Ale to on umiera, a nie ty

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Ale to on umiera, a nie ty

O spektaklu „Magnolia” w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym pisze Jarosław Klebaniuk.

Opublikowano: 2019-05-26
fot. Aleksandra Bydłowska

„Magnolia” ma szansę nie schodzić z afisza przez wiele lat. Została dobrze zagrana, okazała się niezwykle atrakcyjna wizualnie i akustycznie, a przy tym poruszyła ważne życiowe tematy: miłości, zdrady, poczucia winy, trudności w wybaczaniu.

W pierwszej scenie zobaczyliśmy wychodzące po kolei ponadludzkich rozmiarów żaby. Kumkały, skakały po scenie i poza nią, wchodziły ze sobą w interakcje, reagowały na zjawiska przyrody, a nawet na wielką czerwoną kartkę. Pojawianie się papierowego słońca, chmury, piorunu, deszczu, tęczy i roślin budziło wesołość na widowni, odpowiednie zaś reakcje wśród wielkich płazów. Gdy z nieba spadły trójwymiarowe owoce, spożywały je, gdy zaś spuszczona została gigantyczna czerwona kartka, zmartwiły się. Zastanawiałem się, jak sobie aktorzy poradzą bez słów, bez ludzkiej intonacji, bez wyrazów twarzy, a jedynie w groteskowych kostiumach i dzięki nadzwyczajnej fizycznej sprawności. Jednak nie doceniłem potęgi metamorfozy. Rozebrali się, by dalej ulegać przekształceniom. Niektórzy z czasem częściowo wrócili do swej żabiej postaci. Jeśli metaforycznie to odczytywać, wewnętrzne niedoskonałości objawiły się w nawrocie zewnętrznej brzydoty.

Całe przedstawienie uznać można jednak za piękne. Wymyślna, skomplikowana scenografia umożliwiła wprowadzanie konfiguracji aktorskich i snucie wątków bez przesuwania poszczególnych jej elementów. Jama na pierwszym planie pozwalała na migracje, zniknięcia i wyrzucenia postaci. Instrumenty muzyczne pozwoliły ujawnić się muzycznym talentom aktorów, duży podest eksponował interakcje między ojcem i córką, dziewczyną i kochankiem, zakłócającą porządek i aspirantem (nie chodzi tu o stopień policjanta, lecz o jego zamiary wobec zakłócającej; świetnie w tej roli wypadł Piotr Łukaszczyk). Mały podest pozwalał na wspinanie się i lubieżne zanęcanie coachingowych instruktaży przez Kota. Woda na scenie, a okresowo nawet prawdziwy deszcz przypominały o płazich początkach i destynacjach (coś jakby: „z żabu jesteś i w żab się obrócisz”). Śmiertelne łóżko stanowiło mementum śmierci, a przecież było też miejscem spóźnionego pojednania.

Kamerowanie na żywo, uzupełniane z rzadka o filmy z offu, zwielokrotniało obraz, który pojawiał się w zbliżeniach i z różnych perspektyw na wielkim ekranie i licznych monitorach. W dodatku postaci odbijały się na tworzących swego rodzaju lustra blaszanych czy foliowych powierzchniach z tyłu sceny. Wizualnie dawało to chwilami nawet efekt pewnego nadmiaru, który po przerwie nieco tylko ustąpił, bardziej nawet z uwagi na zmianę klimatu przedstawienia na nieco bardziej wyciszony i refleksyjny, niż za sprawą rezygnacji z technologicznych suplementów.

W warstwie fabularnej mieliśmy co najmniej dwie sekwencje: te opartą na rozliczeniu z życiem umierającego na raka Nestora Kroka i tę związaną z życiem prywatnym i zawodowym Szczepana Jaszczura. W tej pierwszej roli wystąpił odmieniony nie do poznania charakteryzacją, światłem i bezruchem, zazwyczaj obsadzany w rolach energicznych i demonicznych Maciej Tomaszewski (niejako zgodnie z tym naturalnym trybem ożył w jednej ze scen, zatańczył i zamelorecytował, by powrócić na łoże śmieci), w drugiej – znakomity w rolach pękniętych i niepięknych Wiesław Cichy. Nestor. Świetnie zagrane zostały wszystkie role kobiece, miło było zobaczyć Jerzego Senatora w roli eks-celebryty późno odkrywającego swoją seksualną tożsamość, dobrze wypadł grający zbuntowanego jedenastolatka Igor Mizgała. Od pozostałych wykonawców dostaliśmy również sporo solidnego aktorstwa, prawdziwie jednak zachwycić mógł wcielający się w mizoginicznego, seksistowskiego coacha Mateusz Łasowski. Jego Kot Kocur Kocurewicz wprawdzie Behemota z „Mistrza i Małgorzaty” kuzynem był bardzo odległym, jednak zarówno oddanie kocich ruchów, jak i dwoistej natury stojącego za zwierzęcą personą człowieka udało mu się znakomicie.

Zadanie aktorzy mieli trudne. Spektakl oscylował między brutalizmem podkreślanym dosadnym językiem i wtrętami nawiązującymi zapewne do anglojęzycznego oryginału Paula Thomasa Andersona, pastiszem czy wręcz parodią filmów (gesty aktorów przypominające slow motion), baśnią (scena z żabami), reportażem (wywiad z Kotem), surrealną makabreską (sceny z podziemi), a pewnie i innymi formami czy gatunkami. Te przeskoki łączyły się ze zmianami fabularnymi, choć zdarzały się i w obrębie scen. Wiele w tym było artystowskich popisów, które mogły się podobać lub nie, podobnie jak reżyserski (a zapewne i aktorski) humor. Nie zabrakło go w inscenizacjach, których kulminacją było wyzionięcie ducha przez Nestora –  z sykiem i erupcją pary. Nie zabrakło i w warstwie słownej, w której wyróżniał się teatralny autotematyzm. Jedna z wrocławskich aktorek tak rzekła do goszczącego na deskach WTW kolegi chwilowo grającego farmaceutę: „Kim ty w ogóle jesteś? Przychodzisz z innego teatru, coś tu sobie podgrywasz. A ja jestem cała szczera”, sam reżyser zaś w innej scenie został wymieniony jako ostatni w ciągu nazwisk zaczynającym się od Wajdy, z sugestią ze strony aktorów, że przerósł jego i następców. Innym razem humor miał charakter słowny taki jak w dialogu: „– Mam mdłości. Zalęgły mi się w brzuchu żaby. – Kumam”.

W dialogach między Klaudią i Januarym wprowadzony został także pokraczny język pseudourzędniczy, nie stroniący od szyku przestawnego i zaskakujących niezamierzonych niezręczności. Nawet to było zabawne, podobnie jak powtarzające się przesadne slapstickowe pantomimy niczym z gangsterskich filmów. Widać w tym było dużą świadomość formy, znajomość konwencji i nieskrępowaną zabawę nimi.

Eli „Magnolia” się nie podobała. Niemal nigdy nie różnimy się aż tak bardzo w swoich ocenach. Jej zdaniem niepotrzebnie mnożone były wątki, a mimo tego brakowało tempa, popisy wokalne były zbędne, podejmowane tematy zużyte, a całość mało odkrywcza. Aktorzy więc napracowali się na darmo, by wytworzyć rzecz za długą, nudną i banalną. Te niemal cztery godziny zdominowane były przez udrękę widoczną wręcz na jej twarzy. Dziwiłem się nieco, bo było to przecież całkiem niezłe przedstawienie. Jednak teatr znalazł w Eli nie lada krytyczkę. Nie dość że namiętna czytelniczka kryminałów, to jeszcze osoba zawodowo zajmująca się wysłuchiwaniem, analizowaniem i rozwiązywaniem spraw, o których w teatrze opowiada się oględnie i dyletancko, choć nie bez swady i polotu. Zdaniem Eli teatr się w ten sposób nieco kompromituje. Powinien się ogarnąć i zacząć drążyć, a nie powielać klisze.

A przecież to wymagania nierealistyczne i nadmierne. W końcu teatr nie jest od naprawiania świata, nie jest nawet, jak sądzę, od wyjaśniania zachowań czy podpowiadania, jak radzić sobie z patologią czy złem. Jest zaledwie, jak kombinuję myśląc o treści tych wszystkich gęstych artykułów z naukowych żurnali, próbą zasygnalizowania czy przypomnienia pewnych zjawisk, czasem nawet i nie nią, tylko zabawą formą, popisywaniem się pomysłami, sprawnością, sztuką. Dlaczego miałby zatem proponować cokolwiek, czego nie znałby z własnego doświadczenia lub o czym by skądinąd nie wiedział pięćdziesięcioparolatek? Może niech dla młodszych będzie źródłem wiedzy – choć oby tak ziluminowani nie zbłądzili – a dla starzejących się niech będzie tylko wysokiej klasy kuglarskim arcymistrzostwem, mistrzostwem, niech i klasą wojewódzką. Tyle jest gorszych przejawów tak zwanej twórczości artystycznej niż on, że naprawdę nie ma o co kruszyć kopii. A że cztery godziny to za długo dla widza w pewnym wieku? Niech robią półtoragodzinne esencje 50 plus. Wtedy pozostanie same najlepsze, a w każdym razie to, co reżyser za najlepsze uzna. Mistrz Krystian Lupa uda się na zasłużoną emeryturę.

Ale wróćmy do premiery. Uznając Eli zdanie odrębne, a nawet przyjmując pewne jej argumenty, sądzę, inaczej niż ona, że „Magnolia” ma szansę nie schodzić z afisza przez wiele lat. Według wspomnień moich z tego pierwszego wieczoru została dobrze zagrana, wizualnie i akustycznie była niezwykle atrakcyjna, a przy tym poruszyła ważne życiowe tematy: miłości, zdrady, poczucia winy, trudności w wybaczaniu. A żaby wielkie, kumkające, kryjące w sobie aktorów znanych i nieznanych pozostaną przeżyciem, jakie jedno jeno jedyne jest nam dane.


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL