Kiedy gasną światła, a na scenie pojawia się nagi, bezbronny Alois Pokora – wiem od razu, że nie będzie to kolejna adaptacja prozy Twardocha. W Teatrze Studio nie oglądam powieści na scenie, lecz raczej rytuał. Ciało aktora staje się mapą pamięci Śląska, a słowa – modlitwą o przynależność.
Robert Talarczyk w swojej Pokorze nie opowiada historii w sposób linearny. Zamiast tego prowadzi widza przez strumień wspomnień, obrazów i dźwięków. To teatr, który pulsuje rytmem przemocy i namiętności – od szkolnych upokorzeń po rewolucyjny Berlin, od zapachu ziemi po błysk bagnetu. W tym wszystkim nie chodzi o narrację, lecz o doświadczenie – fizyczne, emocjonalne, cielesne.
Henryk Simon w roli Aloisa jest niezwykły. Patrząc na niego, mam wrażenie, że jego ciało dźwiga nie tylko los bohatera, ale i ciężar całego regionu. W jednej chwili jest chłopcem z katowickiego familoka, w drugiej – żołnierzem, rewolucjonistą, synem i ofiarą. Jego głos drży między trzema językami: śląskim, niemieckim i polskim. Każdy z nich brzmi jak obcy, a jednak każdy jest „jego”. To jedno z najbardziej przejmujących wcieleń zagubionej tożsamości, jakie widziałem w teatrze.
Scenografia Katarzyny Borkowskiej – czarna ziemia, metal, złote światło – wciąga aktorów dosłownie w głąb. Historia grzęźnie w materii. Kiedy Simon kładzie się w ziemi, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to symbol nie tyle śmierci, co powrotu do korzeni, do czegoś pierwotnego. Talarczyk prowadzi ten spektakl jak rodzaj modlitwy – twardej, brudnej, ale szczerej.
Muzyka Miuosha jest jak echo kopalni: industrialna, rytmiczna, szorstka. Wypełnia przestrzeń, jakby chciała przywrócić pamięć miejscom, które znikają pod nowoczesnym miastem. Momentami dźwięk dosłownie wbija w fotel, a potem nagle cichnie – jakby ktoś wstrzymał oddech.
Nie ma tu łatwych emocji. „Pokora” to teatr, który boli. Widz siedzi w ciszy, bo trudno cokolwiek powiedzieć. Z jednej strony – zachwyt nad formą, precyzją, dyscypliną aktorów. Z drugiej – ciężar, który zostaje po spektaklu, gdy wychodzi się w nocne centrum Warszawy i czuje, że historia wciąż nie daje spokoju.
W przedstawieniu Talarczyka fascynuje mnie to, że nie ma jednej prawdy. Śląsk nie jest tu ani ofiarą, ani bohaterem. To przestrzeń pomiędzy – jak sam Alois Pokora, który nie pasuje do żadnego świata. Reżyser nie buduje pomnika, tylko otwiera ranę.
Zespół Teatru Śląskiego tworzy rzadko dziś spotkaną jedność. Obok Simona znakomite kreacje tworzą Agnieszka Radzikowska (Matka – bolesna i cicha) oraz Dariusz Chojnacki i Michał Piotrowski – ekspresyjni, z ironią, która chwilami ratuje ten świat przed całkowitym mrokiem.
Wieczór w Teatrze Studio pokazał, że Pokora wciąż dojrzewa. To nie spektakl, który się starzeje – to przedstawienie, które z każdym rokiem nabiera głębi. Dla mnie był to teatr totalny: emocjonalny, muzyczny, cielesny. I choć dawno żaden spektakl nie zostawił mnie w takiej ciszy po zakończeniu, wiem, że właśnie o to chodziło.
Bo „Pokora” to nie tylko opowieść o człowieku z pogranicza. To pytanie o to, co zostaje, gdy odebrano nam język, dom i prawo do własnej historii.
https://teatrslaski.art.pl/repertuar/pokora/