Pokaz „Snu nocy letniej” Divadla Radost z Brna nie zakończył festiwalowego wieczoru. Po spektaklu część publiczności została na spotkaniu z twórcami i aktorami spektaklu. Rozmowę poprowadził prof. Jacek Fabiszak, który zaprosił na scenę reżysera Pavla Chomczyka, dramaturga Roberta Jarosza, scenografa Pavla Hubičkę oraz cały zespół aktorski. Szybko okazało się, że będzie to rozmowa o wiele szersza niż tylko o inscenizacji Szekspira. Pojawiły się pytania o proces twórczy, odpowiedzialność artysty, znaczenie teatru lalek i o to, co pozostaje po człowieku, kiedy jego już nie ma.
Jako pierwszy głos zabrał Pavel Hubička. Zamiast od razu mówić o interpretacji dramatu, zaczął od żartu. Przyznał, że do pracy nad Snem nocy letniej skłoniła go zwyczajna radość. – Miałem z tego frajdę. I jeszcze robiliśmy to za państwowe pieniądze – powiedział, wywołując śmiech na widowni. Po chwili dodał już całkiem serio, że z tym tekstem zmaga się od dawna i za każdym razem odkrywa w nim coś nowego.
Scenograf mówił, że nigdy nie myślał o tej sztuce jak o historii jednego bohatera. W jego wyobraźni tworzy ją gęsta sieć postaci, obrazów i znaczeń. Czasami wydaje się, że znalazł właściwy trop, po czym po kilku stronach znów gubi drogę. Porównał tę sytuację do błądzenia po lesie, z którego nie zawsze łatwo wyjść. I właśnie dlatego tak chętnie do tego dramatu wraca.
Najwięcej miejsca poświęcił temu, co nazwał alchemiczną naturą utworu. W świecie Szekspira spotykają się rzeczy, których rozsądek nie potrafi pogodzić. Miłość miesza się z iluzją, przypadek z przeznaczeniem, komedia z melancholią. Z pozornie niepasujących do siebie elementów rodzi się nowa jakość. Hubička przyznał, że podobnie wygląda praca w teatrze. Na początku są pomysły, intuicje i rozmowy. Dopiero po wielu tygodniach prób okazuje się, czy udało się z nich stworzyć spójną całość. Za każdym razem pozostaje w tym odrobina tajemnicy.
Wracając do prób, wspominał pierwsze spotkania całego zespołu. Nie siadali wtedy nad kolejnymi scenami dramatu ani nie zastanawiali się nad rozwiązaniami inscenizacyjnymi. Rozmawiali o tym, co najbardziej porusza ich w Śnie nocy letniej i dlaczego właśnie ten tekst chcą dziś wystawić. W tych rozmowach uczestniczyli reżyser Pavel Chomczyk, dramaturg Robert Jarosz, kompozytor Piotr Klimek i prof. Jacek Fabiszak. Hubička z uśmiechem wspominał, że profesor bardzo szybko przestał pełnić rolę wyłącznie konsultanta. Stał się partnerem dyskusji, który podsuwał kolejne tropy interpretacyjne i prowokował twórców do stawiania następnych pytań.
To właśnie z tych rozmów wyrósł pomysł, który później stał się jednym z najciekawszych elementów spektaklu – obecność na scenie samego Williama Szekspira. Robert Jarosz opowiadał, że decyzja miała bardzo praktyczny początek. Zespół od razu wiedział, że będzie pracował w kameralnej, ośmioosobowej obsadzie. Pełna wersja dramatu wymagałaby ponad dwudziestu aktorów i wielogodzinnego przedstawienia. Adaptacja musiała więc być zwarta, przejrzysta i zrozumiała dla młodej publiczności, do której spektakl jest adresowany.
Robert Jarosz przyznał, że od początku wiedział jedno – „Sen nocy letniej” będzie trzeba opowiedzieć inaczej niż zwykle. Wynikało to z bardzo konkretnych powodów. Spektakl miał powstać z myślą o ośmioosobowym zespole, a przecież szekspirowski oryginał wymaga znacznie większej obsady i kilku godzin grania. Skróty były więc koniecznością, podobnie jak ograniczenie liczby postaci. Nie oznaczało to jednak rezygnacji z najważniejszych sensów dramatu. Wręcz przeciwnie – adaptacja miała wydobyć to, co dla twórców okazało się w nim najistotniejsze.
Jarosz opowiadał, że z czasem coraz mocniej zaczęli postrzegać „Sen nocy letniej” jako historię o samym akcie tworzenia. Miłość, namiętność, zachwyt, niepewność, ryzyko – wszystko to odnajdywali również w pracy artysty. W pewnym momencie pojawiła się więc myśl, by do świata przedstawienia zaprosić samego Szekspira. Nie jako pomnikową postać z podręczników literatury, ale człowieka pracującego nad tekstem, zmagającego się z własnymi pomysłami, szukającego odpowiedzi i obserwującego, jak rodzi się jego opowieść.
Dramaturg zdradził, że podczas pisania adaptacji postawił sobie bardzo rygorystyczne ograniczenie. Nie chciał dopisywać Szekspirowi nowych dialogów ani współczesnych komentarzy. Szukał materiału wyłącznie w jego twórczości. Dlatego sięgnął po sonety. To właśnie z nich zaczął budować wewnętrzny świat scenicznego Szekspira.
W sonetach powraca pytanie o przemijanie i pamięć. Jarosz zwrócił uwagę, że poeta właściwie nieustannie zastanawia się nad tym, co pozostaje po człowieku. Jedną odpowiedź przynosi życie przekazywane kolejnym pokoleniom. Drugą daje sztuka, która potrafi przetrwać swojego autora. Ten trop stał się jednym z najważniejszych punktów całej adaptacji. Nie przypadkiem rozmowa po spektaklu wielokrotnie wracała właśnie do twórczości rozumianej jako sposób pozostawienia po sobie śladu.
Opowiadając o kolejnych etapach pracy, Jarosz zdradził również, jak rodziła się konstrukcja przedstawienia. Potrzebna była historia, która połączy wszystkie wcześniejsze pomysły. Tak narodził się motyw gospody i gospodarza przygotowującego uroczystość weselną. W tej przestrzeni mogły spotkać się różne światy – codzienność, teatr, wyobraźnia, miłość i sztuka. Z pozoru odległe wątki zaczęły się ze sobą łączyć, a spektakl zyskiwał kolejne znaczenia.
Mówiąc o dziedziczeniu, dramaturg nie ograniczał się wyłącznie do biologii. Zastanawiał się, co człowiek przekazuje innym przez swoje życie. Mogą to być geny, ale równie dobrze pamięć, doświadczenie, emocje czy umiejętności. Nawet przygotowanie posiłku – zauważył – bywa przecież aktem twórczym. Takich codziennych gestów, które pozostają z drugim człowiekiem na długo, jest znacznie więcej. Spektakl nie próbuje tych spraw rozstrzygać. Raczej zaprasza widza do własnych odpowiedzi.
Do tej myśli nawiązał Pavel Chomczyk. Reżyser przyznał, że od początku nurtowało go jeszcze jedno pytanie – co dzieje się z dziełem, kiedy opuszcza swojego autora. W pewnym momencie każda książka, obraz czy spektakl zaczynają żyć własnym życiem. Przestają należeć wyłącznie do twórcy i trafiają do odbiorców, którzy odczytują je na swój sposób. Tego procesu nie da się już zatrzymać ani kontrolować.
Chomczyk z uśmiechem opowiadał także o swojej współpracy z Robertem Jaroszem. Nie ukrywał, że pierwsza lektura jego tekstów zwykle bywa trudna. – Kiedy dostaję od Roberta tekst, jestem zły, bo go nie rozumiem – mówił z rozbrajającą szczerością, wywołując śmiech na sali. Po chwili dodał jednak, że po kolejnych rozmowach wszystko zaczyna układać się w całość, a najbardziej skomplikowane pomysły okazują się zaskakująco proste. Tak było również podczas pracy nad „Snem nocy letniej”. Z pozornie chaotycznych obrazów stopniowo wyłaniał się świat spektaklu, a postać Szekspira prowadziła widzów przez kolejne etapy rodzącej się opowieści.
Po rozmowie o znaczeniach ukrytych w spektaklu dyskusja zeszła na bardziej praktyczny wymiar pracy nad przedstawieniem. Prof. Jacek Fabiszak zapytał aktorów o doświadczenie grania na scenie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego – przestrzeni, która od lat budzi respekt nawet wśród najbardziej doświadczonych artystów.
Sabina Šlachtová nie ukrywała, że jeszcze dzień wcześniej miała sporo wątpliwości. Podczas próby trudno było jej oswoić tę scenę. Wydawała się ogromna, wymagająca i pozostawiająca zbyt duży dystans między aktorami a publicznością. Brakowało jej możliwości grania bliżej widzów, wykorzystywania całej przestrzeni, szczególnie tej znajdującej się tuż przy pierwszych rzędach. Przyznała, że przed premierowym pokazem towarzyszył jej stres, a próba generalna nie dawała poczucia pewności. Wszystko zmieniło się dopiero podczas sobotniego spektaklu. Kiedy opadły pierwsze emocje, scena zaczęła pracować razem z zespołem. Aktorka mówiła, że dopiero wtedy mogła naprawdę cieszyć się graniem, a cały zespół zaczął wykorzystywać możliwości miejsca, zamiast z nim walczyć.
Szczególnie mocno zapadł jej w pamięć obraz kolegów grających dwie zakochane pary. Patrząc na ich sceny z boku, miała poczucie, że uczestniczy w czymś wyjątkowym. Nie kryła wzruszenia, mówiąc o precyzji ich gry i o tym, jak wiele zyskały poszczególne relacje między bohaterami właśnie w tej przestrzeni. Dziękowała partnerom za wspólny wieczór, podkreślając, że takie przedstawienia przypominają, dlaczego warto uprawiać teatr.
Do tych słów nawiązał Pavel Chomczyk. Reżyser przyznał, że powrót do Gdańska wiązał się z dużą odpowiedzialnością. Cztery lata wcześniej Divadlo Radost odniosło na Festiwalu Szekspirowskim sukces z „Hamletem on the Road”, nagrodzonym przez publiczność i Polskie Towarzystwo Szekspirowskie. Naturalne było więc, że nowy spektakl będzie porównywany z tamtym przedstawieniem. Twórcy mieli tego świadomość od pierwszego dnia przygotowań do wyjazdu.
Jak mówił, zespół przyjechał do Gdańska z ogromnym szacunkiem wobec miejsca i festiwalu. Występ w mieście Szekspira, na scenie noszącej jego imię, zawsze jest wydarzeniem szczególnym. Tym większą satysfakcję sprawiło twórcom to, że po zakończeniu spektaklu mogli rozmawiać z publicznością nie tylko o samym przedstawieniu, ale również o ideach, które stały za jego powstaniem.
Do rozmowy włączyli się również aktorzy. Zwracali uwagę na rozwiązania architektoniczne Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, które wymuszają inne myślenie o ruchu scenicznym i relacji z widownią. Schody, różnice poziomów i otwarta przestrzeń stwarzały nowe możliwości budowania sytuacji scenicznych, ale jednocześnie wymagały szybkiego dostosowania się do miejsca. Mimo początkowych obaw zgodnie przyznawali, że już po kilku scenach poczuli się na tej scenie swobodnie i mogli w pełni zaufać zarówno partnerom, jak i przestrzeni.
Po tej części spotkania głos zabrała publiczność. Pytania dotyczyły już bardzo konkretnych rozwiązań inscenizacyjnych – od interpretacji Egeusza, przez obecność lalek i ich rolę w spektaklu, aż po inspiracje malarstwem Caravaggia i symboliczną przemianę Puka. To właśnie ta część dyskusji pokazała, jak uważnie widzowie śledzili przedstawienie i jak wiele pozostawiło ono przestrzeni do własnych interpretacji.