W Teatrze Narodowym symbolika ma szczególne znaczenie. Dołączenie do zespołu tej instytucji to nie tylko kwestia etatu — to symboliczny akt, coś na kształt pasowania na rycerza sceny. Dlatego tak dużym echem odbiła się wiadomość, że do tego grona dołączył Hugo Tarres — młody aktor, który nie wchodzi w świat profesjonalnego teatru po cichu, lecz z impetem, zdecydowanym krokiem, zostawiając za sobą ślad, którego nie sposób przeoczyć.
Tarres już wcześniej sygnalizował, że jest artystą poszukującym i nie boi się ryzyka. W musicalu Romeo i Julia w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu, w reżyserii Jana Klaty, stworzył postać Merkucja, która zapadała w pamięć nie tylko jako dramatyczna figura, ale wręcz jako społeczny wyrzut sumienia. Z błyskiem w oku, zadziorny, ale głęboko tragiczny — Tarres nie tyle grał rolę, co ją przeżywał. Endy Yden nadał tej postaci rytm, Klata wprowadził dramaturgiczny puls, ale to Tarres tchnął w nią autentyczność. Udowodnił, że nawet w konwencji musicalowej można poruszać tematy poważne — bez popadania w patos czy efektowną powierzchowność.
Punktem kulminacyjnym tego etapu jego kariery stał się jednak Hamlet w Teatrze Narodowym, w reżyserii Jana Englerta. To rola, której nie wybiera się pochopnie. Rola, która potrafi młodego aktora spalić, zanim jeszcze zdąży naprawdę rozbłysnąć. A jednak Tarres nie tylko ją uniósł — on ją przejął i nadał jej własne brzmienie. Jego Hamlet jest impulsywny, gwałtowny, niepokorny. Nie szuka usprawiedliwienia dla swojego szaleństwa, nie dystansuje się od niego — raczej wchodzi w nie z pełną świadomością ryzyka. To Hamlet naszych czasów: rozdarty między myślą a działaniem, świadomy dziedzictwa, które go przytłacza, ale zbyt inteligentny, by się mu bez reszty podporządkować. Nie jest to interpretacja „klasyczna” — i bardzo dobrze. Hamlet Tarresa to młody człowiek, który pytania zadane przez Szekspira przekłada na własny, cielesny i emocjonalny język.
Ale Tarres to nie tylko teatr. Film „Piep*zyć Mickiewicza”, dostępny na Netfliksie, pokazał jego zupełnie inną stronę — bardziej minimalistyczną, ekranową. Kamera lubi jego twarz, ale jeszcze bardziej lubi napięcie, które w nim drzemie. Jego postać nie musi krzyczeć ani gestykulować, by wzbudzać emocje. Film był bezczelną odpowiedzią młodego pokolenia na kanon romantyczny — z wszystkimi jego mitami, mesjanizmem i tragiczną powagą. Tarres, osadzony w tej narracji, nie grał rewolucjonisty – on był rewolucją. Bez deklamacji, bez retoryki. W milczeniu, spojrzeniach, niedopowiedzeniach. To, co w teatrze eksploduje, w filmie tylko się żarzy — ale siła rażenia bywa podobna.
Czy Tarres jest przyszłością polskiego teatru? Może. Ale przede wszystkim jest teraźniejszością, która domaga się zauważenia. To artysta, który nie szuka poklasku, ale konfrontacji — z tekstem, z widzem, z samym sobą. A jeśli na tym etapie drogi potrafi już tak wyraźnie zaznaczyć swoją obecność, to z niecierpliwością można czekać na jego kolejne wcielenia.
Na razie — wielka radość. A może nawet coś więcej: wielka nadzieja.
https://www.narodowy.pl/