Skazano mnie na śmierć cywilną
Z Moniką Strzępką, reżyserką teatralną, rozmawia Malwina Kiepiel.
fot. Monika Strzępka




Z Moniką Strzępką, reżyserką teatralną, rozmawia Malwina Kiepiel.
fot. Monika Strzępka
Szantaż, kulisy odwołania z Teatru Dramatycznego, medialna nagonka, polityka i mechanizmy rządzące środowiskiem teatralnym. Monika Strzępka szczegółowo opowiada o wydarzeniach, które doprowadziły do zakończenia jej dyrekcji. Jednocześnie kreśli gorzki obraz polskiego teatru, w którym – jak twierdzi – walka o władzę coraz częściej okazuje się ważniejsza od wolności artystycznej.
M. K.: Zacznijmy bardzo trywialnie. Co u Ciebie słychać?
M. S.: Trzeba powiedzieć, że dość perwersyjnie wybrałaś miejsce spotkania [w kawiarni przy Placu Bankowym – przyp. red]. Z jednej strony lej po Wielkiej Synagodze, czyli Błękitny Wieżowiec, z drugiej Ratusz i siedziba Biura Kultury – działalność zorganizowana. Klątwy rabinów rzucane, zdejmowane, niezdejmowane. Patrząc na to, jak się darzy tej władzy, to jedno jest pewne: słabych magów mają na tym dworze. Co u mnie słychać? Właśnie miałam premierę filmu „Zaprawdę Hitler umarł”.
Ten film dojrzewał przez kilka lat, a jego premiera przypadła na moment, w którym sama jesteś już w zupełnie innym miejscu życiowo i zawodowo. Czy oglądając dziś efekt tej pracy, miałaś poczucie spotkania z dawną sobą?
Tak, ja jestem w innym miejscu i świat jest w innym miejscu. W ciągu kilku lat zmieniła się epoka. Jest jakiś splot między tym filmem a wydarzeniami w moim życiu. Podczas zdjęć czułam, że ten film jest listem do przyszłości i że nie ma jeszcze odpowiedniej akustyki, a w każdym razie nie to wybrzmiewa, na czym mi zależy. Po Teatrze Dramatycznym miałam podobne wrażenie – nie ma akustyki na mój głos.
Kiedy zaczynałam zdjęcia w 2021 r., już się we mnie dużo działo, ale nie sądziłam, że to będzie całkowita reorganizacja poznawcza. No ale żeby to się stało, potrzebowałam wydarzenia, które wypnie ze mnie okablowanie.
Pokaz filmu w Warszawie rozpoczęłaś fragmentem tekstu „Dziadów” Mickiewicza. Czy właśnie w tym kierunku myślałaś o „Zaprawdę Hitler umarł”: nie tylko jako o dystopii politycznej, ale też opowieści o świecie, który próbuje przejść przez własny rozpad?
Długo szukałam otwierającego zaklęcia, aż zaproponował się słowami guślarza Adam, który zresztą przybył na premierę i stanął sobie vis-à-vis kina Kultura. Te wersy pochodzą z II części „Dziadów”, pojawiają się też na początku filmu i są o zorganizowaniu przestrzeni, żeby można było przywołać duchy. Zapraszają do podziemia, do wywleczenia tego, co nie ma prawa się ujawnić na powierzchni. Bez „egzorcyzmowania” treści utajonych nie da się przejść przez rozpad. Nie zmienisz rzeczywistości, polerując parkiet, trzeba się sprawom przyjrzeć od fundamentów, od lochów. „Dziady” z uniwersum „Hitlera” łączy też niestety inna analogia: jak żywe i prawdziwe zamienić w nekrofagię. Ale to na inną rozmowę.
Stawiło się sporo przedstawicieli środowiska filmowego, ale też teatralnego. Jesteś zadowolona?
Tak. Choć trudno mi było przepuścić przez siebie ten film. Miałam wrażenie, że coś przejęło nade mną kontrolę i mnie używa, żeby „Hitler” powstał w takim właśnie kształcie. Początkowo stawiałam opór, potem się zorientowałam, że to ego stawia się czemuś większemu, jakiejś wyższej świadomości – no i co miałam zrobić? Uległam, przecież się nie będę szarpać z takimi potężnymi siłami. Ta praca mnie zmieniła, coś mocno przesunęła w myśleniu o procesie twórczym, o tym, w jaki sposób twórczość się w ogóle wydarza.
Reprezentuję portal zajmujący się życiem teatralnym w Polsce, więc muszę przejść do rozmowy o teatrze. Jesteś częścią tego uniwersum, i to ważną. Stworzyliście razem z Pawłem Demirskim jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów teatralnych. Na czym polegał fenomen tej współpracy? Co z niej – z perspektywy czasu – uznajesz za najtrwalsze?
No jak to na czym polegał? Ja pracowałam z najlepszym polskim dramatopisarzem, a on z najlepszą polską reżyserką. Oczywiście tylko żartuję. I żartuję, że to tylko żart. I nadal nie żartując, powiem tak: ważne dla mnie było to, że spektakl, który rodzę, powstaje z nasienia bardzo wysokiej jakości. Czyli tak, rozumiesz, wszystko zgodnie z naturą. Trudno mówić o trwałości w teatrze. Trwalsze od spektaklu jest to, co zostaje w ludziach, którzy się z naszym teatrem zetknęli.
A w tym duecie – co było Twoje, a co Pawła Demirskiego?
Chcesz konkretów? OK. Paweł był autorem tekstów, ja byłam reżyserką. Ale domyślam się, o co pytasz. Pewnie da się to rozdzielić. Każde z nas ma jakąś swoją własną moc. Jednak prowadziliśmy wspólne życie i żyliśmy tym, co robiliśmy. I tego, co powstało we wspólnym polu czy kotle, nie da się powtórzyć. Nie oznacza to żadnej unio mystica, bo relacja dwojga artystów to raczej surwiwal. Czasem się gotowało, czasem wykipiało, a czasem się przypaliło.
Tworzyliście z Pawłem teatr polityczny. Czy dziś – po doświadczeniu dyrekcji – uważasz, że teatr powinien być polityczny?
Pytanie nie brzmi, czy powinien. Chce czy nie chce – jest. Doświadczenie dyrekcji upewniło mnie, że niezależność artystyczna w publicznej instytucji kultury to szkodliwy mit. Ludziom się wydaje, że walka polityczna rozgrywa się na scenie, tymczasem ona już dawno rozegrała się na zapleczu. Wydaje się, że możesz wybrać dowolny temat, no i niby tak, ale pod warunkiem, że leży on w granicach pastwiska. Pod napięciem. I dotyczy to nie tylko tematów, ale i osób, które zagrażają sielance wypasu. A jak wleziesz w szkodę jakiemuś ratuszowi czy wojewodzie, boleśnie poczujesz pastucha. I będziesz chodziła po świecie taka porażona, że aż oświecona tym prądem. Ja miałam przyjemność z pastuchem dwukrotnie, na dzień dobry – przez zawieszenie mnie w obowiązkach za Wilgotną Panią, i na do widzenia – przez odwołanie za całokształt.
Jeśli zadaniem teatru publicznego jest podtrzymywanie wartości artystycznej i stwarzanie warunków do jej rozwoju, to w tym zakresie państwo nie działa. Działają obozy i zaganianie elektoratów do postawienia krzyżyka w odpowiednim miejscu. Wolno robić spektakle słuszne i bezzębne. Tzw. postępowe tematy też tylko z pastwiska.
Jeśli zadaniem teatru publicznego jest podtrzymywanie wartości artystycznej i stwarzanie warunków do jej rozwoju, to w tym zakresie państwo nie działa. Działają obozy i zaganianie elektoratów do postawienia krzyżyka w odpowiednim miejscu. Wolno robić spektakle słuszne i bezzębne. Tzw. postępowe tematy też tylko z pastwiska
Nie tak dawno uczestniczyłam w wykładzie Pawła Sablika o tym, że można projektować wrażenia widzów w teatrze. Byłam zdziwiona, że w polskim teatrze doszliśmy już do takiego poziomu postrzegania widza – w aspekcie stricte marketingowo-promocyjnym.
Powiedziałabym, że jako reżyserka stwarzam warunki do przeżycia: wiem, jak skomponować scenę, żeby działała. Wiem, jak wyreżyserować tekst, jak obsadzić, co uruchomić w aktorach, jak zorganizować przestrzeń, jak używać muzyki, światła, żeby w ten świat można było uwierzyć, przenieść się do niego. Tu się kończy moja rola. Widz wchodzi w tę rzeczywistość i jej doświadcza. Zabawne byłoby myśleć, że te przeżycia są reżyserowalne.
Porozmawiajmy o Teatrze Dramatycznym. Po co Ci był ten wywiad z Magdaleną Rigamonti w Onecie w październiku 2023 r.?
No tak. Można by powiedzieć, że sama wlazłam na widły, bo przecież Rigamonti taka twarda i ostra niby brzytew. Ale to mi nie przeszkadzało, bo nie miałam czego się bać. Po prostu całkiem poważnie traktowałam koncepcję programową dla Dramatycznego. Jednym z jej założeń była transparentność działań. To, co się dzieje w instytucji, jest komunikowane załodze, organizatorowi i opinii publicznej. Więc to my potrzebowałyśmy dziennikarza. Ustaliłyśmy z Adamiecką i Dziekan [Agata Adamiecka-Sitek – pełnomocniczka ds. transformacji instytucji, oraz Monika Dziekan – odpowiedzialna za sprawy organizacyjno-finansowe – ówczesne członkinie Kolektywu Dramatycznego – przyp. red.], że zapytają Jacka Cieślaka [dziennikarz „Rzeczpospolitej” – przyp. red.] i dadzą znać. Okazało się, że Cieślak nie może, że nie bardzo ktokolwiek może i że jest chętna Rigamonti. Spotkałyśmy się, porozmawiałyśmy i po tygodniu przysłała wersję do autoryzacji. Przeczytałam to, ale że pracowałam po kilkanaście godzin dziennie, prowadziłam próby, prowadziłam teatr, autoryzacja spadła na Agatę. Oczywiście poza wątkami osobistymi, ale w tym wywiadzie wiele ich nie było.
Jak to? Twój wywiad autoryzowała Agata Adamiecka-Sitek?
Tak. Ale nie to jest ważne. Przeczytałam i zaakceptowałam. Uważałam, że jest OK. Do dzisiaj zresztą tak uważam. Mimo że posłużył za sygnał do ataku. Nad pytaniami i podsumowaniami Rigamonti nie miałam wtedy czasu się zastanawiać, to był wywiad techniczny, chciałyśmy opowiedzieć o trudnym położeniu, w jakim znalazł się teatr, i o tym, co zamierzamy zrobić, żeby nie zatonął. Może gdyby jej ton w trakcie wywiadu był taki jak w tekście, to byłabym czujniejsza, ale nie był, więc nie zakładałam złej woli. Mój błąd.
Tak czy inaczej, nie w samym wywiadzie problem. Pytanie brzmi: dlaczego przetrzymywała go tyle czasu, skoro autoryzowana wersja była gotowa już we wrześniu. Podobnie zresztą Krystyna Romanowska – jej reportaż powstał przed rozmową z Rigamonti. Całkiem przypadkowo dwie autorki Onetu zajmują się tą samą sprawą. Całkiem przypadkowo obie publikacje ukazują się po wyborach, mimo że całkiem przypadkowo gotowe są od dawna. Jakież to dziwne, jakież to ciekawe, jakiż to niebywały zbieg okoliczności. No, chyba że Rigamonti nie pojawia się całkiem przypadkowo. W sumie ciekawe, czy one w ogóle dzwoniły do Cieślaka.
Sprawdziłaś to?
Zadzwoniłam do Cieślaka jakiś czas temu. Nie przypomina sobie takiej sytuacji. Przypuszczam, że gdyby był taki telefon, to by jednak zapamiętał.
Wywiad przeleżał w Onecie miesiąc. Rozmawiałyśmy o tym w Kolektywie, że chciałyśmy szybko, a tu taki zamuł. Myślałam już, że w ogóle nie pójdzie. I nagle 28 października – jest. Dwa dni później – bo nie od razu – rusza nagonka: „cheerleaderki” zagrzewają na Facebooku, chwilę później dropuje reportaż Romanowskiej, a potem „Wyborcza”, OKO.press, Krytyka Polityczna itd. uprawiają ksero dziennikarstwo na templatce z Romanowskiej.
Krystyna Romanowska z Tobą rozmawiała? Spotkałyście się?
Zadzwoniła do mnie dzień czy dwa przed publikacją, podczas wieczornej próby, która trwała do 22:00; umówiłam się z nią na telefon na następny dzień rano, przed wyjściem do teatru. Dzwoni i od razu zaczyna zadawać pytania. Jestem zdziwiona, bo nawet nie zapytała jeszcze, czy w ogóle zgadzam się na rozmowę. Mówię, że mam tylko chwilę, zaraz jadę do teatru, zaczynam próbę, mam jej odpowiadać w biegu? Zapytałam, czy uważa, że to jest uczciwe, bo chyba nie pracuje nad tym tekstem od wczoraj. Spytałam też, czy rozmawiała w ogóle z ludźmi pracującymi w teatrze. Usłyszałam: „Nie ma takiej potrzeby, bo to jest reportaż o zwolnionych aktorach”.
Jasne więc było, że nie chodzi jej o to, co naprawdę dzieje się w Dramatycznym. Zapewne była przekonana, że jeśli nazwie źródła donosów „tematem”, rozwiąże tym samym problem stronniczości: nikt nie zauważy, że stworzyła moją charakterystykę wyłącznie z perspektywy kilku osób, które zwolniłam. Bo przecież zwolnieni pracownicy na pewno nie mają mi tego za złe. I na pewno pozostałe 130 osób pracujących w teatrze myśli to samo, co oni.
Reportaż pt. „Rok ze Strzępką” nie jest o Strzępce, tylko o rozmówcach Romanowskiej. Która zresztą niechcący miała rację. Prawdziwe w tym tekście jest tylko to, że oni jej mówili to, co jej mówili. Prawdą jest też to, że redaktor naczelny Onetu Bartosz Węglarczyk to puścił.
Reportaż pt. „Rok ze Strzępką” nie jest o Strzępce, tylko o rozmówcach Romanowskiej. Która zresztą niechcący miała rację. Prawdziwe w tym tekście jest tylko to, że oni jej mówili to, co jej mówili. Prawdą jest też to, że redaktor naczelny Onetu Bartosz Węglarczyk to puścił
Mówisz o redakcji jako narzędziu politycznym.
A o czym mam mówić? O niezależności i etyce mediów? Grzmieć, że to zło, upadek, koniunkturalizm i demontaż, a przecież za wczesnego Michnika było tak dobrze? Domagać się moralności od mainstreamowych mediów, to jak reanimować trupa w stanie posuniętego rozkładu i liczyć, że wygra taniec z gwiazdami. Oberkiem.
Są też rzetelni dziennikarze.
Że ja wrzucam wszystkich do jednego worka? Nie. Ale grzebać w nim, żeby znaleźć dziesięciu sprawiedliwych, to nie mój kierunek. Ktoś pisze, że pożar wybuchł w wyniku podpalenia, ktoś inny, że nie, bo to było zwarcie; snucie domysłów na tysiące słów, bez sprawdzenia, czy do pożaru w ogóle doszło. Odbudowywanie zaufania, to właśnie, jak z tym oberkiem. Dziś to się robi inaczej. Zaufanie buduje się na ograniczeniu zaufania. „Nie wierzcie mi, sprawdzajcie inne źródła, ufajcie tylko sobie”. Nie stempel wiarygodności, tylko instrukcja.
Jak wystartował Kanał Zero, rozrzutnik obornika ruszył na Krzysztofa Stanowskiego. Stanowski stanął przed kamerą, wziął do ręki „Wyborczą” z tekstem „Zero hamulców” na swój temat i akapit po akapicie rozebrał tekst Piotra Głuchowskiego. Kłamstwo po kłamstwie, manipulacja po manipulacji – metodycznie udowadniał, że informacje zawarte w tekście są nieprawdziwe. Mówiąc udowodnił, mam na myśli, że przedstawił dowody przeczące temu, co było w tekście. Trwało to chyba z godzinę, ale wyjaśnił i Głuchowskiego i „Wyborczą”. Pomyślałam wtedy, że musiałabym chyba zrobić serial, żeby te wszystkie kłamstwa na swój temat w Onetach, „Wyborczych”, OKACH.pressach i Krytykach Politycznych odkłamać. Nie dlatego, że pomówienia były liczne, ale dlatego, że to samo kserowali z jednego źródła, z Romanowskiej, co oznaczało, że nie ma żadnych konkretnych zarzutów. Trudno przedstawić dowody przeczące wrażeniom. Pomówienia się kseruje w głowie, po samych leadach czasami, a wyjaśnianie rozwija się powoli. Lead bez skandalu jest nieklikalny, a reszta i tak za paywallem.
To może powinnam dać lead: „Strzępka ogląda Kanał Zero?”.
Dobre, ale trzeba by trochę podkręcić, np.: „Mobberka Strzępka ogląda konfederacki Kanał Zero – swój ciągnie do swego”. Ale żeby nie było, zdarza mi się zajrzeć też do publicznych mediów. Nie jest tak, że wszystko tam jest bezwartościowe przecież.
Ostatnio widziałam taki program satyryczny „Kwiatki Polskie”. I tam Krystyna Janda miała superskecz, grała w nim Krystynę Jandę. A prowadząca grała Zatroskaną Kasię. No i Zatroskana Kasia pyta Jandę, jak ona z tym żyje, że Nawrocki został prezydentem. Janda na to, że ona udaje, że nie został wcale. I dalej mówi, że ona kiedyś myślała, że wszyscy ludzie są dobrzy, ale potem PiS doszło do władzy i się okazało, że nie są. No i że ona myślała, że wszyscy myślą tak jak ona i Andrzej Wajda. I się okazało, że jednak nie myślą. Na co Zatroskana Kasia stwierdza, że może trzeba do nich mówić, przekonywać, żeby jednak tak samo myśleli. Janda na to, że oni z Andrzejem mówili, przekonywali, ale tamci nie słuchają wcale. Śmieliśmy się we wsi przez tydzień. A zimnioki nieoplewione.
Ostatnio widziałam taki program satyryczny „Kwiatki Polskie”. I tam Krystyna Janda miała superskecz, grała w nim Krystynę Jandę. A prowadząca grała Zatroskaną Kasię. No i Zatroskana Kasia pyta Jandę, jak ona z tym żyje, że Nawrocki został prezydentem. Janda na to, że ona udaje, że nie został wcale. I dalej mówi, że ona kiedyś myślała, że wszyscy ludzie są dobrzy, ale potem PiS doszło do władzy i się okazało, że nie są. No i że ona myślała, że wszyscy myślą tak jak ona i Andrzej Wajda. I się okazało, że jednak nie myślą
Czy to nie było tak, że w przypadku Dramatycznego była to jednak suma narastających błędów, także zarządczych? I że w pewnym momencie Kolektyw, który powołałaś, stanął przeciwko Tobie?
No i widzisz: znowu nieprawda. Nie stanął przeciwko mnie cały Kolektyw. Ani Dorota Kowalkowska, ani Małgorzata Błasińska nie brały udziału w zmowie. Oczywiście że popełniałam błędy. Kierowałam instytucją, która wykonywała zwrot o 180 stopni, błędy były nieuniknione, na wielu poziomach zresztą.
Pytanie moim zdaniem jest inne: jakie błędy usprawiedliwiają skazanie człowieka na śmierć cywilną, jakie błędy uzasadniają polowanie z nagonką, zmowę i odwołanie ze stanowiska bez cienia podstaw prawnych? Bo dużo się mówi, że „widocznie coś musiało być”, „nie ma dymu bez ognia”, ale to nie jest rozmowa na bazie faktów. Nie ma zresztą żadnej rozmowy, są dalsze pomówienia i ogólne wrażenia. A na końcu się okazuje, że głównym dowodem w sprawie moich rzekomych win jest skala nagonki.
Uważam, że podstawowy problem polegał na tym, że polski teatr jest instytucją hierarchiczną, a wdrożenie idei kolektywu było pewną, powiedzmy wprost, innowacją. Zespół, który tworzyłaś – musiałaś być absolutnie pewna, że będzie wobec Ciebie lojalny. A w pewnym momencie to się rozeszło. Zostałaś w tym sama. Krytyka działań spadała tylko na Ciebie – jak to w zhierarchizowanym teatrze, w którym jest jeden winny, zazwyczaj dyrektor.
Tak, masz rację, to wszystko prawda. Wygrałyśmy konkurs dość nowatorskim jak na tamte czasy programem, ale systemowo nic się przecież nie zmieniło. Równocześnie miałam wrażenie, że oczekiwania są właśnie takie, jakby moja nominacja doprowadziła do upadku systemu: mam taki magiczny kijaszek, machnę dwa razy i niereformowany od dziesięcioleci teatr odmieni oblicze i swoje, i tej ziemi. To tak nie działa. Zmiana jest zawsze trudna i niechętnie przyjmowana. Każdy, kto się zajmuje tą tematyką, wie, że taki proces ma swoje fazy, m.in. fazy buntu – wszystko jedno, czy mówimy o pracy indywidualnej, np. na terapii, czy o zmianie sposobu działania instytucji. Zmiana, żeby była realna, a nie pozorna, potrzebuje czasu. Nieuniknione są błędy, powiem więcej: błędy są konieczne, bo nie nauczysz się tego „nowego”, bazując jedynie na tym, co już znasz.
Co do lojalności osób, które zaprosiłam do współpracy – też prawda, nie wykazałam się dostateczną ostrożnością. Wtedy uważałam, że to jest dobra drużyna. Dzisiaj wiem, że to był błąd. Ale czy był do uniknięcia? Kolektyw nie był formalnie umocowany, nie przewidziałam, że ta podwójność jest tak groźna. Bo z jednej strony decyzje podejmujemy wspólnie, z drugiej – odpowiedzialność ponoszę jednoosobowo. Wytworzyła się taka rzeczywistość, w której jak szło dobrze, to „zrobiłyśmy”, ale jak się zrobiło źle, to „doprowadziła”. Dobrze to zresztą widać w tekście Adamieckiej po moim wywiadzie dla „Teatru”.
Wcześniej czy później trzeba będzie o tym naprawdę poważnie porozmawiać. Ja ci o tym nie opowiem w kilku zdaniach, ale nie można tracić tych doświadczeń, to jest unikatowa wiedza, trzeba to przekształcić w coś pożytecznego, bo w tej sprawie jak w soczewce skupiają się utajone mechanizmy funkcjonowania nie tylko polskiego teatru, ale szerzej: całej sieci relacji społecznych.
Jednak żeby taka rozmowa była możliwa, potrzebne jest ustalenie faktów: co się wydarzyło, co się nie wydarzyło. Przyjrzenie się źródłom problemów w sytuacji bycia winną wszelkiemu złu jest bardzo trudne, no bo co możesz zobaczyć, jak pływasz w szambie z głową pod taflą, a kiedy próbujesz złapać oddech, to dostajesz łomem w łeb?
Pytanie moim zdaniem jest inne: jakie błędy usprawiedliwiają skazanie człowieka na śmierć cywilną, jakie błędy uzasadniają polowanie z nagonką, zmowę i odwołanie ze stanowiska bez cienia podstaw prawnych? Bo dużo się mówi, że „widocznie coś musiało być”, „nie ma dymu bez ognia”, ale to nie jest rozmowa na bazie faktów. Nie ma zresztą żadnej rozmowy, są dalsze pomówienia i ogólne wrażenia. A na końcu się okazuje, że głównym dowodem w sprawie moich rzekomych win jest skala nagonki.
Tylko żeby to miało sens poznawczy, powinni zacząć mówić wszyscy uczestnicy tych wydarzeń.
Oczywiście. Tyle że rozpakowanie tych wydarzeń naruszyłoby interesy zbyt wielu grup, no i mogłoby ujawnić wiele nagromadzonych nieczystości. Komu miałoby na tym zależeć? Ratuszowi? Onetowi, czy szerzej: mediom? Rozmówcom Romanowskiej? Szantażystkom? Może Stowarzyszeniu Dyrektorów Teatrów, które klepnęło odwołanie, mimo że Ratusz nie przedstawił mu żadnych podstaw prawnych? Związkowi Zawodowemu Aktorów Polskich? I nie mówię tu wyłącznie o komórce zakładowej, mówię o Zarządzie Głównym i jego brudnej roli w tej sprawie.
A może powinno zależeć badaczkom, co już sprawę zbadały, rozliczyły granty, tylko zapomniały się ze mną przed zbadaniem skontaktować? Może tym, co hejtowali, nie znając sprawy? To są grupy, które nie mają żadnych wspólnych interesów, poza tym jednym: utrzymać zmowę milczenia, żeby nie ujawniły się mechanizmy rządzące polskim teatrem. To jest mocny klej.
Może na początek warto postawić pytanie, jakie interesy stoją za tym linczem i zmową milczenia? Kto na tym zyskał? Może wtedy coś więcej się odsłoni?
A może Twoja zmiana była zbyt rewolucyjna? Może trzeba było podejść do tego ewolucyjnie? Może nie trzeba było od razu przeprowadzać tak dużych zmian – również kadrowych?
Ale w jakim sensie dużych?
Choćby zmian w zespole aktorskim – tak to było przedstawiane ówcześnie w mediach.
No właśnie. Przedstawiane. W mediach. W czasie całej mojej dyrekcji wypowiedzenie otrzymało pięć osób z zespołu aktorskiego. Dziesięć osób podpisało porozumienie stron z inicjatywy pracodawcy, czyli mojej. Objęłam teatr z zespołem, który był niemal dwukrotnie większy, niż być powinien. To, że redukcje będą konieczne, było jasne dla wszystkich: dla Ratusza, dla Załogi, dla aktorskich związków zawodowych, zresztą sami się o to upominali. Mój poprzednik też deklarował, że będzie zwalniał, jak wygra konkurs, bo po oddzieleniu Teatru Na Woli miało nie być pracy dla tylu ludzi. Zwalniałby wcześniej, ale nie zrobił tego ze względu na pandemię. Czy chciałam przeprowadzać te zwolnienia w takim tempie? Nie. Zostałam postawiona pod murem, wykryte niedofinansowanie nie dało mi wyboru.
Kasia Minkowska – reżyserka, która pierwsza pracowała w TD za mojej dyrekcji, do dwóch głównych ról zaprosiła aktorki spoza zespołu teatru. Dlaczego? Bo w zespole nie było aktorek, które byłyby w stanie to zagrać. Gdyby były, zostałyby przez Kasię obsadzone. Dlatego w tej obsadzie znalazły się Iza Dudziak i Monika Frajczyk. Podaję ten przykład, bo on dobrze obrazuje, z czym miałam do czynienia. Następuje radykalna zmiana kierunku artystycznego, i z jednej strony wiadomo, że ktoś musi to dźwignąć, sprawić, żeby się to urzeczywistniło na scenie. Z drugiej, oczekuje się, że nie zmienię niczego. Mój pomysł zakładał, że buduję zespół na bazie ludzi, którzy są w teatrze. I tak robiłam, w takim zakresie, w jakim było to możliwe.
Trzeba pamiętać, że to był zespół, który od dziesięciu lat pracował w systemie, który, mówiąc delikatnie, nie promował postaw wolnościowych i swobody twórczej. Przyjęłam do zespołu aktorskiego TD siedem osób, żeby móc realizować program, którym wygrałam konkurs. Obowiązywał mnie kontrakt, w którym zobowiązałam się do realizacji tego programu. Jak miałam to robić inaczej? Zamknąć teatr na rok, dwa i robić warsztaty z zespołem? Czy zmuszać reżyserów i reżyserki, żeby pracowały z aktorami, z którymi pracować nie chcieli? Niebezpieczne byłoby wciskanie reżyserce do spektaklu osoby, której ona w swoim przedstawieniu nie widzi. Oczywiście czasami to są ostre negocjacje na linii dyrektor–reżyser, ale ostatecznie musi być zgoda i przekonanie, że decyzje obsadowe są właściwe. Reżyser musi zobaczyć tego konkretnego aktora w tej konkretnej roli. Jeśli tego nie widzi, to jak ma go reżyserować? Przecież to przepis na katastrofę.
W czasie całej mojej dyrekcji wypowiedzenie otrzymało pięć osób z zespołu aktorskiego. Dziesięć osób podpisało porozumienie stron z inicjatywy pracodawcy, czyli mojej. Objęłam teatr z zespołem, który był niemal dwukrotnie większy, niż być powinien. To, że redukcje będą konieczne, było jasne dla wszystkich: dla Ratusza, dla Załogi, dla aktorskich związków zawodowych, zresztą sami się o to upominali
Na jakiej podstawie zostałaś odwołana?
Wiesz co, ja bym to pytanie zadała Stowarzyszeniu Dyrektorów Teatrów na przykład, które przyklepało odwołanie. Przyklepali bezprawie, umyli ręce. Wszystkie stowarzyszenia i związki były za odwołaniem. Dlaczego? Bo taki był klimat. Zero kwitów, zero dowodów na cokolwiek. Jedynie zakładowa „Solidarność” zrzeszająca ekipę techniczną była przeciwko. Aldona Machnowska-Góra i Artur Jóźwik odwołując mnie ze stanowiska, naruszyli przepisy prawa, nadużyli władzy, na to jest paragraf.
Ja się dowiedziałam, za co jestem odwoływana, 5 stycznia 2024 r., czyli w dniu, w którym zostałam odwołana. Najistotniejszym argumentem było odwołanie premiery moich „Heks”. Czyli niegospodarność. Przypomnę, że do premiery nie doszło z powodu epidemii L-4 wśród aktorek „Heks”. Jóźwik o tym wiedział. Mam jego notatkę służbową, w której to przyznaje. Kolejnym, moim chyba ulubionym, powodem są ich obrachunki, że biorąc pod uwagę liczbę premier, spektakli i widzów między 7 września a 15 listopada – istniała spora szansa, że do końca sezonu, czyli do połowy lipca, nie wyrobię się z miernikami zapisanymi w kontrakcie. Tam był nawet post Agnieszki Szpili jako dowód i powód odwołania. A poza tym zwolniona pracowniczka powiedziała, że nie są przestrzegane przepisy BHP (późniejsza kontrola Państwowej Inspekcji Pracy niczego takiego nie wykazała). No cóż, tak urzędnik kraje, jak mu staje.
Ale podpisałaś dymisję.
Do podpisania rezygnacji zostałam zmuszona szantażem. Dwie koleżanki z Kolektywu oraz aktorki i jeden aktor „Heks” warunkowali tym podpisem dalszą pracę nad premierą. Za długo się zresztą postanowień garderobianej umowy nie trzymali, bo jak sprawa się rozeszła po teatrze i zostali zdemaskowani, to następnego dnia miałam w kadrach wysyp nagłych zachorowań wśród szantażujących aktorek i kolektywistek, i stało się jasne, że premiera w zapowiadanym terminie się nie odbędzie.
Publicznie mówiłam, że byłam szantażowana. Wysłałam do Ratusza oficjalne pismo, w którym poinformowałam, że doszło do szantażu. I co zrobił mój pracodawca? Nie zareagował. A, nie, stop. Zareagował. Uruchomił procedurę odwołującą mnie ze stanowiska. Dlaczego? Może dlatego, że przed chwilą był w moim gabinecie i próbował ode mnie wyszarpać dymisję uzyskaną w wyniku czynu zabronionego i wyszarpanie się nie powiodło?
No ale przypomnę: Aldona Machnowska-Góra bardzo Cię wspierała, kiedy wygrałaś w konkursie. Oficjalnie napisała w mediach społecznościowych po wygranej słynne: „Mamy to!”.
Ja zobaczyłam całkowitą zmianę frontu u Aldony Machnowskiej-Góry w chwili ukazania się wywiadu. Po wywiadzie twierdziła, że nie ma żadnego długu. Mówiła mi to w oczy. Do dziś mnie nurtuje pytanie: skoro nie było długu, to o czym prowadziłyśmy rozmowy z Ratuszem od kilku miesięcy?
Publicznie mówiłam, że byłam szantażowana. Wysłałam do Ratusza oficjalne pismo, w którym poinformowałam, że doszło do szantażu. I co zrobił mój pracodawca? Nie zareagował. A, nie, stop. Zareagował. Uruchomił procedurę odwołującą mnie ze stanowiska. Dlaczego? Może dlatego, że przed chwilą był w moim gabinecie i próbował ode mnie wyszarpać dymisję uzyskaną w wyniku czynu zabronionego i wyszarpanie się nie powiodło?
A może zarządzanie teatrem po prostu nie było dla Ciebie?
Oczywiście, że nie było dla mnie. Jestem niesterowalna. No nie będę z władzą kicać po Campusach w rytmie „jebać PiS”. Zupełnie nie jestem zainteresowana urządzaniem się w koalicyjnej dupie. Ani w żadnej innej. Przystąpiłam do konkursu, bo czułam, że jest w środowisku silna potrzeba zmiany i sprzyjający polityczny klimat. Ale czy się uda wygrać? – wydawało się mało prawdopodobne. Układ z Tadeuszem Słobodziankiem w roli cara był tak zabetonowany, że nie bardzo wierzono, że się go uda ruszyć.
Może planowano przedłużenie kadencji Tadeuszowi Słobodziankowi, ale ogłoszono konkurs. Można było to też rozwiązać inaczej. Przecież niedawno w Nowym Teatrze w Warszawie nie było konkursu, Michał Merczyński otrzymał powołanie… bo zespół teatru tak chciał.
W Dramatycznym sytuacja była inna. Zespół był skonfliktowany, część chciała, żeby Słobodzianek został, część chciała zmiany. Dla Ratusza zespół TD nie był partnerem do rozmowy. Raz – że skłócony, dwa – że mało gwiazdorski, więc z małą siłą nacisku. Słobodzianek miał być w Dramatycznym dożywotnio, czy tam doemeryturowo, mówiło się, że ma to obiecane. I pewnie by to dostał, ale zupełnie niespodziewanie utopił się w kołdunach, co znacznie utrudniło przeprowadzenie reelekcji.
Bywałam w tym teatrze. Nie był to teatr progresywny. Był raczej umiarkowany, miał swoją publiczność.
Nie mam żadnego problemu z tym, że teatr jest różnorodny, przeciwnie – jego siła tkwi w różnorodności. Problem zaczyna się, kiedy pod pretekstem dbania o wartości i tradycję wciska się ludziom tombak. Aktor bez względu na profil teatru, w jakim pracuje, mediuje treści, jest przewodnikiem. Zależnie od poziomu warsztatu, wyobraźni, talentu można być przewodnikiem lepszym albo gorszym. Możliwe, że stąd wziął się zwyczaj nazywania słabych aktorów drewnem, co znajduje odzwierciedlenie w takich powiedzeniach, jak „ja pie*dolę, co za drewno”, „drewno as shit”, czy „tyle w nim życia, co w taborecie”. Drewno jest przewodnikiem słabym. W Dramatycznym zaobserwowałam sporą grupę przewodników drewnianych. Taka jest moja opinia, ale pragnę zaznaczyć, że można mieć moją opinię w tym miejscu, do którego Dejmek porównywał aktora. Dobrze, że już nie jestem dyrektorką, bo by mnie odwołali na zbity łeb za takie niestosowne żarty.
Aktor, który nie jest w stanie wejść w dialog z partnerem na scenie, nie wykonuje pracy aktorskiej. Aktor, który zajmuje się brzmieniem głosu, a nie intencją, nie wykonuje pracy aktorskiej. Co więcej, jako reżyserka przestaję mieć możliwość pracy. Bo żeby np. dać uwagę reżyserską, potrzebuję człowieka, który jest w stanie zrealizować zadanie aktorskie. To elementarz. To są kwestie warsztatowe, artystyczne. Więc nie udawajmy, że nie ma różnic, że ich nie widzimy, bo to jest prosta droga do świata, w którym w ramach walki o prawa pracownicze będziemy bronić prawa do braku warsztatu aktorskiego u „osób aktorskich”.
Zawsze broniłam stałych zespołów, uważałam, że grupa ludzi w stabilnych warunkach jest w stanie się rozwijać na przestrzeni lat i wytwarzać nowe jakości. Po doświadczeniach w Dramatycznym powiem tak: tam nie chodzi o żadne wartości artystyczne. Chodzi wyłącznie o utrzymanie etatu. I nie ma niczego niewłaściwego w tym, że ludzie szukają poczucia bezpieczeństwa w stabilnym zatrudnieniu, jednak zasadne wydaje mi się pytanie, za co jest ten etat, skoro próba rozmowy z artystami o kwestiach artystycznych jest uznawana za zachowanie przemocowe.
Jestem niesterowalna. No nie będę z władzą kicać po Campusach w rytmie „jebać PiS”. Zupełnie nie jestem zainteresowana urządzaniem się w koalicyjnej dupie. Ani w żadnej innej. Przystąpiłam do konkursu, bo czułam, że jest w środowisku silna potrzeba zmiany i sprzyjający polityczny klimat. Ale czy się uda wygrać? – wydawało się mało prawdopodobne. Układ z Tadeuszem Słobodziankiem w roli cara był tak zabetonowany, że nie bardzo wierzono, że się go uda ruszyć
Wierzysz jeszcze w idee feministyczne? Bo to wszystko wydarzyło się w środowisku kobiet.
Dla mnie feminizm jest o równości, więc w tym sensie nic się nie zmieniło. A że to, co mnie spotkało, zmontowały kobiety – tak, to było bardzo bolesne i jakieś nierealne. To się działo, a ja nie mogłam uwierzyć, że się dzieje. Już po odwołaniu premiery nie opuszczało mnie poczucie, że to, co sobie wyobrażałam jako przedstawienie, na scenie się nie mieściło, wylało się z niej i jak rzeka i rozlewało się szeroko. „»Heksy« trwają. Wszyscy w nich gramy”. To zdanie huczało mi w głowie przez wiele miesięcy.
Oglądałam niedawno nagrania z ostatnich prób i powiem ci: z jednej strony żal, że ten spektakl nie powstał, był śmieszny i mocny. Z drugiej – myślę, że dziewczyny po prostu bały się to zagrać w tych okolicznościach. Tu nagonka, tu kolektywistka Monika Dziekan już się pazurami wczepia w dyrektorski fotel na ich oczach, tu sygnał z Ratusza, że sprawy są przesądzone. Szkoda, że o tym nie powiedziały wprost. No ale jak o tym mówić, kiedy wszystkie są przecież takie odważne i wyemancypowane? Szantaż był im po to, żeby pomimo niezagranej premiery zachowały pracę. Taki był deal moim zdaniem.
Ale trzeba powiedzieć, że kobiety mają trudniej. Tak uważam.
Oczywiście, że mają trudniej. Wydarzenia w Dramatycznym są dowodem, że kobiety mają trudniej. Stawka była wysoka, oczekiwania wyśrubowane, a równocześnie pierwszy i jedyny kobiecy kolektyw w teatrze to był o jeden kobiecy kolektyw w teatrze za dużo. Ale czy to usprawiedliwia przemoc, której dopuszczają się kobiety?
Poza tym tożsamość ofiary świetnie się sprzedaje. I żeby była jasność – nie mówię o ofiarach w sensie doświadczenia krzywdy. Krzywda jest krzywdą i domaga się sprawiedliwości. Mówię o tym, że „ofiara” to dzisiaj chodliwy cosplay. Nikt nie pyta o szczegóły, bo to byłaby przecież „wtórna wiktymizacja”, wszyscy współczują. Możesz sobie wymyślić gwałt, przemoc dyrektorki, nawet chorobę możesz sobie wymyślić i nikt nie zapyta, czy to aby nie fejk. O takie rzeczy się ofiar nie pyta. Ofiarom wierzy się bezwarunkowo. Ofiara jest czysta, przeszłe winy – wymazane. Jak u Kmicica.
Czego Cię nauczyła ta historia?
Myślę, że nie tylko nauczyła, ale ciągle uczy. To jest taki mój skarb, trudny i dobry równocześnie. Żyła złota w szambie. Każde doświadczenie, które nas spotyka, ma swój cel, a doświadczenie tego kalibru jest szczególne, bo nie zostawia niczego, czego można by się chwycić i próbować ratować jakieś skorupy, wierząc, że jest gdzieś jakiś magiczny klej, który przywróci dawny kształt. Tu nie ma czego kleić. Nie ma powrotu do starego, wszystko trzeba od nowa. Od bobasa.
Bez doświadczeń z Dramatycznego nie rozumiałabym, jak mocno pracuje we mnie poczucie winy i jakie to ma konsekwencje. Poczucie winy – za wszystko. Odpowiedzialność – za wszystko, za każdego, za czyjeś złe samopoczucie, za złe dzieciństwo, za zły związek, za to, że komuś obiad z bufetu zaszkodził. Odgryzają ci rękę, a twoją pierwszą reakcją jest przetrząsanie pamięci i szukanie we własnych działaniach przyczyny agresji napastniczek. Nie masz odruchu: zatamuj krwawienie. Nie masz odruchu: wyciągnij maczetę spod łóżka i poucinaj te łby, bo w ogóle nie zadbałaś, żeby mieć maczetę pod łóżkiem. Wykrwawiasz się właśnie, ale twoim największym zmartwieniem jest to, co one z tym zrobią, jak już oprzytomnieją, bo to przecież niemożliwe, żeby takie rzeczy robić świadomie. Tyle przynajmniej wiesz: że odgryzienie ręki jest czynem podłym i karalnym.
No i musisz sobie pozadawać te pytania: dlaczego pod łóżkiem nie było maczety? Dlaczego nie tamowałam krwi? Dlaczego nie myślałam o zabezpieczeniu siebie? Bo o sobie się nie myśli. Siebie się używa, nadużywa i wreszcie zużywa. Rzekomo dla dobra innych. Jak się nie strzeże granic, to stwarza się zachętę do ich przekraczania. No i trzeba się z tym skonfrontować, wziąć odpowiedzialność za to, co moje w tych wydarzeniach, w tych relacjach. Co nie oznacza, że czyny, których dokonano, stają się mniej nikczemne. Jest dokładnie odwrotnie.
Pojęcia „eksperyment” czy „ryzyko artystyczne” traktuję serio. Jeśli mówię, że szukam nowych języków i nowych form, to przecież nie mam pojęcia, jak one mają wyglądać. Gdybym wiedział, mógłbym zamówić taki tekst u kogoś – ale wtedy nie byłby „nowatorski”. Za każdym razem podchodzimy do nowych tekstów z oczekiwaniem, że ktoś nas zaskoczy.
A co zmieniłaś w sobie?
Doświadczenie takiej miary zmienia wszystko. Albo cię zabija, albo cię przemienia. Mówiąc krótko, można to uznać za nieszczęście, kres, można utknąć w poczuciu, że świat jest strasznym miejscem, niesprawiedliwym i okrutnym i nie ma na to lekarstwa. Są to prawa niezmienne i odwieczne. Człowiek na to nie poradzi nic. Trzeba się pogodzić i gnić sobie gdzieś w zaciszu, milcząc i modląc się o zapomnienie.
Można też zobaczyć w tej sytuacji możliwość zmartwychwstania. Wszystko, co manifestuje się jako rzeczywistość, moja rzeczywistość, ma początek we mnie. A skoro tak, biorę pełną odpowiedzialność za to, co mi się przytrafia. Jest to koncepcja trudna, stawiająca opór, ale jeśli się zrozumie, że nie chodzi w niej o przerzucanie się winą, jeśli poczucie winy się usunie z tego równania, to odsłania się logiczna mechanika świata: każde działanie ma swoje konsekwencje. Sęp poluje na padlinę. Taka jest natura sępa. Można uznać sępa za stworzenie niemoralne, że się rzuca na martwe mięso, ale można uznać jego naturę i zobaczyć w sobie tę padlinę. To martwe coś. Co we mnie przyciąga sępy? Co we mnie jest martwe? Wiem, że taka nieprzyjemnie pachnąca to jest metafora, ale co poradzisz, takie lubię.
W wywiadzie z Katarzyną Kowalewską dla miesięcznika „Teatr” powiedziałaś, że Twoje życie legło w gruzach.
No wiesz, miałam jakieś życie, karierę, zarabiałam, mieszkałam gdzieś, miałam za co utrzymać dziecko. Miałam status, tożsamość, reputację. I to wszystko przepadło. W jednej chwili. Było, nie ma. Stajesz w tej pustce i zupełnie nie wiesz, kim jesteś. Jeżeli coś, co uważałaś za „siebie”, znika, a życie trwa, to czym jest to, co przetrwało? I czym było to, co przepadło? Jakbyś była skomplikowanym mechanizmem, który właśnie co do śrubki został rozmontowany, a ty nie masz instrukcji obsługi, żeby to poskładać w jakkolwiek działającą całość. Czujesz się jak trup, który musi rozwiązać zagadkę kryminalną dotyczącą zbrodni, której na nim dokonano.
Miałam jakieś życie, karierę, zarabiałam, mieszkałam gdzieś, miałam za co utrzymać dziecko. Miałam status, tożsamość, reputację. I to wszystko przepadło. W jednej chwili. Było, nie ma. Stajesz w tej pustce i zupełnie nie wiesz, kim jesteś. Jeżeli coś, co uważałaś za „siebie”, znika, a życie trwa, to czym jest to, co przetrwało? I czym było to, co przepadło?
Jakie konsekwencje całej tej historii poniosłaś? Jak to odczuwasz dzisiaj?
Tak naprawdę jest jedna kwestia, która jest bardzo bolesna, jeśli chodzi o konsekwencje. Ale zachowam ją dla siebie, bo dotyczy spraw rodzinnych.
Cała Twoja droga zawodowa została właściwie przekreślona.
To, co zrobiłam w teatrze w ciągu dwudziestu lat pracy, jest niewymazywalne. Nie da mi się tego odebrać. Wiem, kim jestem. Wiem, co tworzyłam. Po prostu skończył się jakiś etap. Nie ma w życiu nic pewniejszego niż zmiana. A prawda, wcześniej czy później, znajdzie drogę, żeby się ujawnić. W końcu żyjemy w czasach apokaliptycznych, w czasach objawienia.
I co teraz?
Zobaczymy. Może już nic. Może jeszcze coś.
Ale w tej trudnej sytuacji, w której się znalazłaś, ktoś wyciągnął do Ciebie rękę?
Rodzina. Przyjaciele. Gdyby nie oni, możliwe, że nie zamieszkiwałabym już w awatarze znanym jako Monika Strzępka.
Mam na myśli ludzi teatru. Czy ktoś Cię wsparł?
Jeśli chodzi o ludzi teatru, to mówimy o kilku osobach. To są bliscy mi ludzie. Szczególnie jeden człowiek, który wyciągnął mnie z płonącego budynku i troskliwie zmieniał opatrunki po poparzeniach, żeby się udało przeżyć. Ale jeśli pytasz, czy był jakiś szeroki front wsparcia, no to takiego doświadczenia nie miałam. Zrobiło się wokół bardzo pusto. I przy okazji bardzo przejrzyście.
W swoim wykładzie w Instytucie Sztuki PAN mówiłaś o nieufności wobec „pudełkowego teatru”, wobec podziału scena–widownia. Czy polski teatr potrzebuje zmiany?
Świat się zmienia gwałtownie, zmiana jest nie do uniknięcia. Pytanie, czy teatr dokona zmiany świadomie, czy ta zmiana dokona się na teatrze w sposób wymuszony. Teatr kojarzy mi się dzisiaj z ludźmi siedzącymi w kole przy ognisku, architekturą greckiego amfiteatru, stadionem. Różna skala, ale zawsze krąg. W teatrze mieszczańskim jesteśmy my – na widowni, i oni – na scenie, albo odwrotnie: my – na scenie, i oni – na widowni, zależnie od perspektywy. W zależności od architektury inaczej pracuje energia.
Ustawienie determinuje wszystko, co się dzieje między ludźmi. Jak wiadomo, teatr ma swoje korzenie w rytuale, aktor jest kapłanem, szamanem, uzdrowicielem. Ta pierwotna funkcja teatru, czyli przywracanie równowagi, uwalnianie od cierpienia, sprawianie, że życie może na nowo płynąć w człowieku w sposób niezakłócony – to ciekawi mnie teraz najbardziej. W systemie, który jest oparty na utrzymywaniu wspólnoty w poczuciu winy i wstydu, nie dąży się do redukcji cierpienia. Intencją władzy nie jest uzdrowienie wspólnoty, tylko utrzymywanie jej w stanie choroby i bólu – to pozwala utrzymać kontrolę. O tym też jest mój film.
Jest jedna znacząca rzecz, która mnie uderza: wchodzisz na media społecznościowe teatrów, patrzysz na zapowiedzi prób, początek pracy nad spektaklem i co widzisz? W większości czarno-białe zdjęcia. Pierwsza myśl, która mi się nasuwa to: Jezu, kto umarł?
To prawda, często teatry same wybierają czarno-białe materiały.
Ja to widzę tak, że w sferze symbolicznej to się już wydarza, te „nekrologi” coś zwiastują, coś obwieszczają. Jesteśmy w nowej nawet nie epoce, stoimy na progu nowej ery, tu drobne przesunięcia nie zadziałają. Być na bieżąco z rzeczywistością to jest moim zdaniem dzisiaj za mało. Teatr musi znaleźć nowe, czyste źródła zasilania, zdefiniować, czym ma być w tym nadchodzącym świecie. Potrzebna jest wizja uruchamiająca moc, która wydobędzie spod skalnej skorupy tę ognistą, żywą lawę, o której pisał Mickiewicz. Wystarczy przyłożyć ucho do ziemi, to jest tuż pod powierzchnią, to się domaga erupcji.
I chyba tego teatrowi życzymy – czystych źródeł, przede wszystkim.
„Jeszcze dzisiaj – a minęło już kilka tygodni od premiery – czuję gęsią skórkę na samą myśl o spektaklu Katarzyny Chlebny [...]”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.