Tłumaczka sztuki irlandzkiego dramatopisarza Briana Friela, Anna Wołek, celowo zdecydowała się pozostawić oryginalny tytuł, nie szukając polskiego odpowiednika. W warszawskim Teatrze Współczesnym wieloznaczność określenia „afterplay” staje się kluczem do spektaklu kameralnego, bolesnego i bardzo ludzkiego.
Gdyby rozdzielić ten tytuł na dwa słowa, „Afterplay” oznaczałoby „po spektaklu”. Friel, nazywany „irlandzkim Czechowem”, tworzy sztukę po sztuce. Zastanawia się, co stało się z bohaterami „Wujaszka Wani” i „Trzech sióstr” po tym, gdy rosyjski dramatopisarz postawił ostatnią kropkę. Nie o prostą kontynuację dramatów Czechowa tu jednak chodzi. Ten wieloznaczny termin oddaje też kondycję postaci (Soni i Andrieja), których życie weszło w fazę następującą po „głównym akcie”. Przypadkowo spotykają się w podrzędnym barze w Moskwie jako ludzie dojrzali, doświadczeni życiem, wciąż jednak spragnieni bliskości, która nie nadchodzi.
Reżyser Bogdan Michalik oraz scenografka i kostiumografka Julia Skuratovata stworzyli czarno-białą przestrzeń, która podkreśla pustkę w życiu bohaterów. Cała dynamika spotkania Soni i Andrieja zamyka się w mikroprzestrzeni jednego kawiarnianego stolika i dwóch krzeseł. Pozostałe sprawiają wrażenie dawno nieużywanych. Znakomitym zabiegiem jest umieszczony w głębi sceny podświetlony prostokąt, w którym ospale przesuwają się rekwizyty – symbole minionych lat i świata Czechowa: pociąg, mewa, parasolka, dziecięcy wózek. Przenikają przestrzeń, by ostatecznie wrócić do punktu wyjścia – to doskonała metafora całego dramatu.
W tej scenerii powstaje kameralny spektakl obnażający ludzką samotność i mechanizmy „obronnego” kłamstwa, któremu ulegają bohaterowie. Mariusz Jakus jako Andriej stara się w oczach Soni, obcej przecież kobiety, uchodzić za człowieka sukcesu, któremu nawet życiowe katastrofy dodają uroku. Robi to nie tylko po to, aby zaimponować Soni, ale również po to, by samemu łatwiej znieść własną przegraną i poczuć się lepiej z sobą samym. Jakus tragizm swojej postaci ukrywa pod maską komedii. Jest nieporadny, momentami nadekspresyjny, bywa irytujący. Jest w tym jednak bardzo ludzki a my czujemy, że pod tą maską ukrywa się coś więcej.
Monika Krzywkowska (Sonia) nie ucieka w tanie pozy. Dużo w niej godności i pewności siebie. Odkrywa bolesną prawdę powoli, mierząc się z wewnętrznym pytaniem, na ile może pozwolić sobie na odsłonięcie się – nie tyle przed obcym mężczyzną, ile przed sobą samą.
Aktorsko przedstawienie stoi na wysokim poziomie, choć dysproporcja między wyciszeniem i precyzyjną pauzą Krzywkowskiej a jednowymiarowym momentami komizmem Jakusa zostawia przestrzeń do pogłębienia pęknięć tej drugiej postaci.
Finał nie przynosi oczyszczenia, lecz smutną konstatację. Twórcy nie idą na skróty i nie oferują happy endu rodem z komedii romantycznych, choć tego bardzo byśmy chcieli. Uświadamiają nam, że wolimy kurczowo trzymać się złudzeń i karmić nadzieją na zmianę, niż podjąć ryzyko z nią związane. Trzymamy się tego, co już z nami, nawet jeśli w dużej mierze jest to tylko kreacja, gdyż boimy się tego, co będzie potem („after”).
Teatr Współczesny