Starość coraz częściej pojawia się na polskich scenach. Trudno się temu dziwić. Polska się starzeje, rodzi się coraz mniej dzieci, zmieniają się proporcje między pokoleniami, a demografowie od dawna ostrzegają przed depopulacją.
Teatr reaguje na tę zmianę. W poprzednim sezonie Michał Buszewicz przygotował „Dom niespokojnej starości”, o starzeniu opowiadała również „Empiria” Anny Ilczuk z Eweliną Żak. Kolejne przedstawienia przyglądają się ludziom, których przez lata kultura najchętniej obsadzała w rolach babć, dziadków, schorowanych rodziców albo osób powoli wycofujących się z życia. Tymczasem życie trwa. Razem z nim pozostają potrzeba bliskości, pożądanie, samotność i pragnienie, żeby mieć obok siebie drugiego człowieka.
Tym właśnie zajmuje się w łódzkim Teatrze Nowym „Niech żyje życie. Rapsodia” Przemysława Pilarskiego w reżyserii Tadeusza Kabicza.
W późnym wieku dochodzi doświadczenie, którego dwudziestolatek zazwyczaj jeszcze nie zna. Ktoś, z kim przeżyło się trzydzieści czy czterdzieści lat, umiera. Zostaje puste mieszkanie, wolne miejsce przy stole, cisza, której wcześniej nie było. Przyjaciele odchodzą, krąg znajomych się kurczy, a poznanie kogoś nowego wymaga coraz większej odwagi. W „Niech żyje życie” pojawia się choćby opowieść o wyjeździe do sanatorium do Buska-Zdroju z nadzieją, że może właśnie tam uda się jeszcze kogoś spotkać. Jest w niej coś bardzo prawdziwego. Po kilkudziesięciu latach życia człowiek przychodzi do nowej relacji ze swoją historią, z przyzwyczajeniami, pamięcią poprzednich związków, ze stratami i z lękiem przed kolejnym rozczarowaniem.
Pilarski miał więc z czego budować. Tekst powstał z materiału zebranego podczas warsztatów dla seniorów „Miłość nie rdzewieje”, wykorzystuje ich realne historie i doświadczenia, sięga również do rozmów dotyczących bliskości i seksualności osób dojrzałych. Materiał dokumentalny daje przedstawieniu wiarygodność. Słychać w nim ludzi, ich język, wspomnienia, czasem dowcip, czasem wręcz skrępowanie. Problem zaczyna się później: kiedy wszystkie te historie trzeba przełożyć na język teatru.
Scenografia Mateusza Karolczuka wygląda jak salon wyjęty z pamięci. Są fotele, kredens, stara lampa z frędzlami, dzbanek, filiżanki, paprotki i kwiaty. Nad wszystkim góruje wahadło, konsekwentnie odmierzające czas. Symbol czytelny natychmiast. Czas płynie, jego zapas się kurczy, ale dopóki człowiek żyje, może jeszcze czegoś pragnąć. Ten obraz wystarczyłby właściwie jako rama dla opowieści.
Na scenie pojawiają się starsi aktorzy Nowego. I bardzo dobrze, że właśnie oni dostają te historie. Ich wiek, twarze, sposób poruszania się, głosy i sceniczne doświadczenie nadają wypowiadanym zdaniom ciężar, którego nie dałoby się przygotować za pomocą charakteryzacji. Aktorzy potrafią wykorzystać nawet krótką sytuację. Jest kilka momentów bardzo wdzięcznych, zwłaszcza kiedy przedstawienie pozwala sobie na humor. Zapamiętuje się scenę śpiewu i tańca, zabawę konwencją estradowego występu, pojedyncze wyznania. W takich chwilach spektakl na moment nabiera życia.
Tyle że tych momentów Kabicz nie układa w większą całość. Aktor wychodzi, mówi swoją partię, po chwili pojawia się następny. Jedno wspomnienie ustępuje miejsca kolejnemu, wypowiedź zostaje przecięta muzyką, później przychodzi piosenka albo krótki numer sceniczny. Następują po sobie kolejne epizody, ale ich następstwo niewiele zmienia. Można byłoby część z nich przestawić i konstrukcja przedstawienia właściwie pozostałaby taka sama. To już poważny problem dramaturgiczny.
Po kilkunastu minutach znamy zasadę, według której będzie przebiegał spektakl. Po kolejnych kilkudziesięciu nadal jesteśmy mniej więcej w tym samym miejscu. Historie mówią o potrzebie bliskości, o seksie, wspomnieniach, samotności, nowych związkach. Każda mogłaby otworzyć osobny świat. Kabicz zatrzymuje je wyłącznie na poziomie wypowiedzi.
Najbardziej dotkliwie czuje się brak reżyserii. Nie chodzi przecież o mnożenie scenicznych atrakcji. Reżyseria zaczyna się od decyzji: dlaczego ta scena znajduje się właśnie tutaj, dlaczego po niej następuje kolejna, co zmienia obecność następnej osoby, do czego prowadzi rytm całego przedstawienia. W „Niech żyje życie” takich decyzji zbyt często po prostu nie widać. Aktorzy zostają ze swoimi monologami, z własnym warsztatem i ze scenicznym temperamentem.
Szkoda, bo w materiale Pilarskiego tkwi kilka tematów znacznie ciekawszych od prostego stwierdzenia, że seniorzy także się zakochują.
Największy kłopot przychodzi pod koniec. Przedstawienie nie znajduje puenty, która zebrałaby wcześniejsze siedemdziesiąt minut. Kończy się raczej dlatego, że wykorzystano już przygotowane historie, niż dlatego, że opowieść dotarła do miejsca, do którego przez cały wieczór zmierzała.
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka