Jedyna miłość, jaką znamy
Z Lukiem Percevalem rozmawia Przemysław Skrzydelski.
fot. Vladimir Lupovskoy
Z Lukiem Percevalem rozmawia Przemysław Skrzydelski.
fot. Vladimir Lupovskoy
Wiem, że to dla reżysera trudna sytuacja, kiedy ma opowiadać o spektaklu, który dopiero powstaje. Dlatego w naszej rozmowie przede wszystkim chciałbym poruszać sprawy uniwersalne. Na początek zapytam o coś, co wydaje mi się powracającym w ostatnich latach wątkiem w Pana teatrze – o temat rodziny. Oczywiście nie pojawia się on w każdym Pana przedstawieniu, bo choćby rok temu reżyserował Pan „Czekając na Godota”, tekst, który dotyka innej przestrzeni. Ale sprawa rodziny była niezwykle silnie obecna we wszystkich Pana spektaklach zrealizowanych w Polsce: w „3SIOSTRACH”, w „Pewnego długiego dnia” i „Seksie, hajsie i głodzie”. Wcześniej ukazywał Pan też rodzinę jako ofiarę polityki – i to w bardzo brutalnym wymiarze – mam na myśli „Red”, czyli trzecią część trylogii „All Sorrows of Belgium” („Cały smutek Belgii”), którą szczęśliwie mogliśmy obejrzeć na festiwalu Malta cztery lata temu. A teraz, przy „Orestei” w Teatrze Narodowym, problem rodziny jest tym kluczowym zagadnieniem?
Powiedziałbym: i tak, i nie. Tak, ponieważ stwierdzenie, że rodzina jest fundamentem naszego społeczeństwa i naszej kultury, brzmi już jak banał. Teatr jednak potrzebuje czegoś, co jest rozpoznawalne i czytelne, a wszyscy wiemy, co znaczy mieć rodzinę albo odczuwać jej brak. Wszyscy mamy ojca i matkę. W chwili, w której te słowa padają ze sceny, natychmiast odnosimy je do własnego doświadczenia. Powstaje bezpośrednie połączenie między widownią a teatrem. Dlatego lubię korzystać z rodziny jako pewnej archetypicznej formy.
Ale fascynuje mnie przede wszystkim to, że rodzina odsłania całkowicie sprzeczną naturę człowieka. Z jednej strony jest być może jedyną przestrzenią w życiu, w której istnieje bezwarunkowa miłość – matki czy ojca do dziecka, ale również dziecka do rodziców. Tam jednak, gdzie istnieje bezwarunkowa miłość, może się pojawić się bezwarunkowa, irracjonalna nienawiść. Te dwie siły zderzają się.
„Oresteja” Ajschylosa jest dla mnie opowieścią o bardzo głęboko zakorzenionej traumie. Opowiada przecież o dziecku złożonym w ofierze dla powodzenia wojny. Ale nie chodzi wyłącznie o nią. W poprzednich pokoleniach tej rodziny byli zabijani ojcowie i bracia. Powstaje więc pewnego rodzaju reakcja łańcuchowa, wynikająca z głęboko zranionej miłości.
Fascynuje mnie to również dlatego, że żyjemy w czasach, w których światowi przywódcy – którzy w mojej ocenie stali się już przestępcami – wierzą, że niszcząc ludzi, można zaprowadzić pokój. Oczywiście tak się nie dzieje. Co stanie się z dziećmi, które – podobnie jak w „Orestei” – tracą rodziców i muszą przeżyć pozbawione jakiejkolwiek ochrony? Widzimy to już w Afryce. Kiedy dzieci uchodźcze przybywają do Europy, bywają niebezpieczne, bo nauczyły się wyłącznie prawa dżungli.
Poza tym myślę, że wszyscy pochodzimy z rodzin, które nie były doskonałe. I wszyscy musimy jakoś się mierzyć z rodzinną traumą.
Bo od rodziny właściwie nie ma ucieczki?
Można od niej uciec, jeżeli ma się do tego przestrzeń i trochę szczęścia. Ale naprawdę trzeba mieć szczęście, żeby wydostać się z rodzinnej traumy. Muszą pojawić się w życiu odpowiednie warunki, a nie każdy je otrzymuje.
W tym sensie rodzina mówi także coś o rozwoju ludzkości. Jak możemy uleczyć samych siebie? Historia „Orestei” ciągnie się przecież już od dwóch i pół tysiąca lat.
Dlatego rodzina interesuje mnie zarówno jako forma natychmiast rozpoznawalna dla widza, jak i coś, co mówi bardzo wiele o samym człowieczeństwie. O tym, co znaczy nienawidzić własnej rodziny, ale również jej wybaczyć i wybaczyć samemu sobie. Relacja z rodziną wymaga ogromnej pracy duchowej. Dopóki jako ludzkość nie nauczymy się żyć w pokoju ze sobą, z sąsiadami i radzić sobie ze wszystkimi konfliktami na świecie, rodzina pozostanie niewyczerpanym tematem.
Bo to właśnie w niej rodzą się wszystkie konflikty?
Tak. I przypuszczam, że być może właśnie w jej kręgu mogą zostać rozwiązane.
Jeżeli człowiek jako dziecko zostaje wrzucony w świat z poczuciem braku bezpieczeństwa, ponieważ nie znalazł go we własnej rodzinie, niezwykle trudno jest później zbudować życie dające poczucie spełnienia. I zamiast tego człowiek może nieustannie czuć się jak wojownik, który musi się bronić, walczyć, a czasem robić rzeczy, których nie da się usprawiedliwić.
Jest jeszcze jeden aspekt. Jako człowiek teatru dzielę się przecież własnym doświadczeniem życiowym. Mogę opowiadać jedynie o własnej rodzinie. Mogę mówić o swoim doświadczeniu ojcostwa – a z pewnością nie jestem najlepszym ojcem na świecie. Mogę opowiadać o doświadczeniu relacji z własnymi rodzicami i o tym, jak wiele czasu potrzebowałem, żeby zaakceptować to, że zrobili wszystko, co potrafili.
Jak wielu ludzi uciekłem z domu i przeżyłem ogromny konflikt z rodzicami. Kiedy więc opowiadam o własnym życiu, muszę powiedzieć, że konflikty, które przeżyłem w rodzinie, i doświadczenia, jakie z niej wyniosłem, są też jednym ze źródeł mojej twórczości.
„Oresteja” Ajschylosa jest dla mnie opowieścią o bardzo głęboko zakorzenionej traumie. Opowiada przecież o dziecku złożonym w ofierze dla powodzenia wojny. Ale nie chodzi wyłącznie o nią. W poprzednich pokoleniach tej rodziny byli zabijani ojcowie i bracia. Powstaje więc pewnego rodzaju reakcja łańcuchowa, wynikająca z głęboko zranionej miłości
Trafiłem do teatru, kiedy miałem piętnaście, szesnaście lat. Gdy miałem szesnaście lat, mój ojciec właściwie z dnia na dzień stracił pracę. Siedział w domu. Codziennie się ubierał, jakby miał iść do pracy, bo każdego dnia spodziewał się telefonu z jakąś propozycją. Ten telefon jednak nigdy nie dzwonił. Ojciec siedział więc na kanapie i oglądał telewizję – sam zresztą wykorzystałem obraz tej sytuacji, kiedy dwukrotnie wystawiałem „Śmierć komiwojażera”.
Mniej więcej w tym samym czasie nauczyciel powiedział mi: „Może powinieneś zostać aktorem albo pójść do teatru, bo wydaje mi się, że masz talent”. Zacząłem więc chodzić do teatru, chociaż zupełnie nie wiedziałem, czym on właściwie jest. Poszedłem do teatru w Antwerpii i zobaczyłem tam właśnie „Śmierć komiwojażera”. I wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, czym jest teatr.
Zobaczyłem na scenie sytuację, którą znałem z własnego domu i której się wstydziłem. Mój ojciec również bardzo się jej wstydził. To były lata osiemdziesiąte i należał do pierwszych osób, które straciły pracę w wyniku automatyzacji związanej z pojawieniem się komputerów. Wydaje mi się, że był pierwszym bezrobotnym na naszej ulicy. Dla naszej rodziny i dla otoczenia było to źródłem wstydu.
Ojciec udawał więc, że nadal ma pracę. Każdego ranka ubierał się, zakładał krawat i wychodził z domu. Szedł na spacer, a wieczorem wracał, żeby podtrzymać wrażenie, że był w pracy.
Kiedy zobaczyłem „Śmierć komiwojażera”, po raz pierwszy pomyślałem: oto miejsce, w którym można sobie pozwolić na przyznanie, że nie jest się zwycięzcą. Tym właśnie jest teatr. Tym jest sztuka. Na tym polega jej znaczenie. Sztuka nie opowiada o zwycięzcach. Tak naprawdę opowiada o przegranych i właśnie dlatego jest tak piękna.
Pozwala człowiekowi zaakceptować to, że sam również może się czuć przegrany albo zmagać się z życiem, podobnie jak bohater literatury czy postać na scenie. Piękno sztuki polega na tym, że można się w niej rozpoznać i jednocześnie poczuć się przez nią rozpoznanym takim, jakim się naprawdę jest. W pozostałych obszarach życia społecznego właściwie nie ma na to miejsca, bo wszędzie otaczają nas ideały i wzorce, do których mamy dorastać.
Za którymi musimy bezustannie gonić. To dość absurdalne, bo właściwie przez cały czas coś odgrywamy.
Tak, nieustannie. Być może to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem.
Ale rodzina może być też przestrzenią, w której człowiek może być sobą. Wobec najbliższych trudno bez końca coś odgrywać, ponieważ trzeba skonfrontować się z prawdą i z innymi członkami rodziny.
Z jednej strony to prawda. Z drugiej strony właśnie fakt, że być może nie możesz być sobą w swojej rodzinie, sprawia, że teatr pozwala ci ponownie odegrać to doświadczenie. A kiedy je odgrywasz, zdejmujesz z niego część ciężaru, uwalniasz się od jego dramatyzmu.
Prowadzę warsztat zatytułowany „Godzina prawdy”. To właściwie rodzaj masterclass przeznaczonego dla profesjonalistów. Uczestniczą w nim aktorzy, ale także tancerze i śpiewacy. Latem pracujemy przez dziesięć dni. Proszę każdego uczestnika, żeby podzielił się czymś, czym nigdy wcześniej nie pozwolił sobie podzielić z innymi, a co stanowi jego wewnętrzną prawdę. Stąd właśnie nazwa „Godzina prawdy”.
Kiedy zobaczyłem „Śmierć komiwojażera”, po raz pierwszy pomyślałem: oto miejsce, w którym można sobie pozwolić na przyznanie, że nie jest się zwycięzcą. Tym właśnie jest teatr. Tym jest sztuka. Na tym polega jej znaczenie. Sztuka nie opowiada o zwycięzcach. Tak naprawdę opowiada o przegranych i właśnie dlatego jest tak piękna
Kiedy o tym opowiadam, można pomyśleć: to brzmi bardzo terapeutycznie. I rzeczywiście, na początku taki element z pewnością się pojawia. Wyzwolenie przychodzi jednak w chwili, w której człowiek znajduje dla tego doświadczenia formę, która daje mu energię i radość z dzielenia się nim. Wtedy zaczyna się uwalniać od ciężaru przeszłości. I właśnie to robi teatr.
Często myślę, że teatr w pewnym sensie przypomina dom publiczny. Gdyby usunąć domy publiczne ze społeczeństwa – a są już na to pewne dowody – doprowadziłoby to do ogromnego wzrostu agresji. Podczas piłkarskich mistrzostw świata organizuje się przecież domy publiczne w pobliżu stadionów, żeby można było w ten sposób rozładować agresję. Podobne mechanizmy istnieją w wojsku.
Tak samo myślę o teatrze i o sztuce w ogóle, choć szczególnie o teatrze. Teatr tworzy przestrzeń, w której można rozpoznać swoją ciemną stronę, stronę ukrytą, tę część siebie, której nie można z dumą wystawić na pokaz: własną słabość, fantazje, o których być może nigdy nie powiedziałoby się głośno, choć pojawiają się w naszych myślach.
Wszyscy zmagamy się z podobnymi lękami i frustracjami. Kiedy nadamy temu formę i możemy się tym podzielić, nagle myślimy: „Aha, więc nie jestem jedyny. Nie jestem z tym sam”.
Teatr ma jednak tę niezwykłą właściwość, że gdy udaje się nawiązać kontakt z samym sobą albo z publicznością, zaczyna działać uzdrawiająco. Naprawdę uzdrawia. Poszerza przestrzeń intelektualną, emocjonalną, daje również więcej energii. Czasami po doświadczeniu teatralnym można wracać do domu, tańcząc, z potrzebą świętowania – trochę jak w dawnych czasach greckich.
Właśnie dlatego przywołałem Pana spektakl „Red”. W tym przedstawieniu pojawiał się taki moment rozjaśnienia, poczucie, że ból i nawet dosłowny krzyk mogą mieć także działanie uzdrawiające. Finał „Red” był pod tym względem szokujący. Podobne emocje pojawiają się w Pana spektaklu „Pewnego długiego dnia”.
Dokładnie tak jest. A w „Pewnego długiego dnia” dochodzi jeszcze problem uzależnienia. Uzależnienie jest, moim zdaniem, ogromnym problemem społecznym. Właściwie zostaliśmy wychowani do uzależnień: od konsumpcji, alkoholu, papierosów, narkotyków, od najróżniejszych substancji. Dzisiaj można być uzależnionym od bardzo wielu rzeczy.
A bohaterowie „Orestei”? Czy oni też są od czegoś uzależnieni? Czy tutaj można znaleźć jakieś podobieństwo?
Myślę, że są uzależnieni od własnych emocji, ponieważ te emocje zostały bardzo głęboko zranione. Chociaż „uzależnieni” może nie jest tutaj właściwym słowem.
Jeżeli jest się matką taką jak Klitajmestra, której córka – w moim wyobrażeniu – została zgwałcona przez żołnierzy, a następnie zabita… Klitajmestra mówi, że nigdy nie zobaczyła ciała swojej córki, że to ciało po prostu zniknęło. Kiedy jest się rodzicem dziecka, które zostało skrzywdzone w taki sposób, myślę, że nie można wybaczyć. Są w życiu rzeczy, które niezwykle trudno wybaczyć.
Niegdyś zrobiłem film dokumentalny o ludziach, którzy przeżyli obóz koncentracyjny w Mauthausen. Główne pytanie brzmiało: czy jako ludzie jesteśmy w stanie wybaczyć wszystko? Wszyscy odpowiadali: nie. Są doświadczenia, których nie można wybaczyć.
I właśnie tutaj widzę trudność, a zarazem sprzeczność wpisaną w „Oresteję”. Stworzyliśmy religie, których jednym z najważniejszych nakazów jest przebaczenie. Pozostaje jednak pytanie: czy przebaczenie zawsze jest możliwe, tak jak nauczał Jezus? Myślę, że w wielu przypadkach nie jest. I tak właśnie dzieje się w „Orestei”.
Jest jeszcze druga kwestia. Oryginalna „Oresteja” kończy się ustanowieniem demokracji, która zostaje przedstawiona jako nadzieja na przyszłość: oto rozwiązanie, które od tej chwili pozwoli uporać się z naszymi problemami. A ja dwa i pół tysiąca lat później zastanawiam się: czy rzeczywiście żyjemy dzisiaj w demokracji? Szczerze mówiąc, już w to nie wierzę.
W Warszawie, w której teraz rozmawiamy, jesteśmy bardzo blisko wojny, niezwykle dużo się o niej rozmawia. Wojna trwa i w Polsce odczuwamy ją mocniej niż w wielu innych miejscach Europy. Czy umieszcza pan „Oresteję” w kontekście tej właśnie wojny, dla Polaków tak namacalnej?
Umieszczam „Oresteję” w kontekście tego, co obecnie dzieje się na świecie. Oczywiście również tego, co dzieje się w Ukrainie. Mam tam zresztą krewnych. Ale myślę też o tym, co dzieje się w Gazie. Jednak nie wskazuję tych miejsc bezpośrednio. Nasz spektakl rozpoczyna monolog Hekabe, która zostaje deportowana ze zniszczonej Troi i opisuje obraz swojego miasta. Ten opis właściwie jeden do jednego odpowiada przekazom, które oglądamy dzisiaj: z Ukrainy, z Gazy, a także z Afryki.
Teatr ma tę niezwykłą właściwość, że gdy udaje się nawiązać kontakt z samym sobą albo z publicznością, zaczyna działać uzdrawiająco. Naprawdę uzdrawia. Poszerza przestrzeń intelektualną, emocjonalną, daje również więcej energii. Czasami po doświadczeniu teatralnym można wracać do domu, tańcząc, z potrzebą świętowania – trochę jak w dawnych czasach greckich
Czy z Pana perspektywy europejski teatr zmienił się po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę? Czy pod tym względem dostrzega Pan zmianę?
Być może nie jestem najlepszym adresatem tego pytania, bo nie oglądam zbyt wielu przedstawień. Z daleka zauważam jednak, że wielu twórców teatralnych zajmuje się pytaniem o to, dokąd zmierza świat, dokąd zmierza ludzkość.
W takim ujęciu nie powiedziałbym, że straciliśmy empatię. Wciąż przecież widzimy, że kiedy np. w Nepalu dochodzi do katastrofy, natychmiast pojawia się ogromna liczba ludzi gotowych pomagać.
Ale widzimy również, że w pewnym momencie, kiedy media przeciążą ludzi kolejnymi informacjami, ich zainteresowanie zaczyna słabnąć. Pojawia się pewien rodzaj zmęczenia, który potrafię zrozumieć. Większość ludzi chce po prostu, żeby te wszystkie kryzysy się skończyły. Problem w tym, że ci, którzy mają możliwość ich zakończenia, do tego nie doprowadzają.
Nie powiedziałbym nawet, że chodzi wyłącznie o polityków. To przemysł i gospodarka nie chcą doprowadzić do końca tych konfliktów. W ludziach rodzi to oczywiście pewien fatalizm, potrzebę odwrócenia wzroku, bo pojawia się pytanie: co właściwie możemy zrobić?
Widzę to także po sobie. Na Instagramie bez przerwy dostaję pilne apele: wesprzyj to, pomóż tamtym, wpłać tutaj. Po pewnym czasie człowiek mówi: „Hej, zadzwońcie do pana Trumpa i do wszystkich miliarderów, którzy właśnie zarabiają na tych kryzysach, bo ja, szczerze mówiąc, już niczego nie mam”.
To wszystko wpływa na świat i z pewnością wpływa na teatr. Myślę, że właśnie tutaj można szukać jednej z przyczyn ponownego zainteresowania tragedią grecką. Jestem właściwie pewien, że te rzeczy są powiązane.
Podobnie było z moją decyzją, żeby wystawić „Czekając na Godota”. Bo w pewnym momencie dochodzi się do pytania: na czym właściwie polega ten absurd życia, absurd bycia człowiekiem? Bez przerwy marzymy o lepszym świecie, a jednocześnie zapominamy o świecie, który istnieje dzisiaj, i o tym, żeby docenić to, co mamy teraz.
Oczywiście w teatrze zawsze dochodzi się również do świadomości, że jego oddziaływanie jest bardzo ograniczone. W zasadzie można dotrzeć jedynie do ludzi, którzy już chodzą do teatru. Ci, którzy do niego nie chodzą, nie są nim zainteresowani. Siedzą w domu i oglądają Netflixa.
Kino zatem jest narzędziem skuteczniejszym.
Nie wierzę w to.
Nie?
Nie. Kino jest rozrywką. Ostatecznie kino jest jednowymiarowe, podczas gdy siłą teatru jest jego trójwymiarowość. Teatr zaprasza widza, żeby sam wypełnił te wymiary. Dlatego jego oddziaływanie, jego rezonans może sięgać znacznie głębiej niż w kinie.
Bardzo często zdarza mi się, że wychodzę z kina i godzinę później już nie pamiętam, co obejrzałem. W teatrze tak się nie dzieje, nawet jeśli przedstawienie mnie irytuje.
Ceną za to jest jednak mniejsza publiczność. W teatrze rozmawiamy z promilem liczby widzów kin.
To państwo powinno sprawić, żeby teatr był bardziej dostępny. Sztuka powinna być bardziej dostępna. Państwo powinno być przekonane, że jest ona potrzebna dla zdrowia psychicznego ludzi. Tego sposobu myślenia brakuje dzisiejszym politykom, którzy zaczęli myśleć jak ekonomiści i bez przerwy pytają: jaki jest z tego zysk? Tymczasem zysk ze sztuki nie ma charakteru finansowego. Zysk ze sztuki znajduje się w sercach i umysłach ludzi.
Tematy teatru oczywiście się zmieniają, ale moim zdaniem sam teatr też powinien robić znacznie więcej, żeby wychodzić do ludzi.
W teatrze zawsze dochodzi się do świadomości, że jego oddziaływanie jest bardzo ograniczone. W zasadzie można dotrzeć jedynie do ludzi, którzy już chodzą do teatru. Ci, którzy do niego nie chodzą, nie są nim zainteresowani. Siedzą w domu i oglądają Netflixa
Pamiętam, że powiedział Pan kiedyś, że teatr powinien być bardziej zrozumiały dla publiczności, w sensie uniwersalności. Jeśli ktoś przychodzi na „Hamleta”, wcale nie musi znać tego dramatu, nie musi o nim wiedzieć niczego, żeby zrozumieć przedstawienie zatytułowane „Hamlet”. Bo to spektakl ma wszystko opowiedzieć i zakomunikować znaczenia.
Tak, zdecydowanie. Wszystko jednak zaczyna się od edukacji. Nie możemy oczekiwać, że teatr, poza własnym rozwojem, będzie jeszcze tłumaczył ludziom, dlaczego jest taki, jaki jest. Jeżeli nie zaczniemy już w szkołach uczyć młodych ludzi zabawy teatrem, odnajdywania w nim przyjemności, czytania np. Szekspira, to niewiele się zmieni. Jestem przekonany, że taka edukacja mogłaby bardzo dużo zmienić.
Jestem zresztą przekonany, że wiele mogłoby się zmienić, gdybyśmy zaczęli znacznie szerzej rozumieć edukację. Dzisiaj przygotowujemy ludzi przede wszystkim do funkcjonowania w systemie, w którym mają przyswajać wiedzę i uczyć się na pamięć dat oraz faktów historycznych. Potrzebujemy również przestrzeni dla kreatywności.
Jednym z największych problemów naszego społeczeństwa jest właśnie to, że nie jesteśmy uczeni kreatywności. W edukacji właściwie nie ma na nią miejsca albo jest go zdecydowanie za mało. I myślę, że ten brak kreatywności sprawia, że bardzo wielu ludzi choruje. Naprawdę. Dosłownie choruje.
Chciałbym przez chwilę porozmawiać o samym procesie pracy nad „Oresteją”. Czy spotkanie z zespołem Teatru Narodowego pozwoliło Panu odkryć coś nowego w sensie działań z aktorami? Pracował Pan już wcześniej z aktorami Narodowego Starego Teatru w Krakowie, ale czy tutaj wydarzyło się coś, co zmieniło albo poszerzyło Pana myślenie o aktorstwie?
Czy odkryłem coś nowego? Być może raczej odkryłem coś nowego w sobie.
Tekst taki jak „Oresteja” zawiera emocje o tak ogromnej intensywności, że reżyser właściwie od samego początku musi mierzyć się z uczuciami, których człowiek zazwyczaj się wstydzi. Trzeba znaleźć sposób, żeby poprowadzić aktorów w stronę takich emocji, w stronę rozpaczy, którą noszą w sobie bohaterowie.
Już na początku spotkałem się tutaj z czymś, co można chyba uznać za pewną cechę polskiego teatru i co bardzo w nim cenię: polscy aktorzy potrafią dzielić się swoimi emocjami bez wstydu. Nie wszędzie można się z czymś takim spotkać.
Powiem teraz coś o Niemczech i nie chciałbym, żeby zabrzmiało to negatywnie. W niemieckim teatrze istnieje np. ogromne poczucie wstydu. Ma ono związek z presją, pod którą znajdują się Niemcy, a ta z kolei wynika z ich historii. Prowadzi to do postawy, w której człowiek bardzo pilnuje, żeby nie zrobić niczego niewłaściwego, żeby wszystko zrobić poprawnie. Dotyczy to szczególnie emocji, bo wiemy, dokąd w historii Niemiec potrafiło doprowadzić podążanie za emocjami.
Nie powiedziałbym oczywiście, że polscy aktorzy nie odczuwają wstydu. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy się z nim konfrontujemy. To, co naprawdę kocham w polskich aktorach, nazwałbym jednak hojnością aktora.
Myślę też, że wiele nas łączy historycznie. Pochodzę z Belgii, kraju, który przez setki lat znajdował się pod panowaniem obcych sił. Polska ma pod tym względem podobne doświadczenia. Oba kraje pozostawały również pod bardzo silnym wpływem katolicyzmu. Dzięki temu bardzo szybko możemy znaleźć wspólny język, kiedy rozmawiamy o naszych doświadczeniach życiowych.
W pracy nad „Oresteją” odkryłem natomiast, że oczywiście trzeba bardzo mocno wprowadzić aktorów w uniwersum greckiego dramatu. Po pewnym czasie, kiedy zostały nam dwa, trzy tygodnie do wejścia na scenę, poczułem jednak potrzebę powiedzenia aktorom: „Dobrze, teraz nie chcę już, żebyście zajmowali się doskonaleniem tego, co wypracowaliśmy”.
Dla mnie takie doskonalenie oznacza śmierć teatru. W trakcie prób coś powstaje i w pewnym momencie może być bardzo dobre. Ale od chwili, w której próbujesz ten efekt uchwycić i powtarzać go raz za razem, zaczynasz zabijać intuicję aktora, zabijasz spontaniczność życia. Życie jest powtarzalne i jednocześnie nie jest. Za każdym razem doświadczamy czegoś na nowo, nawet jeżeli dana sytuacja się powtarza.
Dlatego zacząłem prowokować aktorów. Mówiłem: „Nie chcę, żebyście powtarzali to, co robiliśmy do tej pory. Chcę, żebyście nadal tego szukali, odkrywali nowe przestrzenie”.
Dla mnie samego było to nowe doświadczenie, i z pewnością również dla aktorów pracujących w takim kontekście. Zwykle robię coś podobnego na początku prób. Tym razem zrobiłem to pod koniec. Doprowadziło nas to – i nadal prowadzi – do rodzaju aktorstwa, które każdego dnia staje się ponownym odkrywaniem. Aktor odkrywa nowe sytuacje, nowe wymiary, nowe perspektywy i nowe doświadczenia już podczas samej sceny. To niezwykle fascynujące.
To, co naprawdę kocham w polskich aktorach, nazwałbym hojnością aktora
Czy w takim razie „Oresteja” jako trylogia i w ogóle greckie tragedie należą do najtrudniejszych tekstów, z jakimi Pan pracował?
Na pewno. I przede wszystkim powiedziałbym, że „Oresteja” przypomina fragment ruin, który odnaleźliśmy po dwóch i pół tysiąca lat. On odsyła nas do formy teatru bardzo odległej od tego teatru, który znamy dzisiaj, szczególnie od teatru mieszczańskiego.
Tragedie grano w Atenach pod gołym niebem dla kilku albo nawet kilkunastu tysięcy ludzi. Prawdopodobnie przypominało to rodzaj oratorium, śpiewanego bardzo głośno, żeby wszyscy mogli je usłyszeć. Przypuszczam, że było to wydarzenie o bardzo silnym charakterze rytualnym. Tej formy już dzisiaj nie znamy.
Jest jeszcze chór, który moim zdaniem bardzo trudno zastąpić czymkolwiek, co znamy ze współczesności. Można oczywiście powiedzieć: to są ludzie żyjący w mieście, obserwują wydarzenia i je komentują. Mnie jednak od samego początku zależało na znalezieniu formy, która odwoływałaby się do naszego doświadczenia i naszej znajomości codziennego życia.
Zacząłem więc czytać bardzo wiele adaptacji i różnych wersji tego tekstu. W pewnym momencie pomyślałem: dobrze, napiszę palimpsest – tekst nadpisany na wszystkich możliwych wcześniejszych wersjach i przepisaniach „Orestei”.
Moja wersja zaczyna się w świecie, z którego bogowie właściwie już odeszli. Ludzie w pewnym sensie rozebrali bogów na części i umieścili ich we własnych głowach. Bogowie istnieją teraz w ich myślach. Mamy więc bohaterów, którzy myślą, a z ich myśli rodzą się tak ogromna nienawiść i tak silne fantazje o zabijaniu, że w pewnym momencie przestają nad sobą panować. To ich własne myśli przejęły kontrolę. Nie bogowie.
Erynie zastąpiłem natomiast wielkim znakiem zapytania. Wracam tutaj do tego, o czym mówiłem wcześniej: czym właściwie jest dzisiaj demokracja?
Nie wskazuję wyłącznie na Rosję. Myślę również o naszych własnych, wielkich demokracjach. Dzisiaj wpływają na nie algorytmy. Demokracja staje się w pewnym sensie iluzją, ponieważ politycy są wspierani przez przemysł. Dlatego nie wierzę, że ten rodzaj demokracji, w którym obecnie żyjemy, stanowi rozwiązanie dla łańcucha zemsty, o którym opowiada „Oresteja”.
Właśnie dlatego szukałem formy, która wydaje mi się dzisiaj konieczna, a jednocześnie pozostaje dostępna. Chcę robić teatr dla wielu ludzi.
Tak jak Grecy.
Tak jak Grecy.
Dla szerokiej publiczności?
Dla tysięcy ludzi. Tak.
Czy podczas tej pracy ma Pan jednak poczucie, że zbliża się do tajemnicy greckiej tragedii? Czy może też w trakcie prób częściej pojawia się myśl: to ogromny ciężar, problem niezwykle trudny do rozwiązania?
Pytanie brzmi: co właściwie jest istotą greckiej tragedii? Być może katharsis, być może śmierć. Nie potrafię jednak teraz na to odpowiedzieć, bo wciąż pracujemy nad tym rytualnym charakterem przedstawienia, które obecnie tworzymy. Ocenić będzie to można dopiero na końcu, kiedy pojawi się publiczność. Dopiero wtedy okaże się, czy wydarza się katastrofa.
Często najlepsze rozwiązania pojawiają się w ostatniej chwili, tuż przed premierą.
Oczywiście. Wciąż piszę i przepisuję zakończenie, więc nadal nie wiem, jak skończyć spektakl. Mam kilka pomysłów, i je sprawdzamy. Za każdym razem próbujemy kolejnego rozwiązania i za każdym razem myślę: nie, to jeszcze nie jest to.
Kiedy zastanawiam się, czym mogłaby być istota greckiej tragedii, myślę, że ma ona coś wspólnego z poczuciem więzi. Więzi nie tylko z ludźmi, którzy siedzą obok ciebie w teatrze, ale również – poprzez czas i przestrzeń – z ludzkim zmaganiem, z ludzkim cierpieniem, które trwa już tysiące i tysiące lat. Mam nadzieję, że jest w tym również krzyk i żądanie, żeby wreszcie położyć temu kres. Żeby zakończyć to absurdalne okrucieństwo, a szczególnie absurdalne okrucieństwo, w którym żyjemy dzisiaj. Pozostaje mieć nadzieję, że jako ludzkość któregoś dnia dotrzemy do tego miejsca.
Ale też można powiedzieć, że dokonaliśmy już bardzo wielu pozytywnych zmian. To także jest prawda. Nie istnieje wyłącznie nieszczęście. Żyjemy dłużej, mamy lepsze warunki egzystencji, więcej ludzi ma dostęp do edukacji, mniej ludzi cierpi głód.
Być może jest to więc bardzo powolny proces. Czasami myślę, że jako ludzie potrzebujemy bólu i prawdopodobnie potrzebujemy również rytuału bólu, takiego jak grecka tragedia, żeby przypominać sobie, jak bardzo poważnie i z jaką intensywnością powinniśmy troszczyć się o samych siebie i o ludzi, którzy nas otaczają.
Kiedy zastanawiam się, czym mogłaby być istota greckiej tragedii, myślę, że ma ona coś wspólnego z poczuciem więzi. Więzi nie tylko z ludźmi, którzy siedzą obok ciebie w teatrze, ale również – poprzez czas i przestrzeń – z ludzkim zmaganiem, z ludzkim cierpieniem, które trwa już tysiące i tysiące lat
Czy chciałby Pan podążać tą drogą i wracać do greckiej tragedii w kolejnych przedstawieniach? Czy planuje Pan mierzyć się z następnymi tekstami tego rodzaju? „Oresteja” coś przed Panem otworzy?
Mój niedaleki, przyszłoroczny plan to „Mefisto” Klausa Manna w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Bo tam również pojawia się pewne zadanie dla nas. Zostajemy skonfrontowani z systemem, a system wymaga od nas, żebyśmy zajęli w nim określoną pozycję. Powstaje więc pytanie: jak przetrwać? Jak odnaleźć własne miejsce w systemie?
Niedawno na swojej stronie internetowej zamieścił Pan nagranie, w którym opowiadał Pan o swoich początkach w teatrze. Mówił Pan o końcówce lat osiemdziesiątych i o okresie, kiedy przygotowywał Pan trzy, cztery spektakle rocznie – po to, aby cały kierowany przez Pana zespół teatralny mógł się utrzymać. Zaznaczył Pan, że jako artysta był Pan wtedy wyczerpany. W tamtych latach towarzyszyło Panu, jak rozumiem, poczucie trudu, pewnego obowiązku robienia teatru. Jak Pan opowiadał, skończyło się to nawet pobytem w szpitalu. Jest w tej historii coś, co mnie interesuje. Warunki pracy były wówczas zapewne zupełnie inne niż dzisiaj, znacznie mniej komfortowe. Jak z dzisiejszej perspektywy patrzy Pan na swoje początki w teatrze? Czy tamten teatr miał w sobie jakąś szczególną siłę, skuteczność, którą dobrze Pan zapamiętał? Czy zdarza się Panu tęsknić za czasem, kiedy robienie teatru wiązało się z tak wielkim trudem?
Tak, to mi się zdarza. Robiliśmy wtedy wiele szalonych rzeczy, ale zapłaciłem za to również własnym zdrowiem. Dobra strona tego doświadczenia była taka, że musiałem się nauczyć szanować własne granice. Przeszedłem bardzo, bardzo głęboki kryzys, który skierował mnie na drogę, powiedziałbym, bardziej duchową.
Miałem wtedy trzydzieści parę lat i prowadziłem już zespół składający się z dziesięciorga aktorów. W sumie było nas około czterdziestu osób: aktorzy, technicy, administracja. Musieliśmy właściwie bez przerwy jeździć ze spektaklami. To było bardzo ciężkie życie. Pracowaliśmy dzień i noc. Papierosy, kawa i wszystko inne, co w teatrze jest „zdrowe”… W końcu padłem na kolana.
Czy za tym tęsknię? Wie Pan, ja też staję się coraz starszy. Czasami jestem po prostu szczęśliwy, że mogę położyć się spać o normalnej porze i wystarczająco długo wyspać. Nie muszę już każdej nocy chodzić na imprezy, jak robiliśmy to wtedy. Właściwie żyliśmy przez całą dobę.
Oczywiście było w tym mnóstwo przygody. I właśnie dzięki tamtemu okresowi odkryłem także w sobie siłę, która chciała żyć dalej. Pamiętam np., że kiedy przechodziłem ten kryzys, lekarz powiedział mi: „Jeżeli będziesz tak dalej żył, za pięć lat znajdziesz się na wózku inwalidzkim”. Pomyślałem wtedy: nie ma mowy. Nie będę wykonywał swojej pracy na wózku.
Zacząłem więc ćwiczyć jogę i do dzisiaj nie usiadłem na wózku. Istnieje w człowieku pewna siła, która chce przetrwać, chce tworzyć, chce żyć dalej.
Niezależnie od tego, czy mówię o obecnej sytuacji, czy o czasie sprzed czterdziestu lat, w którym zaczynałem, czuję się niezwykle uprzywilejowany. Moim przywilejem jest to, że mogę zarabiać pieniądze, codziennie patrząc na aktorów, obserwując ludzi i zadając sobie pytanie: kim jestem? To jest niewiarygodny luksus. Luksus.
Oczywiście to oznacza też nieustanną konfrontację. Mogę Pana zapewnić, że kiedy pracuję tak jak teraz nad „Oresteją”, wieczorem jestem martwy. Wejście w te emocje wymaga tak ogromnej koncentracji i takiego napięcia, że razem z aktorami również sam w nie wchodzę.
A mimo to każdego dnia jestem wdzięczny za to, że mogę wykonywać tę pracę. Jeżeli budzisz się rano i myślisz: „O Boże, muszę dzisiaj iść na próbę”, lepiej zostań w domu. Musisz kochać to, co robisz. Musisz kochać ludzi, z którymi pracujesz.
I to oczywiście jest zadanie, ponieważ nie każdy stoi po twojej stronie. Nie każdy znajduje się dokładnie w tym samym miejscu co ty. Są ludzie, którzy potrafią być upierdliwi, i trzeba sobie z tym poradzić. Mimo wszystko ta praca zmusza cię do znalezienia sposobu, żeby kochać to, co robisz, i kochać ludzi, z którymi pracujesz. Moim zdaniem jest to niezwykle pozytywne zadanie, ogromny dar.
Czyli dzisiaj na pierwszym miejscu są radość i miłość?
O tak.
Bo można powiedzieć, że dziś znajduje się Pan w takim momencie kariery, w którym może Pan o wszystkim decydować.
Prawie o wszystkim [śmiech].
A jeśli porówna Pan swoją dzisiejszą sytuację z tamtym okresem, czy powiedziałby Pan, że teraz może swobodniej, skuteczniej wyrażać siebie?
Zdecydowanie. Różnica polega również na tym, że trzydzieści czy właściwie już prawie czterdzieści lat temu zaczynałem razem z kilkoma kolegami. Zaczynał Jan Fabre. Zaczynał Alain Platel. Zaczynał Ivo van Hove. Wszyscy byliśmy młodzi i wszyscy się nawzajem nienawidziliśmy. Bez przerwy musieliśmy udowadniać, że zasługujemy na pieniądze, których potrzebowaliśmy do pracy.
Istniało między wami współzawodnictwo.
Absolutnie. To była nieustanna konkurencja. Żyliśmy więc pod ogromną presją: trzeba było zostać zauważonym, zdobyć uznanie i znaleźć środki potrzebne do pracy. Wiązało się z tym niewiarygodnie dużo stresu. Dzisiaj – a mówię przecież o sytuacji niemal czterdzieści lat później – odczuwam go znacznie mniej. Teraz myślę przede wszystkim: chodzi o to, żeby odnajdywać w tej pracy radość.
Niezależnie od tego, czy mówię o obecnej sytuacji, czy o czasie sprzed czterdziestu lat, w którym zaczynałem, czuję się niezwykle uprzywilejowany. Moim przywilejem jest to, że mogę zarabiać pieniądze, codziennie patrząc na aktorów, obserwując ludzi i zadając sobie pytanie: kim jestem? To jest niewiarygodny luksus. Luksus.
To jakoś prowadzi mnie do pytania o poświęcenie w teatrze. Czy praca w teatrze wymaga ofiary? W polskiej tradycji bardzo dobrze znamy takie myślenie i od dawna toczy się wokół niego dyskusja. Mamy chociażby tradycję Jerzego Grotowskiego i spotkania, które wymaga ofiary. Istnieje nawet przekonanie, że teatr wymaga większego poświęcenia niż inne dziedziny sztuki. Zgadza się Pan z takim myśleniem?
Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy ofiarę. Jeżeli marzysz o szczęśliwej rodzinie i regularnych godzinach pracy, to oczywiście teatr wymaga poświęcenia. Tyle że ja nigdy o czymś takim nie marzyłem. Nigdy nie chciałem być idealnym ojcem rodziny ani mieć idealnej rodziny. Zresztą co to właściwie znaczy: idealna rodzina?
Mam dwóch synów, a dzisiaj jestem już dziadkiem. Kiedy jednak moi synowie byli mali, zabierałem ich z sobą do teatru, kiedy musiałem pracować. Siedzieli tam podczas prób. Zdarzało się nawet, że wychodzili na scenę podczas ukłonów i razem z nami kłaniali się publiczności. Do dzisiaj o tym opowiadają, wspominają, ile mieli wtedy frajdy.
Nie była to więc rodzina w takim stereotypowym rozumieniu. Oczywiście teraz znowu jestem w drodze, jestem za granicą i nie widuję swoich wnuków albo widuję bardzo rzadko. Gdy moi synowie byli mali, również wiele rzeczy z ich życia mnie ominęło. Oczywiście, że istnieją więc jakieś ofiary. Ale z drugiej strony: czym właściwie jest ofiara?
Czuję ogromną radość i wdzięczność, że wykonuję właśnie ten zawód. Moi synowie mogli przecież mieć ojca, który pracowałby od dziewiątej do siedemnastej, byłby bardzo nieszczęśliwy w swojej pracy i sfrustrowany tym, że ma nad sobą szefa i musi robić to, co mu każą. Ja jestem wolnym człowiekiem.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że znajduję się w wyjątkowej sytuacji. Jestem reżyserem. Mogę wybierać rzeczy, które chcę robić. Aktor nie zawsze znajduje się w takiej pozycji. Właśnie dlatego sam zrezygnowałem z aktorstwa. W pewnym momencie mojego życia stało się dla mnie jasne: muszę być wolny. Chcę być wolny. Nie chcę zależeć od czyjejś dobrej woli.
Pracuję w instytucjach teatralnych i bardzo często spotykam aktorów, którzy są cyniczni i rozczarowani. Zawsze wtedy mówię albo przynajmniej myślę: przecież nikt nie zmusza cię do pracy w teatrze.
Teatr można robić wyłącznie z pasją i z pewną naiwnością. Trzeba marzyć o doświadczeniu absolutnym, o czymś w rodzaju absolutnego katharsis, które uda się ofiarować publiczności.
W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków to się jednak nie udaje. I wtedy nie śpisz po nocach. Zastanawiasz się: dlaczego to nie działa? Wchodzisz w konflikty ze swoimi kolegami. Zarabiasz za mało. Masz za mało czasu. Jesteś przepracowany. Ale czy to wszystko nie jest także częścią społeczeństwa, w którym żyjemy?
Dlatego właściwie nigdy nie zastanawiam się nad tym, czy teatr jest poświęceniem. Nie wiem. Myślę, że istnieje również coś takiego jak powołanie. Malarz może czuć, że jest powołany do malowania. Podobnie pisarz. Mam wielu przyjaciół, którzy piszą, i robią to nocami. Czy to jest poświęcenie? Kiedy ich o to pytam, odpowiadają: „Nie. To jedyny czas, który mam dla siebie. W domu jest wtedy cicho”.
Bo to może być jedyna miłość, jaką znamy.
Tak. Dla mnie może to być jedyna miłość, jaką znam. Jedyna… pasja. A jednocześnie ona daje mi energię. Czy wobec tego jest poświęceniem? Nie wiem.
Czy teatr może być dzisiaj rodzajem ocalenia? Czy może rzeczywiście uzdrawiać, tak jak wcześniej o tym rozmawialiśmy?
Zdecydowanie tak uważam. I myślę, że nie tylko dzisiaj. W przyszłości będzie to jeszcze ważniejsze.
Jestem całkowicie przekonany, że im więcej będzie sztucznej inteligencji, tym bardziej będziemy potrzebowali prawdziwych spotkań. Prawdziwych, empatycznych spotkań. Im bardziej fałszywy będzie stawał się świat – a już teraz jest przecież całkiem fałszywy i właściwie nie wiem, o ile bardziej fałszywy może jeszcze być – tym bardziej będziemy potrzebowali autentycznego kontaktu.
Teatr jest miejscem prawdziwego spotkania. I jest to spotkanie, w które wpisana jest pewna nieuchronność, ponieważ w każdej chwili aktor może umrzeć na scenie. To wydarza się teraz, w tej konkretnej chwili, a później znika. Dlatego każde takie spotkanie jest niepowtarzalne.
Jestem przekonany, że w przyszłości – nie tylko dzisiaj, ale właśnie w przyszłości – potrzeba takiego spotkania będzie ogromna. Stanie się ono czymś niezbędnym.
Teatr można robić wyłącznie z pasją i z pewną naiwnością. Trzeba marzyć o doświadczeniu absolutnym, o czymś w rodzaju absolutnego katharsis, które uda się ofiarować publiczności
Myślę podobnie. W Polsce ludzie jak nigdy wcześniej kupują bilety do teatru. Z roku na rok zainteresowanie jest coraz większe.
I dlatego tak przyjemnie pracuje się w kraju takim jak Polska. Zresztą również w Niemczech. Istnieje tutaj prawdziwa, głęboko zakorzeniona tradycja teatralna.
W Belgii, we Flandrii, skąd pochodzę, sytuacja wygląda inaczej. Przez bardzo długi czas byliśmy właściwie kulturowymi chłopami, robotnikami, którzy musieli mówić po francusku. Jeżeli tego nie robili, traktowano ich, można powiedzieć, jak ludzi pozbawionych znaczenia.
Pierwszy prawdziwy teatr flamandzki pojawił się właściwie dopiero w okresie między pierwszą a drugą wojną światową. Nie mamy więc tak głęboko zakorzenionej tradycji. I tę różnicę naprawdę się zauważa, kiedy przyjeżdża się do krajów, w których istnieje wielowiekowa tradycja teatralna. Widać, że teatr może tam wzrastać przez kolejne pokolenia i głęboko zakorzenić się w kulturze. Publiczność jest przygotowana do jego oglądania, ma doświadczenie w odbiorze.
Wracając jednak do tego, o czym mówiłem wcześniej: dla mnie teatry są trochę jak… Zabierzcie społeczeństwu teatry, a myślę, że będzie w nim znacznie więcej przestępczości.
„[…] w programie dyrektora stołecznego Teatru Dramatycznego Wojciecha Farugi na sezon 2026/2027 zapowiedziano cztery premiery (piąta produkcja miała zostać ustalona później) – »Boską komedię« w reż. Krystiana Lady, »Heartstopper« w reż. Piotra Domalewskiego, spektakl o lustracji »Teczki« w reż. Farugi i przedstawienie dokumentalne Piotra Pacześniaka o warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej. Na wrześniowej konferencji prasowej Teatr Dramatyczny ogłosił premiery do końca sezonu. Żaden z zapowiedzianych tytułów nie pokrywa się z pierwotnymi założeniami”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.