Masłowska – Stuhr do przerwy 1:0

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Masłowska – Stuhr do przerwy 1:0

O spektaklu “Inni ludzie” wg Doroty Masłowskiej w reż. Macieja Stuhra w AST we Wrocławiu pisze Kamil Bujny.

Opublikowano: 2020-02-19
fot. Edgar de Poray

Dorota Masłowska powiedziała w jednym z wywiadów promujących „Innych ludzi”, że „prawdziwe życie jest w busie do Lublina”. Wydaje się, że Maciej Stuhr wziął sobie te słowa do serca, choć jego autobus, umieszczony w centralnej części sceny, wcale nie jedzie do stolicy województwa lubelskiego. Kręci się za to po Warszawie bez konkretnego celu – zupełnie tak, jak jego pasażerowie: mieszkańcy miasta stołecznego, Kamil, główny bohater, obcokrajowcy, a nawet sam Jezus Chrystus.

Wystawianie tekstów autorki „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” to zawsze duże wyzwanie: poetyka utworów Masłowskiej jest na tyle wyrazista, że niekiedy twórcom trudno się w niej odnaleźć. Maciejowi Stuhrowi, debiutującemu w roli reżysera, ta próba bez wątpienia się udała: na wrocławskich deskach Akademii Sztuk Teatralnych przygotował bowiem przedstawienie więcej niż interesujące, pełne werwy i przestrzeni, wierne tekstowi dzieła Masłowskiej, a przy tym osobne i niezależne.

„Inni ludzie” to studium samotności zarówno jednostki, jak i szerokiej (właściwie nieokreślonej) grupy społecznej, którą może być konkretna rodzina, miasto (w tym wypadku Warszawa) lub nawet naród. Stuhr dobrze sobie radzi w prowadzeniu opowieści opartej na tych dwóch perspektywach – indywidualnej i zbiorowej (czemu pomaga zaprojektowana przez Mateusza Stępniaka przestrzeń sceniczna, w której każda z postaci – poza głównym bohaterem – ma ściśle wydzielone miejsce). Losy Kamila stają się w tym spektaklu losami całego pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków, którzy miotają się między marzeniami a możliwościami – choć młody mężczyzna marzy o nagraniu płyty i uczciwym zarabianiu na muzyce, to cały czas pozostaje na marginesie społeczeństwa; bez pieniędzy i znajomości nie może bowiem zrealizować swoich ambicji. Co mu w tej sytuacji zostaje? Nielegalne interesy oraz bezradność, choć – zdawałoby się – żyje w mieście wielkich możliwości, jak mógłby głosić o Warszawie slogan marketingowy. Jednak nie jest przy tym tak, że posiadanie pieniędzy czy solidnego wykształcenia ułatwia życie – przykładem złudności tej tezy są losy nowobogackiej kochanki Kamila oraz współlokatorki jego dziewczyny. Wszyscy w tej opowieści, niezależnie od tego, czy mieszkają w peerelowskim, ciasnym mieszkaniu z matką i siostrą, czy w wielkim, świetnie urządzonym apartamencie, skazani są na porażkę – przez samotność i poczucie braku sensu, które staje się w „Innych ludziach” symbolem naszych czasów.

Zanim przejdziemy do oceny spektaklu, warto przywołać zabawną sytuację: wychodząc na antrakt, myślałem, że to koniec przedstawienia. W żadnym z materiałów prasowych, do których dotarłem przed premierą, nie zauważyłem informacji o tym, że pokaz składa się z dwóch części, a do tego mylące okazały się dla mnie dwie rzeczy: oklaski (krótkie, bo krótkie, ale jednak) i finałowa, dość spektakularna scena. Opuszczając salę, pomyślałem: „Masłowska – Stuhr 1:0”. Zacząłem wymieniać w głowie rzeczy, których zabrakło w adaptacji: psychologizacji postaci, ukazania dramatów poszczególnych bohaterów, portretu zbiorowego miasta oraz wyjścia poza tekst. Prędko się jednak okazało, że wszystko to, czego w moim mniemaniu prezentacji brakowało, znalazło miejsce (i to w jaki sposób!) w drugiej części. Stuhr skomponował bowiem swoją opowieść na zasadzie kontrastu: do przerwy widz prowadzony jest po sitcomowej, komediowej, zupełnie niezobowiązującej rzeczywistości, która może uchodzić za całkowicie niepolityczną i niezaangażowaną, daleką widzowi i światu, w którym żyje, jednak w drugiej części oglądający zostaje skonfrontowany z na tyle wyrazistym, przekonującym, współczesnym i wymownym obrazem, że nie może się od niego w żaden sposób zdystansować. Słowem: to, co do antraktu wyłącznie bawi, po przerwie boli i ciąży. U Masłowskiej, odnoszę wrażenie, akcenty rozkładały się zupełnie inaczej: poszczególne dramaty wydawały się „ciągłe”, a przedstawiona rzeczywistość dekonstruowała się już od pierwszych stron; Stuhr z kolei, choć fabularnie wiernie podąża za tekstem, pozwala widzowi najpierw wygodnie rozsiąść się w fotelu, popatrzeć na quasi-komediowy świat, pośmiać się z nieporadności językowej bohaterów (wszelkiego „dołonczania” oraz „włanczania”) i kuriozalnych, iście gombrowiczowskich sytuacji, w których muszą się odnaleźć (jak w scenie, gdy nauczycielka każe matce wyciągnąć z torebki prezerwatywę wypełnioną nasieniem), a dopiero potem uderza. Właśnie po przerwie dochodzi do intensyfikacji wrażeń, do nagromadzenia tragedii – wszystkie zdrady, nieudane związki, załamania psychiczne, które obserwujemy przez cały pokaz, a także skutki wykluczenia materialnego i społecznego pod koniec się niejako sumują, doprowadzając do całkowitego rozpadu zarówno relacji między bohaterami, jak i całego wykreowanego świata.

Spektakl Stuhra ma charakter quasi-musicalu: sporo w nim hip-hopowej muzyki i rapu. W roli Kamila, marzącego o wydaniu własnej płyty, fenomenalnie wypada Adam Rosa, który dobrze odnajduje się nie tylko w poetyce i stylu Masłowskiej (jak zresztą wszyscy aktorzy), ale także w samym rapie. Z dużym uznaniem słucha się partii muzycznych w jego wykonaniu: zarówno dykcyjnie i rytmicznie, jak i pod względem flow (tzw. nawijki) nie można mu niczego zarzucić. Świetna, przekonująca kreacja aktorska! Na tym poziomie widać zresztą dużą pracę ze wszystkimi wykonawcami – konwencja tekstu wymusza dostosowanie się do hip-hopowej rytmiki, co zarówno wokalnie (za co odpowiada Rafał Karasiewicz), jak i ruchowo (Bożena Klimczak) zostało bez wątpienia osiągnięte.

Wrocławscy „Inni ludzie” to przedstawienie zdecydowanie udane i dobrze przygotowane. Stuhr prowadzi opowieść w sposób nieoczywisty, niesztampowy, unikając przy tym pułapek, które czyhają na twórców przy wystawianiu Masłowskiej – mam na myśli automatyczne pójście m.in. w kicz, kamp czy przerysowanie. Reżyserii w tym spektaklu nie brakuje odwagi i pomysłowości, a aktorom lekkości oraz swobody w mierzeniu się z niełatwym tekstem. Słuszny wydaje się w związku z tym apel Magdy Piekarskiej, dziennikarki kulturalnej i krytyczki teatralnej, o to, by pokaz Akademii Sztuk Teatralnych zaadaptować na przykład na Scenę Ciśnień wrocławskiego Teatru Muzycznego Capitol. Szkoda, by tak ciekawa propozycja została szybko zdjęta z afisza.

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL