Czerwona kotara i klimat przydymionego klubu komediowego. Przednie rzędy ustawione w półkolu sprawiają wrażenie, jakby widownia zalewała głównego bohatera, jakby wchodziła mu do głowy.
Od pierwszych minut zostajemy wciągnięci w jego historię i ustawieni w roli widza czegoś na granicy przedstawienia, stand-upu i spowiedzi nieznajomego, który rozgadał się obok nas przy barze.
Tytułowym Reniferkiem jest młody komik Richard Gadd. Jeden niewinny, przyzwoity gest całkowicie zmienia jego życie. Od tej chwili staje się obiektem obsesji Marty. Zaczyna się lawina telefonów i tysięcy maili, a Richard zostaje wciągnięty w relację, której skali nie jest w stanie przewidzieć. Richard opowiada nam o wszystkim, zapraszając nas do własnej głowy i prowadząc przez kolejne, coraz bardziej intymne warstwy swojej historii.
Szybko odnosimy wrażenie, że zobaczyliśmy nawet więcej, niż byśmy sobie życzyli w komediowym show. Słuchamy jednak oszołomieni, pod wrażeniem jego odwagi, kiedy krok po kroku rozpracowuje przed nami najbardziej wstydliwe i bolesne fragmenty. Raz przygniata nas mrocznymi fragmentami opowieści, by chwilę później rozbawić brytyjskim dowcipem — ciężkim jak londyński smog, ale podanym z lekkością.
Nie można powiedzieć, że historia Richarda mogłaby przytrafić się każdemu. Można z niej jednak wyciągnąć lekcję o tym, jak łatwo stać się czyjąś ofiarą, a jeszcze łatwiej — ofiarą samego siebie. Reniferek nie opowiada jedynie o przyprawiającej o dreszcze obsesji Marty. Jest również o potrzebie bycia zauważonym, o samotności, wstydzie, uzależnieniu od cudzej uwagi i o tym, jak trudno czasem rozpoznać moment, w którym przestajemy być ofiarą, a zaczynamy konstruować własną katastrofę.
W Richarda wcielił się Jan Kowalewski i powiedzieć, że był to kawał dobrej aktorskiej roboty, to jak nie powiedzieć nic. Po mistrzowsku żongluje kolejnymi postaciami, przepuszczając je przez swój komediowy filtr — zmienia twarz, głos i energię, prowadząc dialog sam z sobą. Potęguje to wrażenie, że dramat rozgrywa się przede wszystkim w ludzkiej głowie.
Prostota, precyzja i lekkość podania, a przy tym różnorodne środki aktorskie. Są światła stroboskopowe, są przekąski, a nawet coś dla fanów musicalu. Wszystko to pozwala utrzymać pełną uwagę widowni, nie przeciążając przy tym spektaklu. Publiczność daje się porwać umiejętnościom Kowalewskiego, ale też bezpretensjonalności całego przedsięwzięcia — energii oddolnej inicjatywy teatralnej, która nie próbuje udawać większej, niż jest.
Oszczędność i intymność wymuszone przez formę trafiały do mnie chwilami nawet bardziej niż serial.
Niedopowiedzenia teatralnej sytuacji sprzyjają komedii — jakby czerwona kurtyna wisiała pomiędzy ohydą prawdziwego życia a naszą bezpieczną przestrzenią, za którą jakoś łatwiej jest się śmiać.
Teatr Muzyczny Capitol