24 kwietnia swoje urodziny obchodzi Barbra Streisand – artystka, której obecność w historii teatru, filmu i muzyki wydaje się nie tyle oczywista, co wręcz konstytutywna dla współczesnej kultury popularnej. Są bowiem takie biografie, które nie wymagają uzasadnienia – one same są argumentem.
Pisząc te słowa, jestem w trakcie lektury jej monumentalnej biografii wydanej przez wydawnictwo Marginesy. Ponad dziewięćset stron życia, kariery, decyzji i konsekwencji. Na jej pełną recenzję przyjdzie jeszcze czas – to nie jest książka do szybkiego „zaliczenia”. To raczej materiał do powolnego zanurzania się w fenomen osobowości, która przez ponad sześć dekad konsekwentnie wymykała się definicjom.
Bo Streisand nigdy nie była tylko aktorką. Ani tylko wokalistką. Jej droga – od klubów nowojorskich, przez Broadway, aż po Hollywood – jest historią artystki totalnej, która nie godziła się na półśrodki. Kiedy debiutowała w musicalu „Funny Girl”, a później powtórzyła tę rolę na ekranie, nie tylko zdobyła Oscara – stworzyła wzorzec ekspresji, w którym technika staje się narzędziem emocji, a nie odwrotnie. Teatralność jej środków nigdy nie była przerysowaniem – była świadomym wyborem.
Szczególnie fascynujące jest to, jak Streisand przenosi sceniczne doświadczenie w przestrzeń filmu. W jej aktorstwie nie ma lęku przed „nadmiarem” – jest za to precyzja, która pozwala ten nadmiar kontrolować. To umiejętność dziś rzadka.
Dlatego wracam nieustannie do „Narodziny gwiazdy”. Nie pamiętam, ile razy oglądałem ten film – i nie jestem pewien, czy chcę to wiedzieć. To jedno z tych dzieł, które z każdą projekcją odsłaniają coś nowego. Streisand jako Esther Hoffmann nie gra „drogi do sławy” – ona gra cenę, jaką się za nią płaci. Jej obecność ekranowa jest tu jednocześnie krucha i bezwzględna, intymna i monumentalna.
A przecież to tylko jeden z rozdziałów. Bo obok aktorstwa jest jeszcze reżyseria – choćby „Yentl”, film przełomowy nie tylko artystycznie, ale i symbolicznie. Streisand jako pierwsza kobieta nagrodzona Złotym Globem za reżyserię nie tyle otworzyła drzwi, co je wyważyła. I zrobiła to po swojemu – bez oglądania się na oczekiwania.
W świecie teatru muzycznego jej znaczenie jest równie fundamentalne. To ona udowodniła, że głos może być nie tylko perfekcyjny, ale przede wszystkim prawdziwy. Że interpretacja nie polega na „ładnym śpiewaniu”, lecz na opowiadaniu historii – nawet jeśli oznacza to ryzyko, pęknięcie, niedoskonałość.
Może dlatego jej sztuka wciąż działa. Bo nie jest zamknięta w epoce. Nie jest też nostalgicznym wspomnieniem „złotych czasów”. Jest żywa – tak jak żywe są emocje, które wywołuje.
Biografia, którą właśnie czytam, przypomina o tym z każdą kolejną stroną. Ale prawda jest taka, że nawet dziewięćset stron to za mało, by opowiedzieć fenomen Barbry Streisand w całości.
Na szczęście mamy jej głos. I filmy, do których się wraca.
Choćby po raz kolejny.
Wydawnictwo Marginesy