Satyryczna farsa z dreszczykiem z warszawskiego Targówka

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Satyryczna farsa z dreszczykiem z warszawskiego Targówka

O spektaklu „W grobie się nie mieści” Todda Sweeneya w reż. Marcina Bartnikowskiego, koprodukcja Teatru Rampa w Warszawie i Fundacji Teatru Malabar Hotel pisze Anna Czajkowska. Spektakl „W grobie się nie mieści” to kolejny i dość zaskakujący pomysł na rozrywkę w dobrym stylu, zrealizowany przez Teatr Malabar Hotel wspólnie z Teatrem Rampa. Takiego Malabaru jeszcze...
Opublikowano: 2022-11-30

O spektaklu „W grobie się nie mieści” Todda Sweeneya w reż. Marcina Bartnikowskiego, koprodukcja Teatru Rampa w Warszawie i Fundacji Teatru Malabar Hotel pisze Anna Czajkowska.

Spektakl „W grobie się nie mieści” to kolejny i dość zaskakujący pomysł na rozrywkę w dobrym stylu, zrealizowany przez Teatr Malabar Hotel wspólnie z Teatrem Rampa. Takiego Malabaru jeszcze nie znałam, choć igraszki z formą, pełne szalonych pomysłów kreacje sceniczne Marcina Bartnikowskiego i Marcina Bikowskiego nie są dla mnie nowością, podobnie jak autorskie adaptacje, oparte na niecodziennym podejściu do sztuki lalkarskiej i dramatycznej. Przekraczanie ram konwencjonalnej sztuki teatralnej też rzecz jasna nie dziwi, ale farsa „klasy B”? Ich przedstawienie – satyryczny horror wysysający smutki, naładowany energią – raczy widzów pozornie leciuteńką, niewymagającą rozrywką, jednak pod tą pokrywką kryje się drugie dno. Czarny humor, umiejętność śmiania się z samych siebie, demony i wampiry z Targówka – nawet jeśli więcej w nich ironii i śmieszności niż grozy i powagi, mogą opowiedzieć historię, która ucieszy, rozbawi, a dzięki podtekstom da też okazję do małych refleksji.

Perypetie małżeńskie państwa Debetów z warszawskiego Targówka, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji, dziwacznych postaci (niekoniecznie z tego świata), splatają się w spektaklu z historią z przeszłości. W dodatku jak najbardziej prawdziwą – chodzi o żyjącego w XVII wieku burmistrza powietrznego Łukasza Drewno. Warszawski aptekarz Łukasz Drewno w czasie epidemii dżumy w latach 1624–1626 pełnił funkcję burmistrza powietrznego Starej Warszawy. Z myślą o warszawiakach gromadził wówczas duże ilości leków i żywności, organizował tzw. izolatoria (szpitale) wraz z wyznaczoną strefą dla zakażonych, dbał o bezpieczeństwo oraz przestrzeganie prawa przez mieszkańców miasta i był orędownikiem czystości. Do dziś zachowała się prowadzona przez niego kronika zgonów. Dzięki swym zasługom w 1630 roku nominowany został na rzeczywistego burmistrza Warszawy. Do jego postaci odwołuje się reżyser i autor tekstu. 

Demonika Debet (w tej roli Dominika Łakomska) wraz z Vincentem Debetem (Marcin Bartnikowski) w obliczu kryzysu finansowego decydują się na tymczasową przeprowadzkę na Podlasie. Z pewnym ociąganiem się ruszają w podróż, podczas której – jak to w horrorkach bywa – na swej drodze spotykają przedziwne postacie, trochę groteskowe, trochę prawdziwe, zawsze obdarzone nietuzinkowym charakterkiem i znaczącym imieniem: Tanatosia (Agnieszka Makowska/Kamila Boruta), Vigor Mortis (Marcin Bikowski) i Gusław (Konrad Marszałek). Dalsze wydarzenia potoczą się gwałtownie i nieoczekiwanie, o czym zapewniają twórcy przedstawienia. Ale czy Sweeney Todd, rzekomy autor tekstu istniał naprawdę i ma coś wspólnego z farsą „W grobie się nie mieści”? Postać słusznie kojarzy się z filmem „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street”, w którym główną rolę zagrał Johnny Depp (stylizacja na tegoż bohatera zostanie wykorzystana w spektaklu), a przewrotność polega na wykorzystaniu atmosfery miejskiego przedmieścia, opowieści grozy (tu w formie farsy, nie brodwayowskiego musicalu), mrocznych postaci i dodaniu rodzimych akcentów – legendy o Łukaszu Drewnie. I tu ukłon w stronę reżysera Marcina Bartnikowskiego: scenariusz – rewelacyjnie napisany, ze smakiem – nosi znamiona spontaniczności, jednak jest dopracowany i wygładzony. Bartnikowski mruga okiem w kierunku gotyckich, makabrycznych i dziwacznych elementów obecnych w produkcjach Tima Bartona. I to jak! Z satyrycznym zacięciem, wyszydzając przy okazji kompleksy „ambitnych” teatromanów,  gardzących farsą i tylko w Teatrze Narodowym szukających zaspokojenia swych ambicji. Śmieje się z krytyków teatralnych, zakompleksionych celebrytów i blogerów rzekomo kulturalnych, którzy z niepodważalnym profesjonalizmem polecają teatralne wydarzenia. Dostanie się aktorom (także tym z Białegostoku), dyrektorom teatrów, ale bez zgryźliwości. Umiejętność śmiania się z samych siebie, która przewodzi tej wampirycznej farsie z dreszczykiem jest tu najważniejsza. Marzenia, często groteskowe i zbyt wydumane przytrafiają się przecież wszystkim. Nic w tym zdrożnego, bo poprzez śmiech najłatwiej pokazać nasze wady i kompleksy oraz absurdy i pułapki naszej rzeczywistości.

Akcja muzyczno-słownej komedii rozwija się dynamiczne, by rozbawić i błyskotliwie zaskoczyć swymi zabawnymi absurdami. Złożona ze scenek, monologów, wierszyków i piosenek całość zachowuje spójność, a aktorzy potrafią uwodzić humorem i szczyptą groteski z ironią oraz karykaturą w tle. Doskonale czują ten satyryczny rytm, tworząc pełne werwy, barwne i wyraziste kreacje. I co ważne – utrzymują szalone tempo farsy, które nie słabnie ani na moment. Przyznaję, że czasem pozwalają sobie na zatrzymanie – celowo, by skupić uwagę widza. Występujący bez trudu burzą czwartą ścianę, wciągając widza w wir akcji – trochę dzięki improwizacji, choć rzecz jasna nigdy nie wypadają z ról. Karmią wszystkich oglądających licznymi aluzjami tak przewrotnymi, że aż brzuch boli ze śmiechu. Jedną z bohaterek spektaklu jest Demoniki Debet – od razu dodam, że Dominika Łakomska w tej roli jest przepyszna, zmysłowa i jednocześnie uroczo groteskowa. Jej bohaterka, czyli blogerka kulturalna z Saskiej Kępy i recenzentka, postanawia odnaleźć teatr źródeł (choć musicale o wampirach też ją inspirują), najlepiej w wiosce słowiańskiej położonej gdzieś w odludnym miejscu. Dlatego mimo krytycznej sytuacji finansowej kupuje dom na Podlasiu, by tam szukać spełnienia swych ambicji. Ciągnie ze sobą męża, który wolałby pozostać na ukochanej Saskiej Kępie i pójść na kolejną farsę teatralną. Marcin Bartnikowski jako doradca kredytowy Vincent Debet jest znakomicie zabawny, uwodząc po mistrzowsku nie tylko panie. Wprawdzie nie stać go na wymarzony apartament, ale tkwienie w korku przy PGE Narodowym też go nie bawi. Na trasie Warszawa-Białystok jako kierowca zmaga się z burzą i ostatecznie pozostaje w wiosce warszawsko-słowiańskiej na… Targówku. Ale to nie koniec jego perypetii, które pokazuje z prawdziwa brawurą. Kamila Boruta z dbałością o humorystyczne szczegóły kreuje postać Tanatosi. Młoda, ambitna panna po śmierci ojca dziedziczy firmę pogrzebową, jednak wciąż marzy o karierze aktorskiej. Potrafi wykorzystać i horoskop, i horrorshop, wcielać się w wampirzycę, flirtować z krwawym wdziękiem, by osiągnąć swój cel. Umizgi słowiańskiego wikinga Gusława znosi dzielnie, acz ze specyficznym urokiem w gotyckim stylu. Konrad Marszałek wciela się w tym spektaklu w popularnego kabareciarza Sławomira, który porzucił telewizję i jako bard stylizowany na skandynawskiego wojownika rekonstruuje rodzime obrzędy. Z pewnością kocha „Dziady” i – cóż – ma wielką słabość do kobiet. Muszę przyznać, że komediowy styl bardzo mu pasuje – aktor równo dotrzymuje kroku pozostałym artystom. Jednak moim faworytem pozostaje wyborny Marcin Bikowski. Jego gra jest po prostu perfekcyjna. Jako sprytny Vigor Mortis, przedstawiciel handlowy banku krwi à la demoniczny golibroda Todd Sweeney, umie przemienić się też w romantycznego kochanka – uczucia ciągną go ku córce grabarza Tanatosi (chyba z wzajemnością). Wykorzystując brzmienie głosu, Bikowski doprawia wszystko znakomitą dykcją, gestem, ruchem i jak najlepiej pokazuje charakter wampira z Targówka. Oprócz kreowania postaci Vigora animuje też lalki własnego projektu, czyniąc z nich pełnoprawnych uczestników spektaklu. Nie pierwszy raz widzę go na scenie i tu także, jak zwykle umiejętnie syci swych bohaterów odcieniami, które intrygują i cieszą oko.

Warto podkreślić, że elementy sztuki lalkarskie pojawiające się w spektaklu, dodają mu dodatkowego smaku. Oczywiście to zasługa Marcina Bikowskiego, który potrafi tworzyć teatr form nawet w tak lekkim stylu jakim jest farsa, co wraz z kostiumami i scenografią – również jego autorstwa – tworzy inscenizację wyjątkową i atrakcyjną dla każdego. Jego Kruk Edgar, z ambicjami aktora dramatycznego, doprawdy skradł moje serce, a sceny z udziałem szczura czy innych lalkowych postaci nie z tego świata śmieszą do łez wszystkich widzów. 

Sceniczna parodia poważnego spektaklu grozy, groteskowa farsa wampiryczna „W grobie się nie mieści”, brawurowo zagrana, przygotowana precyzyjnie, pomysłowo i bez przesadnej złośliwości (choć uszczypliwości i karykaturalności wynikającej ze zmysłu obserwacji tu nie brak), ma szansę rozbawić nawet bardzo sceptycznego widza. A konkluzja? Po prostu pozwólmy sobie na przepyszną zabawę i nie bójmy się śmiać z samych siebie, doceniając aktorów, którzy czynią to razem z nami.

fot. Marek Zimakiewicz

Kategorie:


Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL