Pięćdziesiąt lat pracy artystycznej, dziesiątki znakomitych ról, liczne nagrody i poczucie humoru, które od lat jest jego znakiem rozpoznawczym. Zespół sosnowieckiego teatru przygotował dla niego niespodziankę, przyznając mu dożywotni tytuł „Dobra Teatralnego Niepodlegającego Zastąpieniu”. Aktor opowiada o swoich największych sukcesach, bolesnych porażkach, miłości do teatru i życiowej filozofii, którą zawdzięcza rodzicom. „Wolę powiedzieć, że jestem aktorem spełnionym. Zagrałem piękne role, a opinie publiczności, środowiska i otrzymane nagrody dają mi poczucie, że ta praca miała sens” – mówi.
Podczas przedstawienia „Lady Mayday” oklaski rozlegały się za każdym razem, gdy na scenie pojawiał się Wojciech Leśniak. Aktor, nieświadomy przygotowanej niespodzianki, nie bardzo rozumiał, skąd bierze się tak entuzjastyczne przyjęcie. Dopiero później okazało się, że tego wieczoru to właśnie on jest najważniejszym bohaterem.
Zespół teatru postanowił uczcić pięćdziesięciolecie jego pracy artystycznej w sposób, który doskonale odpowiada temperamentowi jubilata. Przygotowano specjalny „Akt Teatralny o uznaniu Wojciecha Leśniaka za Dobro Teatralne Niepodlegające Zastąpieniu”. Dokument, stylizowany na oficjalny akt prawny, zawierał uzasadnienie, pod którym zapewne podpisałaby się znaczna część sosnowieckiej publiczności.
„Wojciech Leśniak jest zjawiskiem teatralnym, którego nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Potrafi bowiem z równą skutecznością wywołać salwy śmiechu i absolutną ciszę na widowni” – zapisano w dokumencie.
Przyznany aktorowi tytuł ma charakter dożywotni i zachowuje ważność niezależnie od zmian dyrekcji, repertuaru, siedziby teatru czy obowiązujących mód artystycznych. Jest jednak pewien warunek. Paragraf czwarty dokumentu wyraźnie stwierdza, że wyróżnienie nie uprawnia jubilata do spoczęcia na laurach, rezygnacji z kolejnych ról ani zaprzestania pisania słynnych kabaretów popremierowych.
Ten ostatni zapis ma szczególne znaczenie. Kto zna Wojciecha Leśniaka, ten wie, że jego kabarety stały się przez lata osobną częścią historii Teatru Zagłębia.
„W teatrze wolno ci wszystko. Jednej rzeczy nie wolno — nie wolno ci się dziwić”
Wojciech Leśniak należy do aktorów, których biografia jest nierozerwalnie związana z teatrem. Wychował się w rodzinie aktorskiej, a pierwszych lekcji zawodu udzielali mu rodzice. Jak opowiadał w niedawnej rozmowie z Teatrem dla Wszystkich, ojciec przekazał mu dwie rady, które zapamiętał na całe życie.
– Kiedy skończyłem szkołę teatralną, tatuś uznał, że powinien przekazać mi kilka rad na zawodowe życie. Pierwsza brzmiała: „Pamiętaj, synku, w teatrze wolno ci wszystko. Jednej rzeczy nie wolno — nie wolno ci się dziwić”. Przyznam szczerze, że akurat tej rady nie posłuchałem. Do dziś nieustannie się dziwię! Druga rada dotyczyła nagród. Tatuś mówił: „Synku, jeśli Bóg da i dostaniesz jakąkolwiek nagrodę, ciesz się. Ale tylko tego dnia. Następnego dnia wracasz do normalnej pracy”. I tej zasady przestrzegam przez całe życie.
W tych słowach zawiera się wiele z zawodowej postawy Leśniaka. Przez pięćdziesiąt lat zdobywał nagrody za role dramatyczne i komediowe, występował w repertuarze klasycznym i współczesnym, reżyserował farsy i komedie. Nigdy nie chciał zostać przypisany do jednego rodzaju aktorstwa.
– Zawsze starałem się też, żeby mnie nie zaszufladkowano. Kiedy dostawałem nagrodę za rolę komediową, marzyłem o wyróżnieniu za dramat. Kiedy udało się w dramacie, chciałem sprawdzić się w farsie. I tak się składało, że te marzenia się spełniały.
W rozmowie aktor przyznał również, że jego poczucie humoru jest sposobem radzenia sobie z codziennością.
– Życie bywa przecież tak smutne, że czasem wolę sięgnąć po książkę, niż słuchać kolejnych wiadomości. Gdyby jeszcze zabrakło mi poczucia humoru i dystansu do samego siebie, byłoby naprawdę ciężko.
Od „Mazepy” do Hamleta. Historia aktora, który chciał odejść z zawodu
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie Teatr Zagłębia bez Wojciecha Leśniaka. Tymczasem jego początki na sosnowieckiej scenie były wyjątkowo trudne. Aktor przyjechał z Bielska, gdzie miał już za sobą ważne role i dobre doświadczenia zawodowe. Dyrektor Jan Klemens zaproponował mu tytułową rolę w „Mazepie” Juliusza Słowackiego. Leśniak potraktował tę propozycję jako wielką szansę.
Skończyło się bolesnym rozczarowaniem.
– Pierwsza rola w Teatrze Zagłębia była moją potworną porażką. Do dziś o niej pamiętam. Przyszedłem tutaj z Bielska, gdzie świetnie mi się pracowało i grałem duże role. Dyrektor Jan Klemens zaufał mi, angażując mnie do teatru, a potem zaproponował mi tytułową rolę w „Mazepie” Słowackiego. Klasyka, romantyzm! Myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. I niestety – mówiąc wprost – dałem ciała. Nie zrozumiałem roli. Byłem za młody.
Porażkę przeżył tak mocno, że postanowił przerwać karierę. Miał zawód technika mechanika i poważnie rozważał powrót do warsztatu. Poszedł do dyrektora, przeprosił za nieudany występ i poprosił o rok lub dwa przerwy od aktorstwa.
Odpowiedź Klemensa zapamiętał na zawsze.
– Klemens mnie objął – do dziś pamiętam ten gest – i powiedział: „Wiesz, Wojtuś, role są między innymi po to, żeby je kłaść”. To było coś niebywałego. Każdemu aktorowi życzyłbym takiego zawodowego ojca. Nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby wtedy odpowiedział: „Dobrze, idź, odpocznij, wróć do warsztatu”. A jednak zostałem. Dzięki niemu.
Trudno o bardziej wymowną historię w kontekście jubileuszu artysty, który po pięćdziesięciu latach otrzymuje od własnego zespołu tytuł dobra teatralnego niepodlegającego zastąpieniu. Gdyby wówczas Jan Klemens przyjął rezygnację młodego aktora, historia sosnowieckiej sceny mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.
„Być albo nie być”. Monolog, który przyniósł mu międzynarodowe uznanie
Jednym z najważniejszych osiągnięć Leśniaka ostatnich lat pozostaje jego interpretacja słynnego monologu Hamleta w przedstawieniu wyreżyserowanym przez Jacka Jabrzyka. Podczas 30. Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku aktor otrzymał wyróżnienie międzynarodowego jury dziennikarzy i dziennikarek.
W uzasadnieniu napisano, że „w sezonie kilku «Hamletów» w polskich teatrach, sam nie grając Hamleta, wygłosił najsłynniejszy hamletowski monolog w sposób mistrzowski i niezwykle poruszający”.
Historia powstania tej sceny jest równie interesująca jak sam efekt. Leśniak początkowo w ogóle nie zakładał, że przypadnie mu wygłoszenie najsłynniejszych słów duńskiego księcia. Propozycja pojawiła się podczas próby.
– Na próbie reżyser, Jacek Jabrzyk, zapytał, czy ktokolwiek wyobraża sobie „Hamleta” bez tego monologu. Oczywiście wszyscy uznali, że nie. Zaczęła się rozmowa: kto miałby go powiedzieć, w jakiej konwencji? I wtedy padła propozycja jednego z kolegów: „A gdyby powiedział to Wojtek?”. Pomyślałem: „Ty draniu, chcesz starego zgreda wpuścić w kanał! Albo się nie nauczę, albo wszystko zepsuję!”. Reżyser zapytał, czy się podejmę. A ja, oczywiście, powiedziałem: „Jasne!”. Ambicja nie pozwoliła mi odmówić.
Przygotowania do tej sceny były wyjątkowo intensywne. Aktor wyjeżdżał na wieś, chodził po lesie i wielokrotnie powtarzał tekst Szekspira. Jak przyznaje, nigdy wcześniej nie poświęcił jednemu monologowi tyle pracy.
– Przysięgam, gdybym poświęcał każdej roli tyle czasu co temu monologowi, zostałbym chyba Alem Pacino! Jeździłem na moją ukochaną wieś, wychodziłem do lasu i powtarzałem go po sto, sto pięćdziesiąt razy dziennie. Krzyczałem te słowa między drzewami. I doszedłem do wniosku, że ten monolog faktycznie powinien mówić człowiek dojrzały, który już czegoś w życiu doświadczył.
Ostatecznie Leśniak zdecydował się na interpretację pozbawioną patosu. Usiadł na scenie i skierował słowa bezpośrednio do widzów. Monolog do dziś pozostaje dla niego jednym z najbardziej emocjonalnych doświadczeń aktorskich.
– Garderobiana, kiedy schodzę ze sceny, mówi mi: „Najpierw się uspokój, potem będę cię przebierać”. Bo w tym monologu jest wszystko: Bóg, życie, śmierć, człowiek. Wszystko.
Wyróżnienie przyznane w Gdańsku ma dla niego szczególną wartość. Choć zdobył wiele nagród, w tym liczne Złote Maski i wyróżnienia ministerialne, właśnie nagroda dziennikarzy za „Hamleta” zajmuje w jego dorobku osobne miejsce.
– W „Hamlecie”, poza monologiem, mam właściwie epizod, zaledwie dwie minuty. A za sam monolog dostałem tak piękną nagrodę! Co ważne, to międzynarodowy festiwal, a nagrodę przyznali mi dziennikarze. Nigdy nie byłem szczególnie blisko tego środowiska, dlatego tym bardziej było to dla mnie wzruszające.
„W farsie świadomie robisz z siebie idiotę”. Leśniak o trudnej sztuce rozśmieszania
Widzowie Teatru Zagłębia znają Leśniaka również z ról komediowych, między innymi w „Wojaku Szwejku”, „Kto puka?” i „Lady Mayday”. Jego sceniczny humor opiera się na doskonałym wyczuciu rytmu, precyzji i umiejętności budowania sytuacji. Sam aktor uważa, że komedia wymaga szczególnie dużej dyscypliny.
– Wyobraź sobie, że mówię monolog Hamleta i nagle zapominam tekstu. Zapada pauza. Można ją jakoś zagrać, wykorzystać. A teraz wyobraź sobie to samo w farsie. Zapominam tekstu na trzy, cztery, pięć sekund. Na scenie to cała wieczność! Widz natychmiast wie: „O, dziura! Zapomniał!”. Dlatego uważam, że farsa jest jedną z najtrudniejszych form aktorstwa.
Leśniak przekonuje, że aktor komediowy musi posiadać ogromną świadomość własnych środków i bezbłędnie panować nad scenicznym czasem.
– W dramacie można czasem widza oszukać. W farsie świadomie robisz z siebie idiotę i musisz jeszcze przekonać widza, że naprawdę nim jesteś. To piekielnie trudne. Dlatego twierdzę, że komedię i farsę gra się trudniej niż dramat.
Jego aktorstwo jest dobrym potwierdzeniem tej opinii. Leśniak potrafi przejść od groteski do powagi, od komediowej przesady do skupienia, które wymaga od widowni całkowitej ciszy. Właśnie tę wszechstronność docenili koledzy i koleżanki, przygotowując jubileuszowy dokument.
Kabarety, na które trzeba było zasłużyć
Osobny rozdział w historii Wojciecha Leśniaka zajmują kabarety popremierowe. Przez lata były jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń towarzyszących premierom Teatru Zagłębia. Kiedy kończyło się przedstawienie, a zespół spotykał się w teatralnym bufecie, Leśniak przedstawiał własny, rymowany komentarz do zakończonej właśnie pracy.
Opisywał atmosferę prób, zabawne sytuacje, przejęzyczenia i zdarzenia, które zwykle pozostają tajemnicą teatralnych kulis. Nie oszczędzał kolegów, a czasem również reżyserów.
– Pisałem rymowane kabarety. Doskonale wiem, jakie to były rymy, czasem na zasadzie „tu jest kołek, tam jest stołek”. Ale chodziło o coś więcej. Na końcu scenariusza zostawiałem zawsze czystą kartkę i notowałem wszystko, co warte zapamiętania. Chciałem zapisywać historię powstawania przedstawienia, wyłapywać zabawne sytuacje, przejęzyczenia, czasem komuś delikatnie wbić szpilkę. To także dokumentacja teatralnego życia.
Popularność tych występów wykraczała poza sam zespół. Zdarzało się, że widzowie, którym nie udało się zdobyć biletu na premierę, przychodzili później do teatru specjalnie po to, aby posłuchać Leśniaka.
– Bywali widzowie, którzy przychodzili specjalnie na te kabarety. Nie mogli dostać biletu na premierę, więc czekali, aż spektakl się skończy i schodzili do bufetu. Zdarzało się, że ludzie stali na korytarzu i wołali: „Wojtek, głośniej!”.
Aktor wspomina również, że jego kabaretowe teksty miały własną, niepisaną hierarchię. Obecność w nich była rodzajem wyróżnienia.
– Zawsze mówiłem, że na kabaret trzeba sobie zasłużyć. Jeśli polubiłem reżysera i uznałem, że warto o nim napisać, pisałem. A jeśli nie — pomijałem go. Dwóch reżyserów zrobiło mi nawet awanturę, że nie znaleźli się w kabarecie!
Z dzisiejszej perspektywy teksty te mają szczególną wartość dokumentacyjną. Są zapisem życia teatru widzianego od środka, relacji między artystami i atmosfery pracy nad przedstawieniami. Dyrekcja proponowała kiedyś ich wydanie, jednak Leśniak nie zdecydował się na publikację. Uważał, że powstawały przede wszystkim dla ludzi, którzy znali opisywane wydarzenia i rozumieli zawarte w nich aluzje.
Trudno się zatem dziwić, że zespół, przyznając mu dożywotni tytuł dobra teatralnego, zadbał również o zabezpieczenie przyszłości kabaretów popremierowych.
Sukces, popularność i dystans do samego siebie
Wojciech Leśniak przez lata zdobywał popularność także poza sceną teatralną. Szczególne miejsce w jego wspomnieniach zajmuje telewizyjna „Sobota w Bytkowie”, która przyniosła mu ogromną rozpoznawalność w regionie.
– To był jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia zawodowego. Popularność przyniosła mi same sympatyczne, czasem zaskakujące sytuacje. Nie miałem z nią przykrych doświadczeń. Oczywiście sława potrafi człowiekowi uderzyć do głowy. Nie uległem jej, ale przyznaję z ręką na sercu: bardzo łaskotało to moje ego!
Jak wspominał, program osiągał oglądalność sięgającą nawet półtora miliona widzów. W Chorzowie, Siemianowicach czy Świętochłowicach zdarzało mu się przez półtorej godziny rozdawać autografy. Sympatia publiczności była ogromna również po zagłębiowskiej stronie Brynicy.
Pomimo sukcesów Leśniak zachował charakterystyczny dystans do własnej osoby. W rozmowie z Teatrem dla Wszystkich przywołał anegdotę z festiwalu, podczas którego główną nagrodę podzielono między niego i Henryka Talara.
– Obaj graliśmy szatanów i obaj byliśmy łysi. Rozmawialiśmy w garderobie, dlaczego akurat nas nagrodzono. A Talar na to: „Bo lubią łysych!”.
Takich historii Leśniak ma zapewne na kolejne pięćdziesiąt lat. Jego poczucie humoru pozwala mu zachować właściwe proporcje między scenicznym sukcesem a codziennością.
Teatr jest jego drugim życiem. Pierwszym pozostaje rodzina
Za sceniczną swobodą Wojciecha Leśniaka kryje się ogrom pracy. Aktor przyznaje, że przygotowywanie ról bywa zajęciem żmudnym, wymagającym cierpliwości i wielogodzinnego powtarzania tych samych scen.
– Dla mnie praca nie kończy się, kiedy wychodzę z teatru. Cały czas myślę o roli: może zagrać to inaczej, może spróbować czegoś nowego? Zdarza mi się rozważać to nawet podczas jazdy samochodem, czego nie powinienem robić. Teatr to moje drugie życie. Pierwszym zawsze jest rodzina.
To właśnie rodzina zajmuje szczególne miejsce w jego opowieściach. O rodzicach mówi z ogromną czułością, konsekwentnie używając określeń „tatuś” i „mamusia”. Wspomina dom pełen miłości, rodzinne święta i ojca, który potrafił zamienić zwyczajne wydarzenia w małe przedstawienia.
Dzisiaj własną przystań odnalazł na wsi, w domu otoczonym ogrodem i drzewami. To miejsce, w którym odpoczywa, pracuje fizycznie i uczy się tekstów. Jak sam przyznaje, właśnie tam najlepiej przygotowuje się do kolejnych scenicznych wyzwań.
– Mam tam około stu pięćdziesięciu, stu sześćdziesięciu drzew. Wśród nich odpoczywam. Mam swój kawałek ziemi, swoją stodołę. Pewnie ktoś pomyśli, że to wszystko dzięki pracy aktora, że zarobiłem na to na scenie. A psińco prawda! Wygrałem w totolotka!
Za wygrane pieniądze kupił zrujnowany dom, który przez kilkanaście lat remontował. Dzisiaj ma tam ogród, stodołę i miejsce, do którego zawsze chce wracać.
– Zapominam tam o wszystkich problemach. Kopię, nawożę, dbam o ziemię. Rano wstaję, zabieram pieska, po drodze zrywam gruszkę albo jabłko i idę do lasu ćwiczyć szare komórki. Deklamuję: „Być albo nie być…”.
Kiedy podczas rozmowy padło pytanie o ten niezwykły kontrast między życiem scenicznym a codzienną pracą w ogrodzie, odpowiedział krótko:
– To właśnie ten mój życiowy piorunochron.
Pięćdziesiąt lat, które stały się częścią historii teatru
Jubileusz Wojciecha Leśniaka był okazją do przypomnienia dorobku artysty, który przez dziesięciolecia współtworzył Teatr Zagłębia. Jego obecność na sosnowieckiej scenie obejmuje kolejne pokolenia aktorów, reżyserów i widzów. Zmieniały się dyrekcje, repertuar i teatralne mody, a Leśniak pozostawał jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów zespołu.
W niedawnej rozmowie przyznał, że przez pięćdziesiąt lat pracy spotkał zaledwie czterech reżyserów, z którymi osiągnął pełne artystyczne porozumienie. Właśnie z nimi odnosił największe sukcesy. Jest wymagający wobec siebie i swoich współpracowników, ceni przygotowanie, jasną koncepcję przedstawienia i możliwość twórczej rozmowy.
– Uważam, że można być trudnym artystą, ale pod jednym warunkiem: trzeba mieć argumenty. Jeśli ktoś jest naprawdę dobry w swoim zawodzie, jego wymagania mogą mieć sens. Najgorzej, gdy niewiele umie, a jest przy tym nieznośny.
W tych słowach słychać doświadczenie człowieka, który poznał teatr z wielu stron i dobrze wie, ile pracy kosztuje stworzenie wartościowego przedstawienia.
Pięćdziesiąt lat temu, po nieudanej roli w „Mazepie”, Wojciech Leśniak chciał zrezygnować z aktorstwa. Dzisiaj jego koledzy i koleżanki z Teatru Zagłębia uznali go za dobro teatralne niepodlegające zastąpieniu. Trudno o piękniejsze domknięcie tamtej historii.
Sam jubilat zapewne potraktuje to wyróżnienie zgodnie z radą swojego ojca: będzie się nim cieszył, a następnego dnia wróci do pracy. Tym bardziej że paragraf czwarty jubileuszowego aktu zobowiązuje go do kolejnych ról i kabaretów.
Teatr Zagłębia w Sosnowcu