Włoskie wakacje kojarzą się zazwyczaj z szumem fal, plażą, słońcem i niespieszną kawą na piazza, z widokiem na palazzo i chiesa. Kiedy jednak planowałam mój urlop w Rimini, nie spodziewałam się, że jego absolutnym punktem kulminacyjnym stanie się wieczór spędzony w Teatro Amintore Galli. Odkryłam tu prawdziwą magię, począwszy od zakupu biletu, który okazał się ostatnim dostępnym w tym sezonie. Tak trafiłam na górny balkon. Oglądanie „La traviaty” Giuseppe Verdiego w miejscu o tak bogatej historii, a zarazem w trudnym dla mnie czasie po stracie bliskiej osoby, było wzruszającym przeżyciem.
Arcydzieło Verdiego oglądałam już po raz kolejny, ale te okoliczności były niezwykłe.
Na najwyższym balkonie
Zanim wybrzmiały pierwsze nuty uwertury, zachwycałam się samym Teatro Galli, który jest architektonicznym cudem. Budynek, zniszczony podczas II wojny światowej, przez dziesięciolecia pozostawał ruiną. Jego uroczyste otwarcie po rekonstrukcji nastąpiło dopiero w 2018 roku.
Stałam na najwyższej kondygnacji, powyżej klasycznych lóż, podziwiając tę niezwykłą budowlę, zrekonstruowaną zgodnie z XIX-wiecznymi planami Luigiego Polettiego. Złocenia, czerwone pluszowe fotele, marmurowe hole i schody oraz potężny żyrandol sprawiają, że człowiek sam stara się wyglądać stosownie do sytuacji. W takiej świątyni sztuki najwyższych lotów chce się zadbać również o własny strój.
Oglądanie opery we Włoszech, a zwłaszcza nieśmiertelnego dzieła z muzyką Giuseppe Verdiego i librettem Francesca Marii Piavego, ma zupełnie inną wagę niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Tutaj opera jest częścią powszechnej kultury, a jej znaczenie wykracza daleko poza elitarną rozrywkę dla wybranych. To coś, co Włosi mają we krwi.
Cała sala śpiewa Verdiego
Spektakl w Teatro Galli zachwycił mnie skromną scenografią i szacunkiem do tradycji. Reżyser Andrea Bernard, scenograf Alberto Beltrame i projektantka kostiumów Elena Beccaro stworzyli nieco uwspółcześniony, pociągający świat, który oświetlił Marco Alba. Violetta, ubrana w zwiewną, jasną suknię, była delikatna, a zarazem walczyła ze społeczną hipokryzją i moralizmem. Wytworni panowie nosili eleganckie garnitury, dopełnione modnymi szalami lub krawatami. Scena stawała się wielką salą z zastawionym stołem pokrytym czerwonym obrusem albo sypialnią Violetty, z łóżkiem zasłanym białym prześcieradłem.
Muzyka pod batutą maestra Jacopa Brusy była znakomita. Tragiczna historia Violetty Valéry i Alfreda poruszała wszystkich do głębi dzięki wspaniałym muzykom Orchestra Filarmonica Italiana oraz potężnemu brzmieniu Coro Colsper pod dyrekcją Andrei Bianchiego. Cała sala śpiewała i kołysała się podczas słynnego „Brindisi”. Dramatyczną historię znamy doskonale dzięki wielokrotnym ekranizacjom „Damy kameliowej”, a tekst libretta wyświetlany ponad sceną pomagał w rozumieniu i we wspólnym śpiewie. Wszyscy też chcieliby być zawsze wolni, jak w „Sempre libera”.
Obsada solistów była bardzo dobra. Elisa Verzier jako Violetta wzruszała dramatyzmem i sceniczną delikatnością, a towarzyszący jej Matteo Falcier w roli Alfreda Germonta stworzył postać pełną pasji. Upokorzenie Violetty przez Alfreda było sceną rozdzierającą serce. Arie i concertato zabrzmiały znakomicie.
Ogromne wrażenie wywarł na mnie również Giuseppe Altomare jako Giorgio Germont, którego głęboki baryton znakomicie oddał surowość i późniejsze pęknięcie ojcowskiego serca. Co ciekawe, w obsadzie drugoplanowej pojawił się także polski akcent: Bronisława Sobierajska w roli wiernej Anniny. Była bardzo wzruszająca w swoim oddaniu, pełna miłości i przywiązania.
Po spektaklu na Piazza Cavour
Najbardziej uderzyła mnie jednak refleksja, która przyszła po finałowym, tragicznym akcie. Gdy Violetta umierała w ramionach Alfreda, w teatrze panowała absolutna, poruszająca cisza. A potem rozległy się niekończące się brawa. Wychodząc po spektaklu na oświetloną Piazza Cavour, gdzie wcześniej jadłam kolację, poczułam specyficzną wakacyjną melancholię. Życie toczy się dalej, ludzie się bawią, rozrabiają, następnego dnia demonstrują, kolejnego wstają rano do pracy. Świat się nie zatrzyma z powodu śmierci ukochanej osoby. Tylko pociągi we Włoszech stają w nieodpowiednim momencie.
Zrozumiałam, że Rimini, znane jako kurort z bezkresnymi plażami i nocnym życiem, jest również miastem o głębokiej historii i kulturze. W wielu miejscach przypominają o tym plakaty z napisem: „La cultura non serve a niente, ma le città cambiano solo grazie a lei”.
Ta podróż do Włoch dzięki wieczorowi w Teatro Galli stała się o wiele bogatsza. Spektakl przypomniał mi, że najwspanialsze wakacyjne wspomnienia to te, które dotykają naszych emocji i zostają w sercu na zawsze.
Jeśli kiedykolwiek będziecie w regionie Emilia-Romania, koniecznie kupcie bilet do Teatro Galli. To inwestycja w zachwyt, który nie mija wraz z końcem lata.
Alicja Wilson – absolwentka studiów humanistycznych. Od ponad 30 lat właścicielka szkoły językowej i biura tłumaczeń. Wcześniej publikowała artykuły w czasopismach branżowych, obecnie prowadzi blog. Podróżniczka, miłośniczka teatru, historii, dobrej literatury i wydarzeń muzycznych.