Cztery słonie, zielone słonie, czyli „Frankenstein” w Kielcach

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Cztery słonie, zielone słonie, czyli „Frankenstein” w Kielcach

O spektaklu „Frankenstein” Mary Shelley w adaptacji Huberta Sulimy i reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Żeromskiego w Kielcach pisze Anna Czajkowska. Spektakl  na podstawie „Frankensteina” Mary Shelley, w adaptacji Huberta Sulimy i w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego, którego premiera odbyła w kieleckim Teatrze Powszechnym im. Stefana Żeromskiego to próba oddania zarówno tragicznego żywota naukowca-filozofa Wiktora Frankensteina, ...
Opublikowano: 2022-11-01

O spektaklu „Frankenstein” Mary Shelley w adaptacji Huberta Sulimy i reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Żeromskiego w Kielcach pisze Anna Czajkowska.

Spektakl  na podstawie „Frankensteina” Mary Shelley, w adaptacji Huberta Sulimy i w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego, którego premiera odbyła w kieleckim Teatrze Powszechnym im. Stefana Żeromskiego to próba oddania zarówno tragicznego żywota naukowca-filozofa Wiktora Frankensteina,  jak i wątku biograficznego związanego z autorką powieści – kobietą niezwykłą, prekursorką gatunku science fiction. „Frankenstein”, gotycka powieść pełna emocji, zachęcająca do rozważań nad moralnością, psychologią, nawet futurologią, za sprawą przeróbek i adaptacji filmowych została zniekształcona lub mocno spłycona. I z pewnością trudno pokazać ją na scenie, nie tracąc nic z wieloznaczności i wymowności tekstu. Większość z nas nawet nie wie jaka jest fabuła pierwowzoru… . Jednak Hubert Sulima i Jędrzej Piaskowski, zafascynowani samą postacią autorki, inspirując się jej biografią oraz duchowym związkiem z matką, postanowili podjąć taką próbę.

Mary Shelley, urodzona w 1797 roku, była niezwykłą kobietą – wyzwoloną, świetnie wykształconą córką uchodzącej za jedną z pierwszych feministek intelektualistki Mary Wollstonecraft. Obie żyły w czasach trudnych dla kobiet, w dodatku Shelley musiała poradzić sobie z dziecięcą tragedią – matka zmarła, gdy ta miała ledwo dziesięć dni. Ale idee głoszone przez matkę (która w 1792  roku napisała szalenie postępowe „Wołanie o prawa kobiet”), jej walka o równouprawnienie kobiet, walka z uprzedzeniami, dyskryminacją, inteligencja i racjonalizm ukształtowały osobowość i poglądy córki. Ten wątek wart byłby szerszego rozwinięcia, jednak autorzy inscenizacji nie do końca wykorzystali potencjał w nim tkwiący. Pytanie, czy udało im się odnaleźć w „Frankensteinie” aktualne problemy i tematy, które się nie zestarzały?

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XVIII wieku, ale Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima przenoszą ją w czasy nam współczesne.  Na scenie aktorzy przedstawiają tragiczną historię naukowca-filozofa Wiktora Frankensteina, który siły swego umysłu przeznaczył na odnalezienie iskry, która pobudza martwe ciało do istnienia, ożywia tkankę. A wszystko zaczyna się całkiem niewinnie. Młodziutki Wiktor spokojnie wiedzie swe życie na wsi, u boku rodziców i kuzynki, aż do momentu, gdy w dniu urodzin braci bliźniaków tragicznie ginie jego matka – poraził ją prąd ze źle zabezpieczonego gniazdka. Ojciec, męczony wyrzutami sumienia, nie może pogodzić się ze śmiercią towarzyszki, szykuje dla niej grobowiec z piorunochronem, a synowi opowiada o wyładowaniach elektrycznych i ciekawych eksperymentach z wysokim napięciem. W końcu przychodzi pora na podjęcie studiów i głodny wiedzy chłopak wyjeżdża na uniwersytet, gdzie oddaje się studiom przyrodniczym, które pochłaniają go całkowicie. Od momentu pogrzebu matki, Wiktora fascynuje zagadka śmierci. W efekcie badań naukowych i eksperymentów odkrywa możliwość jej odwrócenia i przywracania życia zmarłym. Tworzy monstrum – pozornie podobne do człowieka, z inteligencją i wrażliwością, jednak straszliwie brzydkie, wręcz odrażające.  Wszyscy go odrzucają – boją się lub uciekają. Wykazujący ludzkie odruchy potwór, zagubiony w otaczającej rzeczywistości, stara się zdobyć współczucie i miłość ludzi (także samego Wiktora), a gdy ponosi porażkę, zaczyna się mścić za brak akceptacji. Osamotniony Frankenstein, opuszczony przez stwórcę, w imię zemsty podąża za nim i prześladuje go, niszcząc jego życie osobiste.

Początek spektaklu – zjawa czytająca list – wprowadza widza w atmosferę zjawisk nadprzyrodzonych, kontaktu ze światem zmarłych, ich energią i tym, co chcą nam (być może) przekazać. Ten poważny wstęp dużo obiecuje, ale akcja rozwija się bardzo powoli i niekonsekwentnie. „Odwołujemy się do nieracjonalności coraz częściej również dlatego, że widzimy granice racjonalności” – mówi reżyser Jędrzej Piaskowski. „Widzimy, że nie jest ona w stanie dać nam satysfakcjonujących odpowiedzi na to, co dzieje się wokół nas. To paradoks kryjący się w tym irracjonalnym zwrocie” – dodaje. Ale nie wzmacnia tego aspektu w spektaklu dostatecznie silnie. Długie sceny początkowo intrygują, jednak w końcu zaczynają nużyć. Pytanie, czy to wina oryginalnego tekstu, czy raczej reżyserii albo dramaturgii? Napięcie wciąż spada, a niespodzianki i nieoczekiwane paradoksy już nie zaskakują.

Znani mi z „Króla Mięsopusta” aktorzy włożyli mnóstwo pracy, cierpliwości i serca w przygotowanie spektaklu. Z przewrotnością i ironią, czasem z konieczną emfazą bądź ujmującą uczuciowością kreślą na kameralnej scenie sylwetki nietuzinkowych postaci, oddają zabawną ekstrawagancję bohaterów i ich oryginalność. Stworzenie ról charakterystycznych wymaga sporego dystansu, wyczucia konwencji i technicznej, aktorskiej sprawności – tej nie brakuje artystom. Mimo to psychologiczny wizerunek bohaterów, zależny od dramaturga i reżysera, nie przekonuje. Każdy z aktorów (oprócz Mateusza Bernacika w roli głównego bohatera, Wiktora) wciela się w różne postaci – a jest ich spory tłumek, choć wielu nie z tego świata i wszyscy radzą sobie z tą wielozadaniowością bardzo dobrze, z wyczuciem. Mateusz Bernacik jako Wiktor Frankenstein tworzy postać pełną niuansów, po ludzku targaną wątpliwościami, momentami tragiczną, choć z komediowym rysem. Czyni to konsekwentnie, z przyjemną dla oglądających naturalnością. Dawid Żłobiński, wcielając się w Stwora, gra nie tylko głosem, ale i ruchem ciała, gestem. Równie wprawnie radzi sobie z rolami Jacek Mąka jako trochę groteskowy Alfons Frankenstein, ojciec Wiktora i Williama, a potem Niewidomy. Beata Pszeniczna, czyli Karolina Frankenstein oraz Baronowa Barbara von Krüdener, przyciąga uwagę, a jako Mucha Stefania świetnie ożywia „cmentarną scenę”. Dagna Dywicka – Elżbieta Lavenza, kuzynka Frankensteinów i adoptowana siostra Wiktora oraz cudna Mucha Żaneta, bardzo dobrze czuje styl i rytm przedstawienia. Ewelina Gronowska, czyli Justyna Moritz, daleka krewna i podopieczna Frankensteinów, tworzy przejmującą, pełną wyrazu kreację, z kolei jej Mucha Agnieszka śmieszy do łez. Andrzej Plata – William Frankenstein i Mucha oraz Wojciech Niemczyk jako William Frankenstein, młodszy brat Wiktora, Feliks i Sędzia równo dotrzymują kroku pozostałym. Joanna Kasperek, choć w niewielkiej, ale znaczącej dla wymowy całości roli Mary Wollstonecraft, matki Mary Shelley, silnie zaznacza swą osobowość. Twórcy próbują – mniej lub bardziej udanie – bawić widzów czarnym humorem, błyskotliwym dowcipem, potem szybko wpadają w refleksyjny, poważny i skłaniający do myślenia ton. Zadziwia bogactwo i mieszanina pomysłów (na przykład scena z muchami jest znakomita), inspiracji, scenicznych sztuczek okraszonych zabawnymi wstawkami. Niestety, bywa to zwodnicze, wręcz chaotyczne, niezrozumiałe. Całość traci spójność, trochę nuży. I za mało w tym wszystkim zapowiadanej Mary Shelley… .

Scenografia i ruch sceniczny podkreślają klimat całości i uwspółcześniają adaptację. Na bogato i barwnie. Bez nachalności, ale z teatralnym urokiem uwypuklają tragizm zmieszany z groteskowością, czyniąc spektakl niezwykle widowiskowym, ale i trochę groteskowo-kabaretowym, jak chce reżyser. Patrząc na wady i zalety spektaklu, mam nadzieję, że twórcy, Jędrzej Piaskowski i dramaturg Hubert Sulima, oraz aktorzy kieleckiego teatru z nie byle jakim potencjałem zadziwią jeszcze publiczność. Czekam wobec tego na wspaniałe kreacje w niejednej doskonałej sztuce.

fot. Monika Stolarska

Kategorie:


Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL