Co mi się podoba?

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Co mi się podoba?

O spektaklu “Wesele” S. Wyspiańskiego w reż. Wojciecha Kościelniaka w AST Wrocław pisze Kamil Bujny.

Opublikowano: 2020-11-13
fot. AST Wrocław

Czy idąc na „Wesele” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka do wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych, mogłem wiedzieć, że w trakcie oglądania spektaklu będę miał déjà vu z obejrzanego kilka dni wcześniej „Mocka. Czarnej burleski” z Teatru Muzycznego Capitol? Raczej nie, a tak właśnie było.

Bronowicka chata w przedstawieniu Kościelniaka zostaje przeniesiona do lat 50. XX wieku, a samo tytułowe wesele odbywa się w wiejskim domu kultury – dlatego też na scenie pojawiają się orkiestra i tabliczka informująca o zakazie robienia zdjęć, a nad gośćmi wiszą różne propagandowe szyldy, wśród których – zwłaszcza teraz, w trakcie protestów po wyroku upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego – uwagę zwraca przede wszystkim ten z napisem „Cała młodzież w szeregach służby polskiej”. Choć z początku wszystko wskazuje na to, że zarówno te hasła, czas akcji, jak i aktualny kontekst społeczno-polityczny posłużą reżyserowi do komentowania bieżących spraw, prędko okazuje się, że jego „Wesele” tylko z pozoru rości sobie takie ambicje – po jakimś czasie wspomniane tabliczki znikają, a wraz z nimi ulatuje cała polityczność prezentacji. W żadnym momencie spektaklu nie pojawia się myśl: „O, to o nas!”, choć właśnie w ten sposób na ogół postrzegamy dzieło Wyspiańskiego. Kościelniaka interesuje bowiem nie tyle diagnozowanie konkretnych wydarzeń czy analizowanie procesów zachodzących w naszym społeczeństwie, ile wikłanie widzów w ukazany w dramacie marazm, wzbudzanie w oglądającym poczucia winy i uświadamianie mu, jak łatwo odwrócić jego uwagę od tego, co naprawdę ważne. Robi to jednak z dala od publicystyki czy moralizatorstwa i nie odpowiada na pytanie Czepca: „Cóż tam, panie, w polityce?”.

O ile „Wesele” z wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych nie jest spektaklem jednoznacznie społecznie zaangażowanym, o tyle nie sposób powiedzieć, że zupełnie abstrahuje od jakiejkolwiek refleksji na temat wspólnoty. Zaskakująca dla tego przedstawienia jest jego formuła, a mianowicie musicalowe potraktowanie dzieła Wyspiańskiego, przerobienie niemal większości scen na sceny śpiewane, a także dopełnienie ich zespołowymi, widowiskowymi choreografiami, za które odpowiada Barbara Olech, co w wielu momentach pozwala zapomnieć, że oglądamy spektakl o dramacie narodowym. Z czasem dojmujące okazuje się poczucie uczestniczenia w stricte rozrywkowym musicalu, napisanym z broadwayowskim rozmachem, takim w stylu wrocławskiego Capitolu. Na tym poziomie Kościelniak problematyzuje inscenizację, uświadamiając widzowi, jak bardzo jest on podatny na pozorne, oczywiste piękno, jak niewiele mu trzeba, by zapomniał o wszystkim tym, co powszechnie przyjęte za ważne, a skupił się na własnych przyjemnościach – w tym wypadku wynikających z obserwacji dobrze poprowadzonych i zsynchronizowanych zespołowych choreografii, ze słuchania świetnie zaaranżowanych i zaśpiewanych piosenek. Choć oglądanie „Wesela” trudno oddzielić od świadomości jego najbardziej kanonicznych interpretacji, mówiących o uśpieniu polskiego społeczeństwa, o jego marazmie, więc jako odbiorcy powinniśmy być wyczuleni zwłaszcza na te intuicje, to mimo to reżyserowi udaje się publiczność ewidentnie uśpić, niejako wyłączyć z działania (czy raczej myślenia o działaniu). Kościelniak, krótko mówiąc, zaplątuje oglądających w niewygodnie, jak się potem okaże, przyjemną estetykę musicalu, sprawiając, że zamiast przeżywać emocjonalnie kolejną niewykorzystaną szansę Polaków na zryw, pomstować na ich niezorganizowanie i niegotowość do walki, widz zatraca się w kontemplacji oczywistego piękna prezentacji, skupia się na precyzji układów tanecznych i ich efektowności. Tak jak miastowa inteligencja w dramacie jest pozornie zachwycona wsią oraz jej mieszkańcami, pozostając niezainteresowaną organizacją narodowego zrywu, tak odbiorca, ulegając widowiskowości pokazu, przestaje o potencjalnej walce myśleć. Nawet sam finał, ostatnia scena z jakże gorzkimi słowami o stracie złotego rogu i czapki z piór, ani nie smuci, ani nie irytuje – wręcz przeciwnie, zachwyca! I bynajmniej nie chodzi tu o jakieś niespotykane reżyserskie ujęcie czy wyprowadzenie z tekstu Wyspiańskiego nowych sensów. Kościelniak raczej niczego nie modyfikuje, a skupia się wyłącznie na przenoszeniu doświadczeń bohaterów przedstawienia na widzów – postaci są w symbolicznym marazmie, „jakieś ich chyciło spanie”, a oglądający wcale nie są od nich mądrzejsi: również gubią orientację, nie myślą o powadze prezentowanych wydarzeń i ich symbolicznym przesłaniu, a ulegają pięknu samej sceny. Zupełnie tak, jakby nie odsyłała do narodowego nieszczęścia, wielopokoleniowej traumy, a reprezentowała wyłącznie samą siebie – wypadkową śpiewu, muzyki, świateł i tańca.

Kluczowe dla oglądania dyplomowego „Wesela” są w związku z tym te momenty, gdy uświadamiamy sobie, że jesteśmy zniewalani przez pozorne piękno spektaklu. Owszem, można to spostrzeżenie traktować wyłącznie jako metakomentarz do potencjalnej recepcji przedstawienia, ale wydaje się, że pytanie o to, co może nam się podobać (i czy jest to na przykład akurat oglądany pokaz), ma w tym wypadku bardzo duży potencjał, także społeczny. Bo czy jako widz, mając nad głową prawdziwe propagandowe hasła PRL-owskich władz, które niestety nie wydają się dziś wyłącznie śladem przeszłości, mogę czerpać zupełnie niezobowiązującą i rozrywkową przyjemność z oglądania prezentacji o kolejnej niewykorzystanej szansie walki o wolność? Czy to w porządku? Czy stać nas na to jako społeczeństwo – pytam już teraz ahistorycznie, poza bieżącymi wydarzeniami – by zatracać się w estetyce i rozrywce, gdy trzeba dąć w róg, upominać się o swoje? Bo przecież nie tylko postaci „Wesela”, ale również wielu z nas tak właśnie czuje – że moment przebudzenia, zrywu jest cały czas przed nami. Na te pytania twórcy spektaklu nie próbują odpowiadać, sygnalizują jedynie ich znaczenie. Widz, wychodząc zadowolony z przedstawienia, myśląc o świetnej grze zespołowej, nucąc do melodii „Stary niedźwiedź mocno śpi” słowa „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór”, może nawet nie zdawać sobie sprawy z faktu, że je mu zadano. A przecież „Pieje kur; ha, pieje kur”, a przecież ostał nam się już ino sznur, ino sznur…

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL