Nazywając Koriolana aktywistką, nie mam na myśli ikonografii czy stereotypów krążących wokół tej grupy osób. Zgodnie z etymologią przytoczonego słowa to właśnie aktywność definiuje dla mnie bohaterkę. Wbrew wszystkiemu i wszystkim czuć, że Koriolanowi naprawdę zależy.
Ubrana w bunt
Jadwiga Klata nie wyrzeka się nurtujących Koriolana wątpliwości, jednak ubiera ją w zupełnie inny kostium – uszyty z buntu przeciw zastanemu porządkowi. Dosłownie i w przenośni.
Bohaterka ma bowiem w sobie młodzieńczą energię, którą dzielnie niesie Alina Szczegielniak, budząc przy tym przestrach i empatię. Przed energią kroczą natomiast konkretne ideały, które manifestują się poprzez poruszającą piosenkę autorstwa Jessiego Wellesa – „War Isn’t Murder”. To jedyny tak bezpośredni środek, a zarazem esencjonalny dla zrozumienia charakteru postaci.
Bunt niesie za sobą także sam wygląd Koriolana – ciemny makijaż, czarna kurtka, szereg pasków i ciężkie glany. Bluzy okrywające plebejuszy czy obcisłe szaty matki i żony nie opowiadają o Rzymie, lecz o miejscu dużo bardziej surowym, wręcz postapokaliptycznym. Kostiumy i makijaż przywodzą na myśl film „Mad Max: Na drodze gniewu”. W połączeniu z oszczędną scenografią, złożoną głównie z krat i piachu, świat Szekspira wydaje się wyrwany szturmem z przegranej przyszłości, naznaczony nie tylko kryzysem wojennym, ale również klimatycznym.
Nauczona pokory
To, co wyróżnia „Koriolana” Jadwigi Klaty, to wyraźne uzupełnienie aktywności o pychę bohaterki. W połączeniu z młodzieńczą witalnością wybrzmiewa ona jeszcze mocniej na deskach teatru niż w samym tekście. Choć liderka chce walczyć, ma niezwykle krótki lont i nie szanuje ludu. Poprzez redukcję postaci wybrzmiewa to jeszcze silniej – kontakt z obywatelami staje się bezpośredni. Nie ma jątrzących patrycjuszy, butne słowa młodej wojowniczki są wypowiadane wprost do najuboższych. Kiedy ci odrzucają Koriolana, ta postanawia sprzymierzyć się z wrogiem i przeciwstawić się własnemu narodowi.
Porusza mnie, jak żywa chęć zmiany spotyka się z toporną retoryką, czy wręcz gniewem wobec ludzi, którzy nie rozumieją wrażliwości Koriolana. Dopóki młoda liderka nie nauczy się pokory wobec osób o innym statusie czy poglądach, jej słowa będą niczym ziarno rzucone na drogę. To czuć.
A może jeszcze bardziej podoba mi się Tomasz Wysocki w roli wspomnianego już wroga – Aufidiusza. Korzystając ze swojego niskiego głosu, stanowczej postawy i ojcowskiego spokoju, wygląda jak jeden z Harkonnenów w najnowszych adaptacjach „Diuny”. Prezentuje się jako wiarygodny obraz prostej siły, która nęci wszystkich gotowych wyrzec się wymagających ideałów. W połączeniu z bardzo dobrą selekcją wypowiadanych kwestii postać Aufidiusza budzi grozę.
Gdybym miał porównać „Koriolana” z innym spektaklem, wskazałbym na „Antygonę” w reżyserii Jakuba Roszkowskiego – oba przedstawienia wychodzą z podobnego punktu. Łączy je nie tylko estetyka, lecz także tematyka. Klata nie dopisuje jednak protagonistce nowych kwestii; zamiast tego filtruje istniejący tekst przez własną, reżyserską wrażliwość. Nie mnoży klisz związanych z wojennym cierpieniem, lecz wydobywa konflikty obecne w portrecie liderki. Nie przytłacza słowem – przeciwnie, operuje nim oszczędnie i z namysłem.
„Koriolan” nie jest spektaklem aktywistycznym, lecz przedstawieniem o aktywizmie – takim, który nie tyle unieważnia idee, ile poddaje je próbie, domagając się od nich niezbędnej pokory. Mimo wpisanego w strukturę dramatu pesymizmu, inscenizacja Klaty – dzięki swojej dojrzałości formalnej i wyraźnemu nerwowi energii – pozostawia widza z poczuciem nieoczywistej nadziei. To propozycja co najmniej solidna, a zarazem debiut, który zdradza wyraźnie ukształtowaną świadomość teatralną i ambicje wykraczające poza poziom jedynie poprawnej realizacji.
Teatr Słowackiego