Ślady miłości

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Ślady miłości

O spektaklu „wszyscy skończymy jak frajerzy, czyli hymn wczesnego kapitalizmu” Serhija Żadana, w reżyserii Julii Nowak z Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, wystawionym na Scenie na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego, pisze Jarosław Klebaniuk.

Opublikowano: 2025-06-29
fot. WTW

Jeśli mielibyśmy zdefiniować treść przedstawienia według tekstu Sierhija Żadana to był to nieudany biznes i nieudana miłość. Dwie minifabuły się przeplatają, choć trudno tu o jakiś wyraźny punkt styczny. Nierentowny klub dla gejów, który dyrektor artystyczny próbuje ratować sięgając po dotacje z publicznych pieniędzy jest przedmiotem  inscenizacji gorzko-komicznej. Z kolei heteroseksualny związek, w którym wprowadzanie i wynoszenie, porządkowanie i niszczenie różnych przedmiotów zdaje się zastępować typową komunikację międzyludzką dostarcza materiału do poniekąd nieco głębszej refleksji nad niemożnością porozumienia pary, którą połączyła namiętność. Słabo się te wątki splatają i można odnieść wrażenie, że autorowi zabrakło pomysłu na to, jak te dwa źródła rozpaczy – biznes i miłość – połączyć w spójną opowieść.

Przedstawienie, podobnie jak sam tekst, było dosyć nierówne. Zdarzały się sceny dowcipne i mocne. Do tych Ela zaliczyła wyrzucenie (nieskuteczne, jak się okazało) dyrektora artystycznego, gdy zaproponował desperacką woltę w celu podreperowania finansów klubu. Chwilami jednak chaotyczny tekst znajdował odzwierciedlenie w chaotycznym dzianiu się na scenie. Trudno na przykład odgadnąć, jaką funkcję pełniła aluzja do zdarzeń z Gabinetu Owalnego sprzed niemal trzydziestu lat, z którą wiąże się jedno ze znaczeń przypisane wyrażeniu z tytułu tej recenzji. Towarzysząca temu brakowi porządku fabularnego zmienność jakości, konwencji (od komediowo-groteskowej, poprzez teatr tańca aż do dramatycznej) i dynamiki miała jednak tę zaletę, że utrzymywała uwagę widza. W tym sensie spektakl był interesujący. Część widowni, raczej ta młodsza, dała zresztą wyraz jego entuzjastycznego wręcz odbioru w czasie braw.

Jeśli chodzi o samą inscenizację, to minimalistyczna scenografia (papiery ponaklejane na ścianach, lustro, przenoszone krzesła) wraz z absurdalną garścią rekwizytów (nóż myśliwski „grany” przez pustą puszkę, popielniczka w kształcie Elvisa – przez świętą figurkę itd.) pozostawiła dużo przestrzeni dla intensywnego ruchu, popisów choreograficznych i wymyślnej gry ciałem. Pod tym względem piątka młodych aktorów dała prawdziwy popis umiejętności i fizycznej sprawności. Oryginalne wygibasy na podłodze, przekładanie się przez siebie, przenikanie i pozowanie w garści rzeczy osobistych przypominającej śmietnik – to było coś. Także wokalnie aktorzy poradzili sobie nieźle, zwłaszcza że grali bez wszechobecnych dziś w teatrze mikrofonów i niekiedy przekrzykując hałaśliwą muzykę czy siebie wzajemnie.

Klamrą tekstową dramatu była zasygnalizowana na początku, a na końcu rozwinięta w przestrzeń tuzina wagonów, opowieść o pociągu, do którego anonimowy bohater wsiadł w ostatniej chwili. Pretensjonalna ta relacja miała stanowić metaforę skazanej na porażkę próby przetrwania w biznesowych i miłosnych realiach „wczesnego kapitalizmu” na Wschodzie (Sierhij Żadan jest, jeśli wierzyć internetom, Ukraińcem). Nie wiadomo, którego tekstu adaptacją jest materiał o tytule „wszyscy skończymy jak frajerzy…”. Wydaje się, że ani tekst nie był specjalnie udany, ani tłumaczenie – doskonałe. Sformułowania: „to się robi personalne” (o związku seksualnym) czy „przestać produkcję” nie brzmią zbyt dobrze po polsku.

Powyższe napisawszy, należy oddać aktorom — z których część wcielała się w więcej niż jedną rolę (Oliwia Durczak nawet w co najmniej trzy) — że dobrze poradzili sobie z tym sztubackim tekstem. Może jego „młodość” i takież poczucie humoru korespondowały z ichnim; może czuli go bardziej niż starsza część widowni (choć to na naszą młodość, nie ich, przypadał ów „wczesny kapitalizm”). W każdym razie zagrali z zaangażowaniem, widocznym nawet w lekko transowym powtarzaniu niewielkich ruchów w statycznym preludium czy w powolnym opadaniu, siedząc. W niektórych momentach — jak choćby w euforycznym zastrzyku nadziei po sprowadzeniu do klubu popularnej artystki — ich energia aż rozsadzała scenę.

Jestem przekonany, że dobrego aktora można poznać nie po tym, czy nie położy znakomitej roli, ale po tym, czy potrafi tchnąć życie w mierny tekst. Nie chciałbym tu przywoływać anatomicznego szczegółu ze znanego w środowisku teatralnym porównania — wiemy, od czego jest aktor i jak co. W spektaklu wystawianym na deskach wrocławskiego Teatru Współczesnego w ramach VII Festiwalu Dramatu „Strefy kontaktu” sprawdziło się to znakomicie.

Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL