Grzegorz Jarzyna zgubił się w Saragossie. Może nie przepadł z kretesem, ale w zasadzie — po co się w niej znalazł?
Nadszedł ten moment — a jak mogłem, odsuwałem go w czasie — by stwierdzić, iż nadzieje na to, że po latach kryzysu Grzegorz Jarzyna znów odnajdzie swoją drogę, uleciały i szybko nie wrócą. A ten kryzys trwa i trwa. Nie chcę przypominać tak kuriozalnych pomyłek jak Inni ludzie czy 2020: Burza. W każdym razie łączyło je jedno: Jarzyny miłość do multimediów, która niweczyła narracje.
A dziś Jarzyna już nawet nie wie, jaki teatr chce robić. Jego Rękopis znaleziony w Saragossie wygląda na wynik kompromisu — zarówno z samym sobą, jak i z wymogami stylu warszawskiego Teatru Polskiego. Nie chcę domniemywać, czy Andrzej Seweryn pomyślał, że nawet jeśli wystawia u niego Grzegorz Jarzyna, to i tak na scenie ma być przewidywalnie i bezpiecznie. Jarzyna, chcąc nie chcąc, sam daje dowody uległości. Można wręcz zakładać, że gdyby ulubiony reżyser Seweryna Jacques Lassalle nadal był z nami, powieść Potockiego zrealizowałby tak, jak dzisiaj Jarzyna. Byłby to teatr wizualnie ujmujący i opowiadany scena po scenie. Choć Lassalle pozostałby większym konserwatystą.
Jarzyna aż tak zachowawczy nie jest, więc pozwala sobie na ekstrawagancję z podporządkowaniem przygód Van Wordena (Wojciech Siwek) regułom gry RPG, w której protagonista musi sprostać zadaniom dyktowanym przez Gomelezów na czele z ich mistrzem (Andrzej Seweryn). Dawny ród jest też u Jarzyny czymś w rodzaju współczesnego rządu światowego — i akurat tu sprytny, polityczny zmysł reżysera się przydał, bo najbardziej udały mu się fragmenty, kiedy historyczna narracja zostaje wstrzymana, zaś aktorzy w garniturach schodzą się, aby omówić, czy ich bohater godnie wypełnia plan.
Ale jeśli Jarzyna w zapowiedziach jak mantrę powtarzał, że zależy mu na ukazaniu „człowieka, którego sensem życia jest poznanie świata i samego siebie”, to wybrana strategia okazuje się chybiona. Wojciech Siwek przytłoczony nadmiarem wyświetlanych symboli zachowuje się tak, jakby był tylko biernym obserwatorem zdarzeń. To w ogóle obsadowy błąd, gdyż potrzeba nieco aktorskiego doświadczenia, aby przez ponad trzy godziny przemierzać od punktu A do B i na koniec unaocznić przemianę protagonisty. Najwyraźniej dla Jarzyny ważne jest co innego. Jakieś ogólniki o duchowych potrzebach w fizykalnym świecie i scenograficzne obiekty co chwila, aż do znudzenia, spuszczane na sztankietach albo niewidocznych linkach. Z tym że w gruncie rzeczy to ograny fortel, za którego istnienie Jarzyna winien podziękować teatrowi dawnemu, który nieraz z pogardą atakował.
Bo ten Rękopis… to spektakl nie estetyzujący, jak niegdyś wspaniały T.E.O.R.E.M.A.T., w którym realnie padały pytania o duchową pustkę człowieka w XXI wieku i pozostawiały nas w grozie niedopowiedzenia. Nie, to spektakl przeestetyzowany. Atrakcyjny dla tych, którzy kochają błyski i czarodziejskie sztuczki.
Życzę Grzegorzowi Jarzynie, by nie tkwił na rozstaju.
Teatr Polski w Warszawie im. Arnolda Szyfmana