Pisząc dziś o powrocie do Henryka Sienkiewicza, trudno uciec od oczywistości: nie chodzi już o „czytanie ku pokrzepieniu serc”. Dzisiejszy teatr nie potrzebuje pokrzepienia – potrzebuje konfrontacji. I właśnie dlatego sięga po autora „Trylogii” coraz częściej i coraz odważniej.
Zapowiadana premiera Pana Wołodyjowskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie wpisuje się w wyraźny nurt reinterpretacji narodowego imaginarium. Nie jest to już rekonstrukcja mitu, lecz jego rozbrajanie – czasem śmiechem, czasem ironią, a czasem melancholią. Twórcy spektaklu zdają się dobrze rozumieć, że postać Michała Wołodyjowskiego – tego „małego rycerza” – nie może dziś funkcjonować w próżni heroicznej jednoznaczności. Jeśli ma przemówić, musi zostać wystawiona na próbę.
Zresztą podobny mechanizm obserwowaliśmy już w poprzednich adaptacjach Henryka Sienkiewicza. W olsztyńskich Krzyżakach Jana Klaty mit zaczynał działać – ale nie jako stabilna struktura sensu, lecz jako coś, co odsłania własną umowność. To, co kiedyś było oczywiste (wróg, bohater, racja moralna), dziś staje się podejrzane. Teatr nie tyle opowiada historię, co pokazuje, jak bardzo jesteśmy od niej uzależnieni.
Jeszcze wyraźniej było to widoczne w gdańskim Potopie Michała Siegoczyńskiego, gdzie narodowa mitologia została wręcz rozbrojona. Nie przez prostą dekonstrukcję, lecz przez przesunięcie akcentów – z wielkiej historii na jej emocjonalne i ideologiczne koszty. Bohaterowie przestawali być figurami, a zaczynali być ludźmi uwikłanymi w opowieść, która ich przerasta.
Na tym tle Pan Wołodyjowski wydaje się wyborem szczególnie interesującym. To przecież najbardziej „zamknięta” część Trylogii – historia domknięta gestem ostatecznym, niemal sakralnym. Właśnie dlatego jej współczesne wystawienie musi dotknąć tego, co w niej najbardziej niewygodne: kultu śmierci, romantycznego absolutyzmu, przekonania, że sens życia realizuje się dopiero w ofierze.
Zapowiedź spektaklu sugeruje, że twórcy idą w stronę ironicznego rozszczelnienia tej figury. Wołodyjowski „dostaje chwilę odpoczynku” – to zdanie brzmi niemal jak prowokacja wobec całej tradycji jego recepcji. Bo co się stanie, gdy bohater przestanie działać? Gdy zamiast ginąć – zacznie myśleć? Gdy zamiast być symbolem – stanie się człowiekiem zmęczonym własnym mitem?
W tym sensie współczesne powroty do Sienkiewicza mówią więcej o nas niż o nim. Pokazują społeczeństwo, które nie potrafi już bezkrytycznie wierzyć w heroiczne narracje, ale też nie potrafi się od nich uwolnić. Tkwimy gdzieś pomiędzy – w przestrzeni ironii, nostalgii i niepewności.
Nie bez znaczenia jest też kontekst młodego widza, do którego adresowany jest spektakl. Dla niego Sienkiewicz nie jest już „pisarzem narodowym”, lecz raczej egzotycznym źródłem klisz kulturowych. Wąs, szabla, honor – to wszystko funkcjonuje dziś bardziej jako cytat niż rzeczywistość. Teatr może więc potraktować tę materię swobodniej, nawet zuchwale. Pytanie tylko, czy za tą swobodą pójdzie refleksja.
Warto w tym kontekście przywołać także realizację W pustyni i w puszczy w Starym Teatrze w Krakowie – nawet jeśli oglądaną jedynie z oddali krytycznego dyskursu. Już sam wybór tej powieści wskazuje na przesunięcie zainteresowań: z heroizmu militarnego ku problematyce kolonializmu, inności, relacji władzy. Sienkiewicz przestaje być autorem „o nas”, a zaczyna być autorem „o naszych fantazmatach”.
I może właśnie to jest klucz do odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziś wracamy do Sienkiewicza. Nie dlatego, że chcemy go czytać na nowo, ale dlatego, że chcemy zobaczyć, co jego teksty robią z nami. Jakie mechanizmy uruchamiają. Jakie emocje produkują. Jakie uprzedzenia wzmacniają.
Teatr – w swoich najlepszych realizacjach – nie daje tu prostych odpowiedzi. Raczej stawia widza w sytuacji niewygodnej: między śmiechem a zażenowaniem, między wzruszeniem a krytycznym dystansem. Jeśli Pan Wołodyjowski w Teatrze Ludowym pójdzie tą drogą, może okazać się nie tylko ciekawą adaptacją, ale ważnym głosem w rozmowie o tym, kim jesteśmy dzisiaj – i jak bardzo nadal potrzebujemy swoich mitów, nawet jeśli już im nie ufamy.
Teatr Ludowy