Jednego, czego nie można z całą pewnością odmówić twórcom spektaklu Teatru Telewizji „Być jak czterdziestolatek”, to marketingowa pomysłowość. Odwołanie się już w tytule do kultowego serialu Jerzego Gruzy sprzed pół wieku musiało przyciągnąć przed ekrany określoną grupę widzów, może nawet tych, którzy nie mają w zwyczaju oglądać poniedziałkowych prezentacji na największej scenie świata.
Tych asocjacji z serialem „40-latek” jest tu jeszcze przynajmniej kilka: główny bohater grany przez Mateusza Znanieckiego nosi – jak Karwowski – imię Stefan i jak on mieszka w Warszawie; na ekranie można zobaczyć fragment filmu i rozmowy z reżyserem Jerzym Gruzą, w roli ojca Stefana występuje Krzysztof Materna, który w serialu zagrał epizod w odcinku 19, są słynne „Łuki Karwowskiego”, pobrzmiewa też piosenka i motyw muzyczny z serialu…
Ale przedstawienie, do którego scenariusz napisali Marta Bacewicz i Damian Kocur, który również spektakl wyreżyserował, w swym założeniu miał być portretem czterdziestolatków z początków XXI stulecia. Jakże innym od tego pokazanego w serialu z lat 70. minionego wieku. Stefan Karwowski miał ukończone studia, stabilną pracę, eksponowane stanowisko, mieszkanie, żonę, dwoje dzieci, samochód…
Tymczasem Stefan u Kocura i Baniewicz pogrążony jest w chaosie życiowym (jest po rozwodzie z Olą, której rolą debiutuje w Teatrze Telewizji Marta Nieradkiewicz, aktorka znana z wielu dokonań filmowych i teatralnych, laureatka Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego), praca – lekceważona przez dominującego ojca – intelektualistę (nawiasem mówiąc nie wiadomo na pewno, czy główny bohater jest montażystą, czy też aktorem grającym w serialu o 40-latku, bowiem autorzy zastosowali lubianą przez twórców spektakli telewizyjnych stylistykę „filmu w filmie”, dodatkowo mianując główną postać raz Stefanem, raz Mateuszem, jak występujący w roli głównej Mateusz Znaniecki), a w jego mieszkaniu trwa remont zdający się nie mieć końca (w roli fachowca naturszczyk Wolodymir Tur, ten sam, który w rzeczywistości remontował mieszkanie reżysera).
Stefan próbuje nad tym wszystkim zapanować, osiągnąć jakąś stabilizację, uregulować relacje z córką, którą opiekuje się jako „naprzemienny” ojciec, odbudować relację z byłą małżonką, zbudować nowy związek z Paulą. Ale nie do końca mu wychodzi. Nie tylko ze względu na szybko zmieniającą się rzeczywistość, ale i emocjonalną niedojrzałość, nieumiejętność podejmowania właściwych decyzji, także ze względu na brak wsparcia ze strony rodziców, zwłaszcza postponującego jego pracę i życie ojca (Krzysztof Materna; matkę gra Maria Maj).
O ile pod względem subtelności humoru i widocznej serdeczności w ukazaniu bohatera twórcom „Być jak czterdziestolatek” udało się zbliżyć do serialowego archetypu, o tyle stworzenie dokumentu epoki, jakim bez wątpienia pozostaje serial – powiodło się już raczej szczątkowo. Może zabrakło czasu – wszak spektakl trwa niespełna godzinę, może pomysłu, a może nie takie były zamierzenia autorów?
Trafnie obsadzony Mateusz Znaniecki stworzył przekonująco sympatyczną postać mężczyzny w średnim wieku, everymana zagubionego w gąszczu przemian społeczno-kulturowych, postępu technologicznego, z którym z pewnością jakaś część tej grupy wiekowej może się utożsamiać. Zwraca też uwagę bardzo dobra gra aktorów niezawodowych, takich jak Marika Zielińska w roli córki Stefana, Zosi, czy Sylwia Wiszowata jako kasjerka w fast foodzie, o dzieciach występujących w sekwencji szkolnego przedstawienia nie wspominając.
Teatr Telewizji