc nie tylko umożliwiać powstanie przedstawienia, ale także usuwać ekonomiczną przeszkodę stojącą między spektaklem a widzem.
Oczywiście modelu ateńskiej demokracji nie można przenosić bezpośrednio do współczesnego systemu instytucji kultury. Ważna pozostaje jednak sama zasada. Teatr był traktowany jako część życia wspólnotowego, a udział obywatela w przedstawieniu miał znaczenie większe niż jego prywatna decyzja konsumencka.
Z tej perspektywy dynamic pricing w teatrze publicznym stawia ciekawy problem. Ateńska polis podejmowała działania, aby koszt uczestnictwa nie wykluczał obywatela z życia teatralnego. Współczesna publiczna instytucja kultury może natomiast podnosić cenę właśnie wtedy, gdy zainteresowanie widzów jest największe.
Gdzie przebiega granica
Granica przebiega tam, gdzie publiczna instytucja kultury zaczyna zbyt silnie przejmować mechanizmy charakterystyczne dla rynku komercyjnego. Teatr finansowany ze środków publicznych może i powinien dbać o przychody własne, ale jego polityka cenowa nie może być kształtowana wyłącznie według zasad, które obowiązują teatry prywatne, impresaryjne czy inne przedsięwzięcia funkcjonujące bez stałego publicznego finansowania.
Równie istotne wydaje się pytanie o sposoby ochrony dostępności najbardziej popularnych przedstawień. Teatr może zwiększać liczbę pokazów, pozostawiać część puli biletów w stałej cenie, stosować tańsze wejściówki albo budować system ulg skierowanych nie tylko do ustawowych grup uprawnionych. Rozwiązań jest wiele i każde z nich wymaga osobnej kalkulacji, ale sama dostępność powinna pozostać jednym z kryteriów polityki cenowej instytucji finansowanej z pieniędzy publicznych.
Dotyczy to również szerszej polityki kulturalnej miasta. Jeśli samorząd przeznacza miliony złotych na prowadzenie teatrów, powinien interesować się nie tylko liczbą premier, frekwencją czy wysokością przychodów własnych scen, lecz także tym, czy mieszkańcy o różnych dochodach zachowują realny dostęp do finansowanej przez siebie oferty.
Cena 195 zł za bilet na „EKS” jest więc przede wszystkim pretekstem do rozmowy o modelu funkcjonowania teatru publicznego. Nie chodzi o tworzenie rankingu najdroższych scen ani o wskazywanie jednej kwoty, po której przekroczeniu bilet automatycznie staje się zbyt drogi. Znacznie ważniejsze jest pytanie o proporcje między publicznym finansowaniem, przychodami własnymi a obowiązkiem zachowania dostępności.
Dlatego warto raz jeszcze wrócić przed bramę teatru w Kielcach.
„Do kogo należy teatr?”
Pytanie wciąż wydaje się retoryczne, dopóki nie zaczniemy sprawdzać, kto rzeczywiście może wejść do środka. Wtedy odpowiedź przestaje być tak oczywista.
Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza