Kiedy jakaś historia porusza nas do głębi, jej bohaterowie zostają z nami na dłużej. Utożsamiamy się z nimi, kibicujemy im i wyobrażamy sobie dalszą część ich historii. „Afterplay”, dramat Briana Friela, to właśnie wyobrażony dalszy ciąg historii dwóch postaci z dwóch największych sztuk Czechowa.
Sonię z „Wujaszka Wani” pamiętamy jako postać utrzymującą się gdzieś na krawędzi dramatu. Młoda córka profesora, zakochana w doktorze Astrowie – bez wzajemności i bez szans, niknąca przy pięknej Helenie. Budząca zawsze mnóstwo sympatii jako ta pracowita i moralna, szukająca odpowiedzi przede wszystkim w ciężkiej pracy.
Andriej z kolei wyrasta pośród swoich trzech sióstr, które wszelką nadzieję na lepsze życie pokładają w powrocie do ukochanej Moskwy. Jedyny z rodzeństwa ma jakiekolwiek szanse na to, żeby do Moskwy naprawdę pojechać, zostać profesorem i spełnić swoje aspiracje, a jednak tego nie robi. Jego apodyktyczna żona Natasza, a potem jego dzieci, stopniowo przejmują całe życie Andrieja i jego inteligenckiej rodziny.
To dwie drugoplanowe postaci, które jednocześnie łączy bardzo wiele, i jednocześnie są w pewnym sensie swoimi przeciwieństwami. Andriej miał możliwości, których nie wykorzystał, i przez to zmarnował swoje życie. Sonia z kolei była kobietą bez większych szans, która ciężko pracowała, a i tak nie udało jej się nic zmienić.
W „Afterplay” te dwie postaci, grane przez Monikę Krzywkowską i Mariusza Jakusa, spotykają się przypadkowo około dwudziestu lat po zakończeniu akcji swoich własnych dramatów. W Moskwie. W innych czasach, w innej rzeczywistości. Siadają przy wspólnym stoliku w kawiarni i piją herbatę. Rozmawiają o doktorze, o siostrach, o Nataszy, o swoich rodzinnych majątkach. Tak, jakby właściwie nic się nie zmieniło.
Scenografia i kostiumy Julii Skuratovej sprawiają, że Czechow wisi w powietrzu, a gęsta atmosfera bezruchu wypełnia scenę. Poza kawiarnianym stołem widzimy jeszcze jeden element: półkę z bibelotami – pamiątkami przeszłości, ale i symbolami życia, kolejnych jego etapów. Bujany konik, mewa, pociąg, wiklinowy fotel, parasolka. Wszystkie okazują się bardzo powoli, wręcz niezauważalnie przesuwać w trakcie przedstawienia. To subtelna metafora tego, że życie nie zmienia się nagle, tylko trwa i postępuje z każdą chwilą, co bardzo łatwo przegapić.
Nie należy się spodziewać mnogości środków ani zaskakujących zwrotów akcji. Można nawet spokojnie powiedzieć, że niewiele nas tutaj zaskoczy. I wydaje mi się, że twórcy nie mieliby wcale nic przeciwko takiemu stwierdzeniu. W spektaklu niewiele się wydarza. To opowieść o utknięciu, która sama momentami przynosi widzowi poczucie utknięcia.
Praca reżyserska Bogdana Michalika polega przede wszystkim na zbudowaniu wiarygodnej relacji między dwojgiem bohaterów. Jest ona krótka, ale za to prawdziwa – przez chwilę można odnieść wrażenie, że ta dwójka wreszcie znalazła kogoś, kto może dać im dokładnie to, czego potrzebują. Widzimy rodzajową scenkę: przypadkowe spotkanie, które może przynieść zmianę, lepsze jutro, odwrócenie kart.
Nie przynosi jednak niczego z tych rzeczy. Bohaterowie dalej tkwią w starych schematach. Nie potrafią wyrwać się z własnych narracji. Andriej nadal próbuje opowiedzieć siebie inaczej, niż wygląda jego życie, Sonia nadal pozostaje uwikłana w swoją przeszłość i uczucie do Astrowa. Dwadzieścia lat nie wystarczyło, żeby naprawdę zacząć od nowa. Niewykorzystane szanse, życie przeszłością, zmarnowane marzenia – to wszystko przewija się jak czechowowskie bibeloty. Powoli, prawie niezauważalnie.
Teatr Współczesny