Kupcie bułkę aktorowi z Wrocławia

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Kupcie bułkę aktorowi z Wrocławia

O spektaklu „Miłość do trzech pomarańczy” Teatru Animacji w Poznaniu, reż.Paweł Aigner, pisze Kamil Bujny.

Opublikowano: 2019-12-06
fot. Jakub Wittchen

W „Miłości do trzech pomarańczy” jest bardzo dużo dystansu i ironii. Co ważne, ironii wymierzonej nie tylko w samych twórców, w ich środowisko oraz miejsce, w którym żyją, lecz także w publiczność – w tym wypadku w dużej mierze festiwalową. Oglądający, zaśmiewając się w głos z wygłaszanych na scenie kąśliwych uwag wobec teatru instytucjonalnego, jego dyrekcji, polityki oraz porządku społecznego, wyśmiewa w gruncie rzeczy – świadomie lub nie – samego siebie. Bo jeżeli rzecz dzieje się „gdzieś w środkowej Europie”, gdzie polityczna opozycja nie ma prawa głosu, sądy można wygasić, sędziów – jeżeli rządzącym nie odpowiadają – można powymieniać, to nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest się u siebie.

Aigner sięgnął po charakterystyczną dla komedii dell’arte konwencję teatru w teatrze, co z jednej strony pozwala ciekawie ograć przedstawianą rzeczywistość (niby z dużym dystansem, swobodnie, a przy tym z wyraźną, poważną autorefleksją), a z drugiej – zabrać głos w dyskusji o kondycji, roli i znaczeniu teatru w dzisiejszym świecie. Widać przy tym, że aktorzy dobrze odnajdują się w tworzonej przez siebie sytuacji, bo nadrzędnym wrażeniem, które towarzyszy oglądaniu, jest poczucie spontaniczności i swobody – tak, jakby wszystko było całkowicie naturalne, jednorazowe, nie grane, tylko wymyślane, właśnie improwizowane. To przekonanie o niewymuszonym charakterze pokazu oraz o tym, że „Miłość do trzech pomarańczy” tworzy się na oczach widza, wpisuje się w inną intuicję dotyczącą recenzowanej prezentacji – wrażenie całkowitego braku nadęcia. Aktorzy, niejako kompromitując się na scenie (tzn. negując własne  znaczenie, dystansując się od ról i podkreślając sztuczność kreowanej rzeczywistości), stają się błaznami – dają znać widzowi, w których momentach można ich wyśmiać („Kupcie bułkę aktorowi z Wrocławia!”), co w ich pracy dalekie jest od wyobrażonego, być może nawet nierealnego etosu (artysty, twórcy,dyrektora…), co w teatrze – jako w instytucji i społeczności – szwankuje i pozostaje powierzchowne. Dzięki takiemu podejściu oraz za sprawą eksponowania umowności w relacjach między poszczególnymi płaszczyznami spektaklu widz przez cały czas jest błyskotliwie zabawiany – może wygodnie rozsiąść się w fotelu, rozpiąć w koszuli dwa górne guziki i oddać się rozrywkowemu oglądaniu. Bez żadnych pretensji, zobowiązań, niezależnie od wieku.

„Miłość do trzech pomarańczy” zachwyca przede wszystkim pracą zespołową i utrzymaniem stałego, szybkiego tempa: na scenie bardzo wiele się dzieje, aktorzy pozostają ciągle w ruchu, wchodzą w rozmaite relacje i zależności, a mimo to nie widać w ich grze żadnego spadku energii czy po prostu zmęczenia. Choć przedstawienie trwa niemal dwie godziny, przez cały ten czas operuje przesadą, groteską i przejaskrawieniem, to nie można powiedzieć, że spektakl w pewnym momencie okazuje się za „ciężki”, za bardzo męczący. Nie, nie. Widz skupia się na aktorach (zarówno na zespole, jak i na poszczególnych osobach) – to oni przykuwają jego uwagę, potrafiąc wysunąć się na pierwszy plan, co – trzeba podkreślić – wydaje się w tym wypadku nie lada wyczynem. Gdy wszystko na scenie okazuje się osobliwe, niezwykłe i ukazane z naddatkiem, trudno na dłużej przebić się do świadomości oglądającego. A w przedstawieniu Teatru Animacji udaje się to bez problemu. Co więcej, nie jednej postaci czy dwóm postaciom, tylko całemu zespołowi – każda z kreacji wydaje się odrębna, osobna, możliwa do zapamiętania.

Nie byłoby takiego efektu, gdyby nie bardzo dobre tłumaczenie dzieła Carla Gozziego autorstwa Joanny Walter. W „Miłości do trzech pomarańczy” pojawia się mnogość odniesień, odsyłaczy i kontekstów (jakby w myśl tego, co poststrukturaliści – na czele z Rolandem Barthes’em – sądzili o tekście: jako o poziomo zorientowanej, ciągłej, nieskończonej sieci zależności). Język tego spektaklu zasysa inne języki i dyskursy: polityki, ulicy, środowiska teatralnego, popkultury, mediów czy poezji. Quasi-diva, jedna z bohaterek, zaczyna w pewnym momencie w sposób egzaltowany recytować „Kamień”, wiersz Wisławy Szymborskiej. Wypowiada zaledwie dwa lub trzy wersy, a my, widzowie, wiemy już o niej wszystko – nie tylko za sprawą sposobu mówienia, ale także doboru repertuaru do oratorskich popisów. Twórcy dowartościowują bowiem w omawianym pokazie tekst, słowo mówione, wychodząc z założenia, że postaci funkcjonują w języku – to między innymi on umożliwia autokreację (przywołując na przykład wszystkie sytuacje i skojarzenia, jakie stoją za danym cytatem czy dyskursem w danej społeczności), choć trzyma przy tym postaci na uwięzi wywołanych wyobrażeń i oczekiwań. Ale nie bez powodu – oglądając spektakl Aignera, nie sposób uciec od refleksji nad różnymi łatkami, stereotypami i utartymi przekonaniami.

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL