W rzadko wystawianym na naszych scenach dramacie „Letni dzień”, po który sięga Sebastian Fabijański, Sławomir Mrożek mistrzowsko łączy wyrafinowany humor z filozoficzną zadumą i ogranicza do minimum zdarzenia, by wyraźnie odmalować psychologiczne wizerunki swoich bohaterów.
W letnie popołudnie w niewielkiej nadmorskiej miejscowości Ud i Nieud spotykają się po raz pierwszy. Ud, elegancki dżentelmen w nieskazitelnym, białym garniturze (co kontrastuje z ciemnym, smutnym strojem Nieuda) to człowiek sukcesu, któremu udaje się wszystko. Ponieważ doświadczył wszystkiego, owo „wszystko” znudziło mu się i życie straciło sens – jedyne, co go pociąga, to perspektywa niepowodzenia. Dlatego postanawia popełnić samobójstwo i jest przekonany, że dopnie swego, jak zawsze. Jego całkowite przeciwieństwo stanowi Nieud, któremu z kolei nie udaje się nic. Nic nie osiąga, w nic nie wierzy i wie, że w niego też nikt już nie wierzy. Jednak tli się w nim jeszcze iskra nadziei, chociaż nikła. On również chce zakończyć swoją egzystencję, z przekonaniem o niepowodzeniu tegoż zamiaru – zgodnie z ironią losu.
Tragiczna trzyaktowa farsa z absurdem w tle, przez Antoniego Wincha określana jako utwór egzystencjalno-bulwarowaty, staje opowieścią o ludzkich pragnieniach, samotności oraz o poszukiwaniu sensu życia. Wciąż aktualne zdaje się stwierdzenie, że Mrożek potrafi wydobywać z rzeczywistości to, co w niej i tak jest zawarte. Trudno się z tym nie zgodzić, oglądając realizację i debiut reżyserski Fabijańskiego.
W „Letnin dniu” pokazuje on istotne cechy dramaturgii, której nie można zaszufladkować, ponieważ wymyka się wszelkim schematom, nawiązując do różnych tradycji, m.in. romantycznej, a także do teatru absurdu.
Minimalistyczny w środkach spektakl uwypukla pewne idee (jednocześnie je kompromitując) poprzez bohaterów, a beztroski, odrealniony nastrój pozwala nabrać dystansu do takich spraw, jak chociażby śmierć, wola życia czy niezrozumienie przez drugiego człowieka. Groteskowa forma i absurd sytuacyjny oraz słowny ukrywają poważne, trudne pytania. Aktorzy odnajdują się w różnych stylistykach dramaturgicznych – rodem z farsy, czarnej komedii czy dramatu egzystencjalnego. Dzięki nim dostajemy coś więcej niż tylko teatralną tragifarsę.
Uwięzieni w schematach bohaterowie pozostają w konwencji naznaczonej obawą przed przemijaniem. Fascynujący jest Sebastian Fabijański, który powoli coraz bardziej ukazuje skrywane emocje, aż do momentu, kiedy stają się one naprawdę mroczne. Co tu jest prawdą, co pozorem? Pozór szczęścia u Uda, które męczy go brakiem motywacji do walki z życiem i do czerpania radości?
Partnerujący mu Paweł Brzeszcz w roli Nieuda potrafi z małych elementów zbudować sugestywną postać. Żałosny i zabawny bohater, pełen lęku przed nieuchronnością losu, zagubiony i pełen straceńczej determinacji, wzbogaca swoją postać sarkastycznym humorem. Dla niego nadejście wytwornego Uda jest jak sygnał losu, by wyrazić gotowość do przyjęcia zmian i nawet jeśli nie będzie lepiej, pozostanie nadzieja i wiara w to, że warto żyć.
W opowieści o ludzkich tęsknotach ważną rolę pełni Dama. Marta Dylewska w tej roli intryguje. To właśnie ona najlepiej uosabia mrożkowskie „pomiędzy”, nerwowy stan, charakter i typ psychologiczny towarzyszących jej panów. Dzięki niej można się zastanawiać nad wizerunkami Nieuda i Uda, ich podobieństwem, nierozłącznością, sugerowanym dysonansem ukrytym w każdym z nas. Ile w nas z Uda, a ile z Nieuda? „Sądzimy, domyślamy się, życzymy sobie” i oszukujemy samych siebie. Być może ratunkiem jest Dama, której postać nabiera znaczenia metaforycznego, będąc uosobieniem marzeń i wiary w siłę człowieka.
Przedstawienie Fabijańskiego i jego przesłania mogą zaboleć, ale dzięki temu refleksja nad nimi staje się wnikliwsza. W ustach aktorów pozornie lekkie słowa Mrożka nie są banalne, i dzięki nim dictum acerbum inscenizacji staje się ostrzejsze – jest i śmieszno, i straszno.
Teatr Klasyki Polskiej