Jako redaktor naczelny portalu teatralnego siłą rzeczy widzę niemal wszystko, co pojawia się pod naszymi tekstami. Każdy komentarz, każdą uwagę, każdą emocję. I coraz częściej łapię się na tym, że zamiast cieszyć się z żywej dyskusji o teatrze, zastanawiam się nad czymś zupełnie innym: skąd w ludziach tyle potrzeby obrażania innych.
Nie chodzi o krytykę. Krytyka jest potrzebna – teatr bez sporu, bez różnicy zdań, bez gorących dyskusji właściwie nie istnieje. Publiczność ma pełne prawo nie lubić spektaklu, aktora, reżysera czy kierunku, w którym idzie jakiś teatr. Ma prawo powiedzieć, że coś było słabe, że rozczarowało, że nie spełniło oczekiwań. Problem zaczyna się gdzie indziej.
Problem zaczyna się w momencie, kiedy opinia przestaje być opinią, a staje się atakiem na człowieka.
Pod niemal każdym tekstem o aktorach czy twórcach pojawiają się komentarze, które z teatrem mają niewiele wspólnego. Ktoś jest „beznadziejny”, ktoś „powinien zniknąć ze sceny”, ktoś „nadaje się tylko do…”. Nierzadko dochodzą do tego wycieczki osobiste, oceny wyglądu, życia prywatnego czy poglądów. I wtedy zadaję sobie pytanie: po co?
Dlaczego tak łatwo przychodzi nam powiedzieć o kimś coś, czego nigdy nie powiedzielibyśmy mu w twarz? Czy to kwestia anonimowości? A może internetowej kultury, w której emocja zawsze wygrywa z refleksją?
Paradoks polega na tym, że teatr – przynajmniej w swoim założeniu – powinien być przestrzenią rozmowy. Miejscem spotkania różnych wrażliwości, poglądów i doświadczeń. Przestrzenią, w której nawet najostrzejszy spór pozostaje jednak sporem o idee, o sztukę, o sensy. Tymczasem w komentarzach coraz częściej zamiast rozmowy pojawia się zwykłe poniżanie drugiego człowieka.
Wielokrotnie zastanawiam się wtedy, co zrobić jako redaktor. Usunąć komentarz? Zostawić go w imię wolności słowa? Gdzie przebiega granica między krytyką a zwykłą agresją? To wcale nie są proste decyzje. Bo z jednej strony portal żyje dzięki czytelnikom i ich głosom. Z drugiej – trudno udawać, że słowa nie mają znaczenia.
Mam jednak coraz silniejsze przekonanie, że wolność wypowiedzi nie oznacza zgody na wszystko. Krytyka – tak. Ostra polemika – jak najbardziej. Ale zwykłe obrażanie ludzi nie wnosi nic do rozmowy o teatrze. Nie buduje żadnej refleksji, nie otwiera żadnej dyskusji.
Teatr tworzą ludzie. Aktorzy, reżyserzy, scenografowie, dramaturdzy. Można ich nie lubić, można ich podziwiać, można się z nimi nie zgadzać. Ale za każdym nazwiskiem stoi człowiek, który – tak jak każdy z nas – ma swoją wrażliwość, swoją pracę i swoją godność.
Być może problem polega też na czymś jeszcze – w internecie bardzo łatwo zapominamy, że po drugiej stronie ekranu jest drugi człowiek. Wystarczy kilka sekund, by napisać komentarz, który kogoś zrani. Znacznie trudniej zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, czy rzeczywiście chcemy w taki sposób rozmawiać.
Nie mam złudzeń – internet nigdy nie będzie miejscem całkowicie wolnym od agresji. Ale mam nadzieję, że może być miejscem bardziej odpowiedzialnej rozmowy. Takiej, w której można się spierać, nawet ostro, ale bez pogardy dla drugiego człowieka.
Może więc zamiast pytać tylko, jak walczyć z hejtem, warto zacząć od prostszego pytania: jak rozmawiać ze sobą w internecie tak, żeby ta rozmowa miała sens?
Bo teatr bez rozmowy istnieć nie może. Ale rozmowa bez szacunku bardzo szybko przestaje być rozmową.
Internet miał być przestrzenią wymiany myśli i opinii. I wciąż może nią być – także w rozmowie o teatrze. Warunek jest jeden: musimy pamiętać, że słowa mają znaczenie. Nawet – a może zwłaszcza – wtedy, gdy piszemy je w komentarzu pod czyimś tekstem.
PS: Najgorsze jest to, że czasami sami ludzie sztuki komentują złośliwie swoich kolegów z branży. To pokazuje, że problem hejtu nie ogranicza się do internetu ani do widzów – czasem przybiera formę wewnętrznej krytyki, która zamiast budować, dzieli i rani.