Potęga zespołu

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Potęga zespołu

O spektaklu “Śmierć komiwojażera” Arthura Millera w reż. Małgorzaty Bogajewskiej z Teatru Ludowego w Krakowie pisze Tomasz Flasiński.

Opublikowano: 2023-11-13
fot. Jeremi Astaszow

Dobrze zagrany i zrobiony Arthur Miller zostawia widzów ze łzami w oczach i głową pełną (zwykle niewesołych) refleksji. Ten Miller był dobrze zrobiony. I jeszcze lepiej zagrany. Do tego z pomysłem. „Śmierć komiwojażera”, która premierę w krakowskim Ludowym miała w marcu, a obecnie trafiła zasłużenie na festiwal „Polska w IMCE”, rozgrywa się oryginalnie w latach Wielkiego Kryzysu. Wątkiem niezauważonym dotąd przez recenzentów jest to, że Małgorzata Bogajewska poddała tekst wcale nie tak naskórkowej adaptacji. Nie chodzi tylko o przerobienie realiów na polskie (zamiast do innych stanów USA Willy i Biff jeżdżą do Berlina i Norwegii, zarabiają w złotówkach, a stareńkie auto Willy’ego to opel z rejestracjami sprzed wejścia do UE), błyskawicznie kierujące uwagę na lata dziewięćdziesiąte, gdy akwizytor rzeczywiście był popłatnym zawodem. Skreśleniu uległa postać Bernarda, syna Charleya – żywego dowodu na to, że sukces jednak bywa możliwy i tylko Willy się na niego nie załapał (Howard to inna bajka: on przecież firmę odziedziczył). U Millera fakt, że Willy zdradza żonę, jest kluczowy – Biff przyłapawszy ojca in flagranti traci wiarę w rodziciela i jego lekcje życiowe, w efekcie czego zaczyna się staczać. U Bogajewskiej z sytuacji scenicznej rozpisanej na kwadrans zostały trzy minuty, zresztą na dobrą sprawę nie wiemy, czy ta sekwencja istotnie miała w przeszłości miejsce: to tylko jedna z wielu halucynacji Willy’ego, nie mająca właściwie związku z niczym, w istocie redundantna. A Biff w młodości nie ćwiczy futbolu, lecz boks – wymagający jeszcze większej wojowniczości i, co ważne, nie będący grą zespołową.

W rezultacie modyfikacji ulega jeden z głównych wątków sztuki – relacja ojca z młodszym synem, który może właśnie dlatego tak go nie znosi, że Willy lokował w nim więcej nadziei. W oryginale Biff odwraca się od ojca, bo się na nim zawiódł: gdy Willy okazał się cudzołożnym hipokrytą, syn w odruchu buntu zrezygnował z ambicji, które mu zaszczepiano, przestał się uczyć i starać. W wersji z Ludowego główny grzech Willy’ego polega na tym, że wmawiał synowi, iż jest stworzony do wielkich rzeczy i jako taki ma się nikomu nie kłaniać, lecz torować sobie drogę przez życie jak czołg. W rezultacie Biffowi łatwiej jest kraść niż podjąć uczciwą pracę, gdzie czasem trzeba znosić nieprzyjemne rzeczy z uśmiechem na ustach. U Millera niby też wybrzmiewał ten akcent, ale słabiej, tam ważniejszy był fakt, że przykładny amerykański mąż i ojciec ma drugą twarz kłamczucha i samolubnego dupka. Tu natomiast mamy krytykę polskiego nacisku na indywidualizm; po takim wychowaniu można albo przegrać jak Biff, albo zacząć deptać innych jak Howard, zdaje się mówić Bogajewska. I mamy jeszcze rozrachunek z latami transformacji, gdzie takie postawy wynoszono pod niebiosa, bez większego związku z realnymi perspektywami młodych.

Udało się to wszystko przekazać między wierszami, bez postdramatycznych komentarzy wykładających kawę na ławę, bez udziwnionej scenografii (realizm nie oznacza tu jednak braku ładnych konceptów – ach, te kotki w gabinecie Howarda!). Za to z fenomenalną grą aktorów, która niesie cały spektakl jak górski potok. Widzowie zrozumieli i docenili: kiedy ostatnio byłem na przedstawieniu, gdzie tak chyżo zerwali się do owacji na stojąco, nim jeszcze cała obsada zdążyła wyjść do ukłonów?

O poszczególnych kreacjach aktorskich inni napisali już tyle, że Flasiński właściwie może sobie darować: pochwalić trzeba by każdego z osobna, a zamiast czytać, jak się na scenie zachowują, lepiej po prostu zobaczyć spektakl. Znacznie istotniejsze zdaje mi się pytanie: jak to się reżyserce i jej artystom udało?

Małgorzata Bogajewska jest dyrektorką Ludowego od roku 2016. I jedno można powiedzieć z całą pewnością: po siedmiu latach tamtejszy zespół funkcjonuje jak dobrze naoliwiony mechanizm. Z umiejętnością słuchania siebie nawzajem, dopełniania wypowiedzi scenicznego partnera bez wpadania mu w słowo, ale i bez grania tak, jakby każda postać mówiła własny monolog. Z maestrią, która pozwala mówić tekst potoczyście, bez wypadania z rytmu ani na sekundę, bez jednej nutki fałszu. I ze świadomością, że czasem grywa się główne role, a czasem halabardników, bo na tym polega praca zespołowa. Tylko w takim teatrze można wystawić dwugodzinny spektakl obsadzając aktorkę w roli, w której spędza ona parę minut na scenie. A widywałem już produkcje, gdzie po znacznie dłuższym, ale odległym od zakończenia epizodzie wykonawca szedł do domu i nie wychodził już do ukłonów. Odpuszczał.

Ile mamy w Warszawie takich scen, gdzie zespół jest na tyle zgrany, że aktorzy partnerują sobie nawzajem niczym filharmonicy w orkiestrze? No, Narodowy… i tu uświadomiłem sobie, że nie dałbym rady wymienić drugiego. Zmierzał w tym kierunku Dramatyczny Słobodzianka, ale i to dopiero przez ostatni rok-dwa jego dyrekcji, a sam proces – jak wiemy – został przerwany. Andrzej Seweryn w Polskim czy Maciej Englert we Współczesnym – choć ten ostatni jest już szefem ponad cztery dekady! – dawali radę osiągnąć taki efekt jedynie okazjonalnie. Z powodu, którego nie podejmuję się wskazać, jeszcze gorzej jest na scenach tzw. progresywnych, naciskających, by aktor się wczuwał całym sobą, razem z reżyserem przyjmował postawę krytyczną i performował. Za rzadko bywam w teatrach komediowych, by się o nich wypowiadać, choć podejrzewam, że tam idzie to lepiej. W tym typie placówek nie ma miejsca na fuszerkę.

W bardzo żywym ostatnio sporze na temat „kto ma mieć ostatnie słowo w teatrze, dyrektor czy zespół?”, stoję gdzieś pośrodku. Mógłbym z marszu wyliczyć ileś tam scen, gdzie zespół dryfuje, nie współpracuje sam ze sobą, artystycznie nie dzieje się prawie nic ciekawego i tylko marzyć, by przyszedł zdolny szef z wizją, „zrestrukturyzował” zatrudnienie, po czym przeistoczył swe miejsce pracy w teatr po prostu dobry. Ale kiedy zespół okrzepł, potrafi wcielać w życie na świetnym poziomie różnorakie zadania, partnerować reżyserom w tworzeniu arcydzieł, przyciągać widzów – z jakiegoś powodu właśnie takie sceny urzędnicy od kultury biorą na celownik. Jakiż to demon podkusił ich, by Teatr Dramatyczny w Warszawie, coraz popularniejszy i lepszy artystycznie przybytek teatru opartego na tekście, zmieniać w bazującą na całkiem innych założeniach scenę „progresywną”, a Polski we Wrocławiu – odwrotnie? To tak, jakby dyrektorem TR Warszawa został Jarosław Gajewski, a Narodowego Marta Górnicka. W dążeniu, żeby zaznaczyć teren, zagarnąć sceny dla prawicy albo dla lewicy, ginie refleksja, że na dobry zespół – obojętnie do jakiego typu teatru dostosowany – należy chuchać i dmuchać. Szczególnie że znaczna część krytyków i decydentów widzi belkę tylko w cudzym oku: dla jednych Redbad Klynstra-Komarnicki jako dyrektor teatru im. Osterwy oznacza przejęcie sceny przez prawicową reakcję, a wejście Moniki Strzępki do Dramatycznego to po prostu normalna dyrektorska zmiana, dla innych Klynstra w Lublinie czy Michał Chorosiński w Łodzi są zwyczajnie nowymi szefami po konkursach, za to obecność Strzępki na placu Defilad równa się groźnej lewackiej ofensywie. Te tekściki w „Rzeczpospolitej”, z których można odnieść wrażenie, że zaraz przyjdą po nas bojówki hunwejbinów! Ten „Dialog Puzyny”, w którym autorzy wiążą przejmowanie instytucji kultury i konflikty dyrektor-zespół wyłącznie z PiS, a pomijają analogiczne problemy w placówkach z apolitycznymi lub lewicowymi (typu Grzegorz Jarzyna) szefami!

Być może właśnie tendencja, by uczestnictwo w życiu teatralnym utożsamiać z wieńczeniem własnych generałów i szukaniem barbarzyńców, sprawia, że Małgorzata Bogajewska nieczęsto jest wspominana w mediach. A tymczasem, z dala od reflektorów i bitew w kisielu, reżyserka pracuje ciężko i nie zwalnia tempa: równolegle z festiwalowym pokazem Millera dała w Narodowym nieźle przyjętą premierę „Opowieści lasku wiedeńskiego”. W tym kontekście powiem tak: Jan Englert ma wciąż niespożyte zdrowie i energię, ale gdy pewnego dnia trzeba będzie wskazać jego następcę przy placu Teatralnym, może nie warto szukać zbyt daleko.

W finale „Komiwojażera” Linda (Beata Schimscheiner) zostaje sama nad trumną, znów na przekór didaskaliom, które każą ją odprowadzać obu synom. Atmosfera jest ciemna i zawiesista – tak, że można zrozumieć, czemu dla Pawła Głowackiego w recenzji liczy się w tym spektaklu tylko zawieszenie między światem realnym, dołującym niczym u Hanocha Levina, a światem zjaw i mar. Kryzysy, raty i pieniądze, nawet toksyczne konflikty z bliskimi, to wszystko – konkluduje Głowacki – ozdobniki; ale ta codzienność Willy’ego i jego rodziny, codzienność dojmująca i beznadziejna, podszewka cienia! Mogę się z Głowackim nie całkiem zgadzać, ale rozumiem, skąd mu się to wzięło. Oto siła teatru: Willy mimo towarzystwa Charleya i tak jest sam z Benem, Linda zostaje z mężem, chociaż już go nie ma. Słuchamy, jak wypomina mężowi, że są już przecież wolni od rat, jak kłóci się ze zmarłym, bo czemu nie, skoro kłóciła się także z żywym – i przypominamy sobie, co nas czeka w domu. Jak gdyby gdzieś się podział dach i budynek Teatru IMKA, a wszystko rozgrywało się pół kilometra dalej, na przystanku tramwajowej linii 20 – trawa i wiatr, z widokiem na parking starych samochodów, w ciemności i hulającym wietrze. Na pełnej widowni zostajemy sami z Millerem.

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL