W krainie wiecznych prób
O spektaklu „Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty” w reż. Agaty Dudy-Gracz w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński.
fot. Joanna Siwiec
O spektaklu „Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty” w reż. Agaty Dudy-Gracz w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński.
fot. Joanna Siwiec
Agata Duda-Gracz domyka tryptyk Wyspiańskiego z prawdziwym przytupem. „Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty” to spektakl totalny w swojej formie, rozpiętości i mnogości podjętych wątków. Reżyserka wraz ze świetnie czującą jej vibe aktorską ekipą stworzyła teatralne, nienażarte monstrum, karmiące się emocjami widzów od pierwszej do ostatniej minuty.
Klimat początku XX wieku opanowuje każdy zakamarek budynku przy Placu Świętego Ducha. Widzowie zostają podzieleni na kilka grup. Każda z nich ma swojego opiekuna, który prowadzi ich przez kolejne sceny. Na korytarzu bierzemy udział w organizowanym przez Sufrażystkę (Natalia Strzelecka) wiecu poparcia dla ufundowania w Krakowie pierwszej szkoły pielęgniarskiej. Z kolei na teatralnej widowni jesteśmy świadkami scysji podczas trzeciej próby generalnej przed premierą „Wesela”.
Tu warto zatrzymać się na moment, bo w tej skądinąd świetnej scenie, jak w pigułce zawiera się to, co charakterystyczne nie tylko dla tego spektaklu, ale dla twórczości Agaty Dudy-Gracz w ogóle. Reżyserka ożywia swoje postacie w bardzo charakterystyczny sposób. Nie pozbawiając ich historycznego i kulturowego kontekstu, wtłacza w nie ogromną dawkę emocji, pełnokrwistości z domieszką groteski, tworząc bardzo współczesne, bliskie widzowi persony. Tym samym dochodzi do pewnego paradoksu, w którym historyczne postacie są jednocześnie ahistoryczne – czytaj: współczesne, nie tracąc jednocześnie swojego rodowodu i towarzyszących mu atrybutów. Gdyby określić jednym słowem kreacje aktorskie, sposób ich budowania w spektaklach Dudy-Gracz, najlepszym byłby palimpsest.
Oliwia Durczak jako Maria Przybyłko i Tomasz Wysocki jako Józef Popławski nie mają litości dla dyrektora Józefa Kotarbińskiego (Marcin Sianko). W pełnej humoru i ironii scenie jak w soczewce odbijają się nie tylko bolączki ówczesnych artystów, których wzdryga sama myśl zbrukania świątyni sztuki marną pisaniną na temat hołoty z Bronowic, ale przemyca się również pytanie o rolę teatru w ogóle. Jak wiadomo, Przybyłko rzeczywiście rzuciła rolę Panny Młodej, a zastąpiła ją Wanda Siemaszkowa. Czy dziś artystę stać na tego typu bezkompromisowość? A może wyciągając wnioski z historii (Przybyłko ostatecznie grała później tę rolę), warto zaryzykować reputację i otworzyć się na nieznane?
Gdy w salonie Stankiewiczów Franciszek Wyspiański (Krzysztof Wrona) szydzi z pochodzenia Jana Matejki (Wojciech Skibiński), Lucjana Rydla – ojca (Grzegorz Łukawski) i Aldony Mehofferowej (Dorota Godzic), wywyższając siebie jako Polaka, nie słyszymy nacjonalistycznego frustrata sprzed stu lat, ale radykalnych prawicowców mających dziś coraz większy poklask. Humorystyczna, interaktywna scena pozowania do „Hołdu pruskiego” zmusza do bardzo aktualnego pytania o godne wynagrodzenia nie tylko dla artysty, lecz także tych, którzy ciężko pracują na jego ostateczny sukces.
Co ważne, tego typu konteksty nie są narzucane, nie ma tu widocznych aluzji, rekwizytów czy scenograficznych chwytów, które miałyby nakierować widza na bardziej współczesne tropy. Aktywne uczestnictwo w samym środku wydarzeń, swoiste przeniesienie się w czasie, prowokuje do myślenia o teraźniejszości. Nie jest to też rekonstrukcja historyczna, bo scenariusz znają tylko aktorzy – reszta uczestników może zareagować w bardzo różny, nieprzewidywalny sposób.
Jednym z wybijających się wątków przedstawienia są kobiety na poszczególnych poziomach społecznej drabiny. Jedne walczą z systemem, inne na różny sposób starają się przetrwać na jego dnie, a kolejne świetnie odnajdują się na rautach i w towarzyskich plotkach. Los Hanki (Agnieszka Kościelniak) i Kobiety Zbytecznej, Służącej (Martyna Krzysztofik) jest zupełnie odmienny mimo tej samej społecznej warstwy. Pierwsza – przebojowa, sprząta w teatrze i marzy o zostaniu aktorką, druga z wyraźnymi śladami przemocy na twarzy przemyka niepostrzeżenie pomiędzy jaśniepaństwem. Salonową lwicą okazuje się Salomea Kruszelnicka (Maja Kleszcz), której popisy wokalne należą do najlepszych fragmentów spektaklu. Z kolei Dagny Przybyszewska (Dominika Kozłowska) to zabawka w rękach męża geniusza-tyrana (Bartosz Roch Nowicki). Znamienne, że norweską żonę autora „Dzieci szatana” gra niesłysząca aktorka, co nadaje niezwykłej, dodatkowej dramaturgii fragmentom, w których salonowe towarzystwo przedrzeźnia ją, zarzucając jej braki w posługiwaniu się polskim.
Smutna konstatacja: niezależność kobiet na początku XX wieku była przywilejem dla nielicznych. Mało tego, własna autonomia i tak bardzo często była warunkowana przez mężczyzn. Teodora Matejkowa (Lidia Bogaczówna), kobieta o silnym charakterze, niańcząca dość creepy syna Tadeusza (Wojciech Dolatowski), miała własne ambicje artystyczne (zachowały się jej rysunki), ale cóż z tego, kiedy Kraków podśmiewa się z niej, plotkując o romansie męża z jej siostrzenicą – uwiecznioną na „Kasztelance” Stanisławą Serafińską. Mężczyzna jako gwarant bytu – Paulina Wojnowska, jedna z najbardziej cenionych aktorek II połowy XIX wieku (w tej roli ponownie Martyna Krzysztofik) zaczepia mężczyzn z widowni w poszukiwaniu opiekuna, partnera, sponsora, co w zestawieniu z faktycznym dorobkiem krakowsko-lwowskiej artystki stawia ją na uwłaczającej pozycji.
Motyw artysty i jego powinności wobec społeczeństwa wybija się w drugiej, bardziej formalnej części przedstawienia Na początek prztyczek w nos przesądom – jeśli zwyczaj mówi o tym, by na scenie nie używać trumien, to w „Krakowie narodowej sztuce…” mamy cały dom pogrzebowy. Upiory z „Wesela” grają sen Stanisława Wyspiańskiego (Vitalik Havryla). Można powiedzieć, że druga część to swego rodzaju misterium metateatralności. To również moment na reżyserskie wariacje na temat. Obok głównej, trzypiętrowej konstrukcji spektaklu (aktorów grających aktorów grających postacie z „Wesela”) obserwujemy alternatywną wersję historii, w której Zosia Pietraszkiewiczówna (ponownie Oliwia Durczak) przyjmuje oświadczyny młodego Wyspiańskiego. Happy endu jednak nie będzie.]
Im bliżej finału, tym kotłowanina myśli (marzenia sennego) narasta. Fakty mieszają się z fikcją, Trupy wstają, piją, perorują i kładą się z powrotem. Krzysztof Głuchowski gra Tadeusza Pawlikowskiego (kolejne semantyczne piętra: dyrektor-aktor gra dyrektora nie-aktora). Nie bez powodu widma mają na scenie swoje pięć minut: są niejako u siebie, wszak Teatr Słowackiego stoi na miejscu dawnego zespołu klasztorno-szpitalnego, gdzie znajdował się również cmentarz.
Wszystko zebrane razem tworzy bardzo precyzyjnie zaprojektowany sceniczny chaos: sztuka, fikcja i fakty, literackie i historyczne postacie, upiory metaforyczne i całkiem dosłowne, zaczynają wirować, tańcząc zombie-poloneza, którego nie jest w stanie przerwać nawet Adolf Walewski (ponownie Wojciech Dolatowski), czyli reżyser prapremiery „Wesela”. Tu znowu furtki, wytrychy i konteksty: Witkacy, Kantor, może nawet Beksiński czy ojciec reżyserki. Plątanina myśli i wątków świetnie obrazuje pracujący na pełnych obrotach umysł artysty, który musi umieć odnaleźć się w gąszczu pomysłów.
Na osobny wątek zasługuje sposób, w jaki „Kraków narodowej sztuce…” jest zrealizowany. Zwłaszcza pierwsza część która dzieje się symultanicznie w kilku miejscach, wymaga od całego zespołu, nie tylko aktorskiego, zegarmistrzowskiej precyzji. Płynne przejścia między scenami, pokonywanie korytarzy, schodów i pięter, aby w odpowiednim momencie, w innym stroju, pod inną postacią pojawić się w kolejnym wątku opowieści, zasługują na uznanie. Jest też druga strona medalu takiej koncepcji: reżyserka, aby móc dobrze zazębić poszczególne sceny, niektóre z nich celowo wydłuża (zakrapiane spotkanie Przybyszewskiego i reszty kompanii), albo umieszcza w przedstawieniu na siłę (korytarzowe orędzie Franciszka Wyspiańskiego na temat miernoty twórczej jego syna). Tak czy inaczej spektakl jest produkcyjnym i logistycznym majstersztykiem.
Wydaje się, że trzecia część tryptyku Wyspiańskiego ostatecznie przegania młodopolskie demony dręczące Agatę Dudę-Gracz. Finalnie zamyka je w jednej z licznych trumien ustawionych na scenie. A może nie? Może życie i sztuka to ciągłe próby: kreacji, emancypacji, walki o siebie i z sobą? Nikt do końca tego nie wie i dzięki temu możemy cieszyć się takimi przedstawieniami.
„Porządki bez przerwy się mieszają i miksują, tworząc niemalże kipiącą magmę treści – od świętego Franciszka z Asyżu, Ojca Pio do wcześniej wspomnianej mitologii, a nawet tekstów filozoficznych Heideggera. Powstaje niejednorodna masa kontekstów poświęconych nadchodzącemu końcowi istnienia. Jednak mam pewne poczucie, że z tego mieszania i budowania nie wynika za dużo i cały dwugodzinny spektakl nie prowadzi widza do niczego konkretnego. Realnej treści dla mnie starcza tam na kwadrans […]”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.