Pokaz „Bioland” w Komunie Warszawa oglądałem jako propozycję sytuującą się na przecięciu choreografii, instalacji i performatywnego eksperymentu. Przestrzeń sceniczna została zorganizowana z wykorzystaniem fragmentów sztucznej trawy, układanych w wyraźnie wyodrębnione pola. Ten modułowy układ porządkuje ruch i jednocześnie sugeruje rodzaj laboratorium albo z góry wyznaczonych stref działania. Ciała tancerzy funkcjonują w obrębie tych „parceli”, wchodząc ze sobą w relacje poprzez rytmiczne przejścia, konfrontacje i zsynchronizowane sekwencje.
Choreografia Megan Doheny i Ilyi Nikurova operuje kontrastem między płynnością a mechaniczną repetycją. Ruch bywa organicznie falujący, po czym przechodzi w drżenia, zatrzymania i impulsy przypominające zakłócenia sygnału. Ten sposób budowania partytury ruchowej wprowadza napięcie między tym, co ciągłe, a tym, co przerywane. Powtarzalność fraz nie prowadzi jednak do czystej symetrii — układy grupowe są regularnie rozszczelniane przez działania solowe lub duety, które chwilowo zmieniają dynamikę całości.
Warstwa dźwiękowa (Dylan Tedaldi) opiera się na syntetycznych brzmieniach, pulsie basowym i przetworzonym głosie pełniącym funkcję nadrzędnego komunikatu. Pojawiające się komendy czy zapętlane słowa budują wrażenie nadzoru. Wśród elektronicznych struktur pojawia się także fragment piosenki wykonywanej przez Sławę Przybylską, którego melodyjność i rozpoznawalna barwa głosu kontrastują z chłodną, cyfrową tkanką dźwiękową spektaklu. To krótkie wprowadzenie archiwalnego brzmienia wytwarza napięcie między estetyką symulacji a śladem kulturowej pamięci. W momentach ciszy wyraźniej słyszalny staje się oddech performerów, co przesuwa uwagę z systemu na fizyczność wykonawców.
Istotny wydaje się sposób organizowania zbiorowości. Zespół funkcjonuje raz jako układ zsynchronizowanych jednostek, innym razem jako struktura reagująca na najsłabsze ogniwo. W kilku sekwencjach ciężar ciała jednego performera przejmują partnerzy; w innych — jednostka pozostaje wyizolowana na ograniczonej powierzchni. Zmiany konfiguracji nie układają się w linearną narrację, lecz w serię sytuacji badających odmienne modele współobecności i zależności.
Scenografia i kostiumy nie są tu jedynie zapleczem ideowym. Widoczność sztuczności — faktura trawy, przetworzone tkaniny — współtworzy estetykę przedstawienia. Świat nie imituje natury, lecz konstruuje jej wersję przefiltrowaną przez technologię i produkcję. W efekcie scena przypomina środowisko pośrednie: ani pejzaż, ani neutralną przestrzeń studyjną.
Spektakl trwa około godziny i utrzymuje wysoką intensywność fizyczną przez większość czasu. Nie rozwija fabuły w tradycyjnym sensie; zamiast tego buduje ciąg obrazów, w których ciało jest jednocześnie podmiotem i elementem większego układu. Finałowa sekwencja, oparta na wspólnym wypowiedzeniu frazy inicjującej spektakl, domyka kompozycję klamrą, przywracając głos wykonawcom.
„Bioland” można odczytywać jako studium relacji między ruchem a systemem, między jednostką a strukturą, między biologiczną materią a jej technologicznym przetworzeniem. Jako widz pozostawałem w pozycji obserwatora sytuacji, która nie tyle opowiada historię, ile ustanawia warunki do jej potencjalnego zaistnienia — w ciałach na scenie i w percepcji odbiorcy.
Festiwal Nowe Epifanie